Hipotetycznie rzecz ujmując, bez murzyńskiej populacji obszar metropolitalny Saint Louis (Missouri) byłby praktycznie wolny od przestępczości z użyciem broni palnej, a częstotliwość popełniania zabójstw oscylowałaby w granicach błędu statystycznego albo jak kto woli – dążyła do zera [1]. Zwracam uwagę, że ta średniej wielkości jak na standardy amerykańskie miejska jurysdykcja jest niemal równo obsadzona rasowo: 48 proc. ludności ma czarny kolor skóry, a 43 proc. to biali pochodzenia europejskiego. Tamtejszy departament policji co roku publikuje specjalne sprawozdania zaadresowane bezpośrednio do lokalnej społeczności zwane “Annual Report to the Community”. Ważność tej dokumentacji polega na tym, że zawiera ona informacje na temat sprawców przestępstw z uwzględnieniem podziału na rasy. Mowa o przestępstwach, które tradycyjnie wywołują największe poczucie zagrożenia wśród mieszkańców miast – napadach rabunkowych, gwałtach i zabójstwach. Taka praktyka nie jest wcale normą w USA, wiele departamentów ukrywa dane rasowe w odniesieniu do osób aresztowanych, eksponując wyłącznie statystyki wiktymizacji.

Poniżej sumaryczne zestawienie ukazujące dynamikę zmian i proporcjonalny rozkład udziału w przestępczości dwóch dominujących ras w St. Louis w okresie między rokiem 1999 a 2014. Podczas studiowania tych danych warto wziąć poprawkę na charakterystyczne zjawisko dla aglomeracji zasiedlonych przez dużą liczbę kolorowych rezydentów, mianowicie niezwykle wysoki procent przypadków, w których nie udało się zidentyfikować rasy napastnika (link).

wykres_CT

Ten wpis nigdy nie zmaterializowałby się w obecnej postaci, gdyby nie obejrzany przeze mnie wczoraj dokument o przestępczości w “Mound City” – “Blood Brothers: How Our Children Become Killers” (propozycja tłumaczenia tytułu: “Braterstwo krwi. Jak nasze dzieci stają się mordercami”). Twórcy, ma się rozumieć, wspaniałomyślnie deklarują polityczną bezstronność w podejściu do kwestii broni (In the making of this documentary, we did not take a position “for” or “against” gun control link), lecz bliższy kontakt z ich dziełem szybko weryfikuje te iluzoryczne zapewnienia. 

Jednym z producentów wykonawczych i głównych animatorów przedsięwzięcia była Sharon Frey z Wydziału Medycyny Wewnętrznej w Zakładzie Chorób Zakaźnych i Immunologii na Uniwersytecie St. Louis, co w połączeniu ze skłonnością jej otoczenia do robienia burzy w szklance kazało mi wyczekiwać najgorszego. Od razu mówię, że nie pomyliłem się co intencji autorów. Fraza “broń palna” wyskakuje w ich filmie chyba tysiąc razy w najmroczniejszych konfiguracjach, jakie można sobie wyobrazić, i w towarzystwie najbardziej hiperbolicznych sformułowań znanych w środowisku medycznym, na czele z takimi wykwitami intelektu jak “epidemia przemocy” czy “plaga morderstw”. 

Oto reprezentatywny urywek. Najpierw w dziesiątej sekundzie pani kryminolog podkreśla, że jest rzeczą niedopuszczalną, aby ludzie nie mogli wyjść z domu bez obaw o swoje zdrowie i życie (co stanowi bardziej elokwentną wersję narracji, że jak będzie powszechna broń, to się wszyscy powystrzelamy), a potem w dwudziestej trzeciej sekundzie pan kurator okręgowy Wschodniego Dystryktu Missouri z rozgoryczeniem informuje widzów, że w St. Louis niesłychanie łatwo wejść w posiadanie “klamki”. Ponieważ fabuła dokumentu opowiada o strzelaninach i zabijaniu, korelacja między nasyceniem bronią a szalejącą przestępczością zostaje już na starcie potwierdzona głosami autorytetów:

“Czarne” St. Louis

Nie da się zaprzeczyć, że Missouri jest niezwykle przyjaznym dla posiadaczy broni stanem z minimalną liczbą dokuczliwych restrykcji. W samym mieście i przylegających do niego okolicach znajduje się kilkanaście koncesjonowanych punktów sprzedających uzbrojenie dla cywilów i co najmniej tyle samo strzelnic, do tego bez problemu można otrzymać licencję na noszenie broni ukrytej, jak również nabyć ją legalnie od sąsiada czy znajomego w ramach prywatnej wymiany poza systemem sprawdzania niekaralności. W rankingu Bandy Brady’ego Missouri uzyskało raptem cztery punkty na sto.

Teraz tak: osoba, która nie lubi broni palnej, albo taka, dla której ambaras z nią związany należy do tematów neutralnych, po obejrzeniu tej produkcji w oderwaniu od jakiegokolwiek tonującego emocje komentarza jeszcze bardziej zabetonuje się w przeświadczeniu, że broń to zło. Manipulacja przebiega tu bowiem dwutorowo i sprowadza się do a) beztroskiego posługiwania się statystykami przestępczości w kontekście obszarów o zaawansowanym stopniu zurbanizowania i b) nagminnego stosowania nazw kodowych typu “young people”, “gang members” albo, o zgrozo, “kids” i “children” na opisanie sprawców (i ofiar) czynów kryminalnych [2]. W efekcie powstaje złudzenie, jakby całe miasto żyło w cieniu śmierci, a każdy bez wyjątku mieszkaniec St. Louis, z naciskiem na dzieci i młodzież, był permanentnie narażony na niebezpieczeństwo utraty życia w spotkaniu z nadlatująca kulą.

Fenomen masowego występowania przestępczości z udziałem broni w Ameryce dotyczy wyłącznie relatywnie niewielkiej subpopulacji wysokiego ryzyka silnie skoncentrowanej w kilku niebezpiecznych rewirach (zobacz → link). Stąd też prawdopodobieństwo śmierci na skutek postrzału oszacowane za pomocą wskaźników zabójstw będzie się diametralnie różniło w zależności od badanej próby demograficznej. Rok temu “New York Times” pochylił się nad problematyką rasowej dystrybucji zabójstw w St. Louis i opublikował szkic planu miasta [3] z rozróżnieniem na dzielnice murzyńskie (kolor pomarańczowy) i nie-murzyńskie (niebieski). Na mapę naniesiono również czerwone punkty oznaczające miejsca znalezienia zwłok (jedno ciało lub więcej, a uzbierało się ich w przeciągu dziewięciu lat trochę ponad 1200). Artykuł opatrzono wielce sugestywnym nagłówkiem: “In Places Like North St. Louis, Gunfire Still Rules the Night”:

st_louis_map

Zabijanie i zbrojne napady dzieją się po “czarnej stronie torów”. Niestety, producenci “Blood Brotherts” nie pokusili się o wyraźne zaakcentowanie tego doniosłego statystycznego faktu, który znika gdzieś w zalewie dramatycznej narracji, a jest to sprawa kluczowa dla zrozumienia, czy “Gateway to the West” to królestwo zbrodni i bezprawia, czy może spokojna aglomeracja z wolnym dostępem do broni, której reputację psują dzielnice skupione w północnym-wschodnim rejonie miasta. Z oświadczenia przygotowanego dla prasy wnioskuję, że twórcy filmu skontrolowali poczynione przez siebie pomiary o demografię (We seem to take for granted the day to day mayhem provided by young black maleslink), ale z treści jednorazowego seansu naprawdę trudno wyłuskać ten “detal”. Wprost przeciwnie: większość wypowiedzi sugeruje, że metropolia pogrążona jest w jakimś krwawym chaosie.

Jak bardzo ten ponury pejzaż jest tendencyjny i jak mocno kontrastuje z rzeczywistością, można zweryfikować w reportażu nakręconym przez organizację The St. Louis Civic Pride Foundation, w którym student prawa, dziennikarka lokalnej gazety i właściciel restauracji, w oparciu o własne doświadczenia, reklamują St. Louis jako jedną z najlepszych do życia i najbezpieczniejszych amerykańskich metropolii. I choć słowo “guns” nie pada z ich ust ani razu, to z samej relacji wyłania się obraz dwóch totalnie różnych światów z jednym wspólnym mianownikiem – bronią palną. Zarówno biali, jak i czarni rezydenci mają do niej błyskawiczny dostęp o każdej porze dnia i nocy. 

“Białe” St. Louis

Dyrektor generalny oddziału AT&T w Missouri słusznie zauważył w tym wywiadzie (02:19), że skrzywiona percepcja przestępczości może mieć realne i dalekosiężne konsekwencje dla kondycji gospodarki w regionie, zwłaszcza w sytuacji gdy budżet municypalny czerpie pokaźne dochody z sektora turystycznego. Z pozoru niegroźne statystyczne przekręty, jeżeli odpowiednio się je nagłośni w mediach i nikt ich w porę nie zdemaskuje, są w stanie skutecznie izolować hrabstwo od napływu ludności z zewnątrz (łącznie z inwestorami i kapitałem). Nie tak dawno temu przecież rząd francuski wystosował oficjalne ostrzeżenie dla swoich obywateli, by ci unikali podróżowania po północnej części St. Louis (od lotniska aż po centrum). Żaden białoskóry Europejczyk, absorbujący wiedzę o przestępczości w USA z wieczornych serwisów informacyjnych, radia czy portalozy, po usłyszeniu takiego komunikatu nie weźmie do ręki mapy i nie będzie rysował granicy oddzielającej “dobrą” część miasta od “złej” – po prostu przebukuje bilet i poleci na urlop gdzie indziej. 

Na zakończenie prośba skierowana do tych, którzy w dyskusjach o broni koniecznie muszą posiłkować się przykładem Stanów Zjednoczonych, demonizując w ten sposób wszelkie inicjatywy mające na celu liberalizację polskiego prawa: jeśli kiedykolwiek przeczytacie, że gdzieś w Ameryce szaleje “gun violence crisis”, to sprawdźcie najpierw, czy przypadkiem nie chodzi o black violence crisis [4].

_______________

[1] Na szybko: dwie aglomeracje wielkością zbliżone do Poznania: Portland (Oregon) i Baltimore (Maryland).

Portland liczy 603 tysiące stałych rezydentów i jest w 72 proc. zaludnione przez potomków europejskich imigrantów (jedno z najbardziej “białych” dużych miast w Ameryce). Populacja czarnych oscyluje w granicach 6 proc. Baltimore zamieszkuje 621 tysięcy osób i jest w 63 proc. zasiedlone przez przedstawicieli rasy czarnej. Biali stanowią niewiele ponad 28 proc. populacji.

W całym 2013 roku w Portland zarejestrowano 16 zabójstw. Większość z nich to były zgony na skutek postrzału powiązane z działalnością miejscowych gangów. Nie dysponuję dokładnymi statystykami, ale dane poszlakowe (patrz tu i tu) wskazują, że w najlepszym razie połowa z tych 16 zabójstw to robota murzyńskich cyngli.

Przenosimy się na Wschodnie Wybrzeże. W zeszłym roku w granicach Baltimore odnotowano 235 morderstw. Jak obliczono w podlinkowanym artykule, gdyby Nowy Jork u schyłku rządów Bloomberga miał wskaźniki na poziomie tego miasta, zginęłoby tam grubo ponad trzy tysiące osób. W samym tylko styczniu 2014 roku w Baltimore zabito już 22 osoby (prawie wszystkie ofiary czarne zamordowane przez czarnych; jedna biała ofiara to 51-letnia kobieta śmiertelnie pobita we własnym domu przez dwóch Murzynów podczas napadu rabunkowego).

wykres_CT

[2] Ten bałamutny sposób relacjonowania przemocy w Ameryce jest niezwykle rozpowszechniony w mediach nawet na szczeblu lokalnym. Przykładowo, w poniższym reportażu padają takie określenia jak “epidemia”, lecz ani razu rozmówcy nie precyzują, kogo ona tak naprawdę dotyczy, mimo że serwowane obrazy nie pozostawiają wątpliwości:

WKRG, Police Chief Calls Teen Gun Violence an “Epidemic”

[3] “Business Insider” wrzucił kiedyś na swoją stronę podobne mapy z Dystryktem Kolumbii. Mapa po lewej ukazuje rozmieszczenie murzyńskiej populacji w obrębie miasta (miniatura w prawym dolnym narożniku przedstawia tereny zajęte przez Latynosów), a na drugiej planszy widać obszary z najwyższymi wskaźnikami przestępczości:

dc_population

[4] Cytat za Jill Leovy, “Ghettoside. A True Story of Murder in America“:

Najbardziej błaha sprzeczka po czarnej stronie miasta zdawała się ciążyć ku przemocy, jakby pod nieobecność prawa zniknęły alternatywne sposoby rozwiązywania sporów. Mimo iż niespłacone długi i rywalizacja o dobra materialne oraz względy kobiet (to ostatnie zwłaszcza) leżały u podstaw wielu morderstw, to równie banalnymi motywami zbrodni były werbalne zniewagi, posądzenia o bycie policyjną wtyką, pijackie wybryki czy klasyka – pojawienie się na imprezie bez zaproszenia. Drobne konflikty dzieliły ludność tubylczą na zwaśnione obozy i prowokowały nieprzerwane ataki odwetowe. (…) Każda uraza skrywała niszczycielski potencjał, eksplodujący w chwili przypadkowego zetknięcia się wrogich frakcji, czy to na ulicy czy w sklepie monopolowym. Pragnienie zemsty było pierwotnym impulsem.

[The smallest ghettoside spat seemed to escalate to violence, as if absent law, people were left with no other means of bringing a dispute to a close. Debts and competition over goods and women – especially women – drove many killings. But insults, snitching, drunken antics, and the classic – unwanted party guests – also were common homicide motives. Small conflicts divided people into hostile camps and triggered lasting feuds. (…) Every grudge seemed to harbor explosive potential. It would ignite when antagonists met by chance in the streets or in liquor stores. Vengence was a staple motive.]