Nowy Jork i jego prawa ograniczające dostęp cywilów do broni palnej to historia gangsterów próbujących trzymać w szachu innych gangsterów. Nie ma w tym ani poezji, ani głębi poświęceń na rzecz dobra ogółu. Niestety, niektórzy do dzisiaj są z tej historii dumni i opiewają ją w kategoriach wielkiej cywilizacyjnej zdobyczy [1].

Sześć strzałów. Tyle potrzebował skrzypek Fitzhugh C. Goldsborough, żeby powalić pisarza Davida G. Phillipsa tuż przed Klubem Princenton w pobliżu Parku Gramercy na Manhattanie. Natychmiast po ataku Goldsborough popełnił samobójstwo, strzelając sobie w łeb. Phillips zmarł dopiero następnego ranka w szpitalu. W toku śledztwa ustalono, że muzyk cierpiał na zaburzenie psychiczne – uroił sobie, iż jedna z książek Philipsa była wzorowana na jego rodzinie i że Philips go śledzi. Niejaki Goerge P. LeBurn, pracownik biura koronera w Nowym Jorku, który zajmował się sprawą morderstwa, zaczął słać listy do władz, nawołując w nich do uchwalenia prawa regulującego sprzedaż i przenoszenie broni krótkiej w granicach stanu. LeBurn uważał siebie za kogoś w rodzaju “głosu zdrowego rozsądku” albo jak sam ujawnił w autobiografii napisanej pół wieku później – był “głosem sumienia w legislaturze stanowej”. W każdym razie jeden z jego listów w końcu trafił na biurko senatora Timothy’ego D. Sullivana i machina legislacyjna mająca na celu ukrócenie przestępczości w NYC została wprawiona w ruch [2].

Tak wygląda oficjalna wersja wydarzeń, spisana przez Petera Duffy’ego w okolicznościowym artykule wydrukowanym w “New York Times” z okazji setnej rocznicy uchwalenia Aktu Sullivana – “100 Years Ago, the Shot That Spurred New York’s Gun-Control Law”. Że jest to grubymi nićmi szyta historyjka i że niewiele ma ona wspólnego z rzeczywistością można się dowiedzieć choćby z niektórych komentarzy pod tekstem.

Nowy Jork u zarania XX wieku był portem docelowym dla europejskich imigrantów napływających falami do USA. Były to również czasy drobnych gangów, rekrutujących się spośród nowo przybyłych, jak np. słynna włoska Czarna Ręka uważana przez historyków za zalążek mafii, która specjalizowała się w wyłudzaniu haraczy od miejscowej ludności. Na Lower East Side roiło się wówczas od Sycylijczyków-drobnych ciułaczy. Wśród nich byli tacy, którzy na nich żerowali. Gangi toczyły też walki między sobą; miały one podtekst etniczny – chodziło o to, która nacja zajmie którą dzielnicę. W 1903 roku w słynnej Bitwie o Rivington Street starli się ze sobą The Estmans (Żydzi) z Five Pointers (Włosi). Zanim pojawiły się gliny z interwencją, na glebie leżały już trzy trupy i kilkunastu rannych. Ówczesna nowojorska opinia publiczna zaczęła domagać się tego, co zazwyczaj w takich wypadkach domaga się opinia publiczna – rozbrojenia przestrzegających prawa obywateli pod pretekstem walki z przestępczością uliczną.

Timothy_SullivanI tutaj wchodzi na scenę główny bohater tej opowieści – Timothy D. Sullivan (na zdjęciu po prawej). Znajomi wołali na niego Big Tim, bo wyróżniał się posturą – w tłumie ludzi widoczny był z daleka. Parał się rzecz jasna gangsterką, wspierając Irlandczyków. Będąc “produktem” swoich czasów, pracował po obu stronach prawa i nie widział absolutnie nic niewłaściwego w tym, że jako jeden z najbardziej prominentnych polityków, poruszających się między Waszyngtonem a stanową legislaturą, kasował comiesięczne wypłaty od każdego właściciela baru, pokerzysty, złodzieja i alfonsa na Lower East Side. Sam podobno zarządzał kilkoma dochodowymi burdelami i jak zwykli mawiać jego śmiertelni wrogowie, był najbardziej rozpoznawalną twarzą Stowarzyszenia Polityków, Złodziei i Alfonsów, wiodącej politycznej organizacji w NYC – Tammany Hall, znanej bardziej jako Society of St. Tammany albo Sons of St. Tammany.

Tammany Hall była maszynerią polityczną Partii Demokratycznej, odgrywała kluczową rolę w kontrolowaniu działalności miejskich radnych i zapewnianiu irlandzkim imigrantom środków do obrony przed innymi nacjami. Na usługach Tammany Hall byli także tzw. wardzi (ward boss) – szefowie wardów, czyli najmniejszych jednostek administracyjnych w mieście, których zadanie polegało na zabieganiu o głosy lokalnych wyborców. Organizacja Big Tima miała zatem przemożny wpływ na przebieg wyborów do stanowej i municypalnej legislatury – szantaże, fałszerstwa przy urnach, zastraszanie opozycji należały do stałych chwytów w repertuarze “Synów Tamanenda”. Jeden z liderów gangu, niejaki Monk Estman, był nawet zatrudniony jako szeryf w policji, co daje pełne wyobrażenie o tym bractwie.

Wkrótce jednak członkowie nowojorskiej wierchuszki stanęli przed poważnym wyzwaniem: jak utrzymać się przy korycie w obliczu rosnącej siły pozostałych grup, w tym przede wszystkim Włochów. W 1911 roku irlandzkim i żydowskim mafiosom, którzy w pewnym sensie wynieśli Big Tima na piedestał, zaczął osuwać się grunt spod nóg – strzelaniny na Lower East Side i w okolicy Mulberry Street, która później została przemianowana na “Małą Italię”, nasiliły się znacznie od czasu pamiętnej włosko-żydowskiej potyczki przy ulicy Rivingtona. Aktualnie obowiązujące prawo z politycznego punktu widzenia było bezużyteczne, albowiem za noszenie broni groziła tylko niewielka grzywna. No ale od czego ma się przyjaciół? Głośne morderstwo znanego pisarza tylko pomogło.

29 maja 1911 roku demokratyczny gubernator, John Alden Dix, złożył parafkę pod Ustawą Sullivana. Przeciw było pięciu senatorów, w tym deputowany Timothy Ferris, który miał powiedzieć podczas obrad do Big Tima: Twoja ustawa nie powstrzyma morderców. Nie zmusisz włamywacza, żeby wyrobił sobie licencję na broń.

Nowojorskie “Prawo Sullivana” wraz z późniejszymi poprawkami nie było chronologicznie pionierskim aktem regulacyjnym ograniczającym dostęp cywilów do broni palnej w Ameryce. Było natomiast pierwszą w amerykańskiej historii udaną próbą stworzenia takiej sytuacji prawnej, w której otrzymanie licencji byłoby całkowicie zależne od kaprysu urzędnika. Innymi słowy, nie istniały żadne precyzyjnie zdefiniowane kryteria przyznawania pozwoleń. Pod tym względem panowała totalna samowolka policji, co było rzecz jasna sporym ułatwieniem dla Synów Tamanenda, bo ich przeciwnicy chodzili nieuzbrojeni albo siedzieli w więzieniach odsiadując “trzylatki”. Tym samym Nowy Jork uzyskał status, który dzisiaj ładnie nazywa się “may issue” – jest to rodzaj systemu, oferujący lokalnym władzom (pod tym pojęciem należy rozumieć szeryfa albo policję) całkowitą swobodę w określaniu możliwości posiadania broni. Oznacza to, że w jurysdykcji, gdzie licencje wydawane są w trybie “may issue”, władze mogą zarówno zaostrzać kryteria, łagodzić je albo bezterminowo zakazać noszenia broni.

Po wejściu w życie rozporządzenia szybko dały o sobie znać inne jeszcze ukryte “zalety” restrykcji. Otóż od teraz aby posiadać broń krótką (firearms small enough to be concealed), nawet we własnym domu, a przede wszystkim żeby móc ją nosić w ukryciu poza miejscem zamieszkania, osoba aplikująca o pozwolenie musiała stoczyć prawdziwą batalię z policyjną biurokracją. Do typowych uciążliwości należało kilkukrotne składanie wizyt na posterunku zanim zgoda w ogóle została pozytywnie rozpatrzona przez komendanta. Cały proces mógł ciągnąć się równy rok.

Ponieważ poruszanie się w przestrzeni publicznej z M1911 w kaburze pod płaszczem bez urzędowego glejtu przestało podpadać pod wykroczenie karane grzywną, a stało się ciężkim przestępstwem zagrożonym pozbawieniem wolności do lat trzech, niebawem wśród rezydentów stanu zaczęły krążyć dowcipy. “Jak najłatwiej uchronić się przed odsiadką w Nowym Jorku? Zaszyć sobie kieszenie.” Miało to związek z nikczemnymi praktykami policji, która nagminnie podrzucała nielegalną broń politycznym oponentom Big Tima, podczas gdy ten w kontaktach z prasą szczerzył zęby i obłudnie argumentował, że woli widzieć, jak ktoś idzie siedzieć na trzy lata niż oglądać kolejną egzekucję na krześle elektrycznym.

Do tragikomicznych incydentów dochodziło także na skutek egzekwowania nowego prawa. A trzeba tu podkreślić, że The Sullivan Act egzekwowany był super rygorystycznie.

I tak pewnego razu aresztowano grupę filmowców kręcących western – na szczęście sędzia szybko oddalił zarzuty nielegalnego posiadania rewolwerów. Innym razem ofiarą padł nocny stróż, którego aresztowano po tym, jak użył broni w samoobronie, a jeszcze kiedy indziej gliny capnęły jakiegoś anonimowego obywatela, podróżującego pociągiem przez Nowy Jork ze strzelbą schowaną w walizce. Tłumaczył się potem, że nie wiedział, iż w USA uchwalono tak drakońskie przepisy. Inny przypadek dotyczył Włocha, niejakiego Mario Rossiego, który jechał przez Nowy Jork do pracy do New Heaven w stanie Connecticut. Rossi miał przy sobie pistolet i jak później zeznał – dla ochrony w obawie przed Czarną Ręką. Sędzia skazał go na rok w Sing Sing, argumentując, że noszenie broni w połączeniu z wybuchowym włoskim temperamentem jest głównym czynnikiem, napędzającym przestępczość w Ameryce. Jakaś kobieta nazwiskiem Byrne też odczuła na własnej skórze karzącą rękę nowojorskiej sprawiedliwości Big Tima – została skazana na trzy lata (wyrok po odwołaniu skasowano). Jej wina polegała na tym, że zobaczyła błyszczący obiekt leżący w rynsztoku. Podniosła go i sprowadziła na siebie oskarżenia o nielegalne posiadanie broni.

Dekret Sullivana obowiązywał po wojnie i obowiązuje po dziś dzień. Całkiem niedawno żołnierz marines, aktywista ruchu Tea Party, został aresztowany w NYC pod zarzutem wiadomo jakim. Z kolei lider Nowych Czarnych Panter, Maruse Heath (tak, to ten z tatuażem “kill whitey” na twarzy) wpadł podczas rutynowej kontroli ulicznej – złapali go na noszeniu załadowanej, niezarejestrowanej broni palnej i kamizelki kuloodpornej.

Jaki wpływ na przestępczość miała spuścizna Big Tima?

Żaden. Albo raczej żaden pozytywny. The Sullivan Act, choć niekiedy egzekwowany z fanatyzmem godnym lepszej sprawy, okazał się kompletną porażką. Przestępstwa z broni palnej pozyskiwanej nielegalnymi kanałami, zamiast spadać – poszybowały w górę, a wskaźniki morderstw rosły razem z nimi. Dwanaście miesięcy po wdrożeniu ustawy wskaźnik morderstw w NYC podskoczył o 18 proc. W 1912 roku prezesi czternastu największych firm ubezpieczeniowych, którzy padli ofiarą napaści rozbójniczych i włamań, wezwali władze do natychmiastowej kasacji tego bubla prawnego, argumentując, że odkąd zaprowadzono nowy reżim, odsetek rozbojów wzrósł o 40 proc. Poniżej krzywa ilustrująca historyczną dynamikę zabójstw w NYC od uchwalenia Aktu Sullivana do roku 1967 (średnia na sto tysięcy rezydentów):

NYC_wykresW 1966 roku przestępstwa popełniane z broni posiadanej nielegalnie stanowiły 83.4 proc. wszystkich czynów kryminalnych z udziałem broni palnej zaraportowanych na terenie stanu i 87.2 proc. zgłoszonych w obrębie miasta. Wtedy też kroniki statystyczne odnotowały historyczny rekord na odcinku przestępstw z wykorzystaniem pistoletów produkowanych metodą chałupniczą – 9.4 proc. dla stanu i 12.4 proc. dla miasta. Warto zauważyć, że do roku 1968 roku Nowy Jork nie miał żadnego systemu licencjonowania strzelb i karabinów. Tymczasem dwa lata wcześniej raptem 8 proc. morderstw dokonano z tejże broni. Innymi słowy, proporcjonalnie spadek liczby zabójstw z broni długiej, której nabywanie nie było poddane żadnym regulacjom prawnym, był znacznie większy aniżeli odpowiadający mu spodziewany spadek morderstw z broni krótkiej, której posiadanie normowały najsurowsze przepisy w Ameryce (Benenson: Across this five year period, the one method of homicide which increased the most rapidly, more than doubling in the period, was the only method the means of which we have been told by gun control advocates is strictly limited by law in New York City – the handgun. In contrast, the only method of killing which actually seems to have shown some downward trend was the use of long arms.)

NYC_tabelaBig Tim zmarł niedługo po przeforsowaniu ustawy. Gdy ją uchwalał, chorował na kiłę. Potem trafił na krótko do psychiatryka. 31 sierpnia 1913 roku jego zmasakrowane zwłoki znaleziono na torach kolejowych w Bronksie.

Wykaz literatury:

– Clayton Cramer, Thomas Mahl, Enactment and Early History of the Sullivan Act
– oryginalny wykres i tabelka za: Mark K. Benenson, “A Controlled Look At gun Controls: New York – The Record” (w: Don. B. Kates, “Restricting Handguns. The Liberal Skeptics Speak Out”)

___________________

[1] W kwietniu 2013 roku sędziowie nowojorskiego Sądu Najwyższego odmówili rozpatrzenia apelacji SAF (Second Amendment Foundation – organizacja walcząca po sądach z urzędnikami naruszającymi Drugą Poprawkę) w sprawie Kachalsky v. Cacace – Alan Kachalsky pozwał panią Susan Cacace, bo ta odmówiła wydania mu pozwolenia na noszenie broni ukrytej; petent najwyraźniej nie potrafił podać dostatecznie dobrego powodu, który w oczach pani Cacace uzasadniałby otrzymanie licencji. Nowe-stare przepisy obowiązujące na terenie Nowego Jorku wymagają od osoby ubiegającej się o licencję, aby dostarczyła władzy wiarygodne, przekonywujące uzasadnienie swojego widzimisię. Niby nic wielkiego – znakomita większość demokratycznych reżimów żąda od poddanych składania podobnych deklaracji, w dodatku Nowy Jork to modelowy “May Issue State” – ale najlepsze jest to, jak gremium sędziowskie skwitowało swoją decyzję: nie będziemy zajmowali się wysłuchiwaniem apelacji, ponieważ w świetle prawa rzecz jest oczywista, a poza tym Nowy Jork ma długą tradycję regulowania dostępu do broni palnej, jak również sposobu jej noszenia ze względu na bezpieczeństwo publiczne.

[2] Innym głośnym zamachem z tamtego okresu był incydent z postrzeleniem w kark ówczesnego burmistrza “Big Apple” z ramienia Partii Demokratycznej, Williama Gaynora. Wydarzenie to miało miejsce w New Jersey, a sprawca, robotnik portowy, niejaki John J. Gallagher, został natychmiast obezwładniony przez przechodniów i oddany w ręce policji. Gaynor oczywiście także należał do Tammany Hall.