W połowie 2015 roku gruchnęła wiadomość, że włodarze w San Francisco szykują się do przygwożdżenia jedynego w granicach miasta sklepu handlującego bronią palną [1] i to przygwożdżenia nie byle czym, bo stertą biurokratycznych zobowiązań i regulacji. Stojący za inicjatywą ustawodawczą demokratyczny radny i przewodniczący komisji budżetowej, Mark Farrell, w takim oto słodkim tonie uzasadniał konieczność zaostrzenia prawa:

Pomimo że posiadamy jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów w Ameryce, zawsze możemy zrobić więcej, by chronić mieszkańców. Powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by wyposażyć organy ścigania w dodatkowe narzędzia, których potrzebują do zwalczania przestępczości i utrzymywania spokoju w naszych dzielnicach.

[Even though San Francisco has some of the toughest gun control laws on the books in the country – there is more we can do to protect the public – and we should do everything in our power to give local law enforcement the additional tools they need to prevent crime and keep our neighborhoods safe.]

Na liście życzeń urzędników magistratu znalazł się tym razem wymóg cotygodniowego dostarczania do centrali SFPD nagrań wideo z każdej transakcji kupna-sprzedaży broni i/lub amunicji, zgrywanej z siedemnastu kamer zainstalowanych wewnątrz i na zewnątrz budynku. Bez znaczenia był fakt, że menadżer przybytku, Steve Alcairo, od lat cierpliwie znosił kaprysy legislatorów (np. pod groźbą cofnięcia licencji zmusili go do zdjęcia z widoku publicznego plakatów reklamujących biznes, również tych wiszących za szybą na wystawie) i na żądanie policji udostępniał zarejestrowany obraz, gdy tylko zachodziła potrzeba sprawdzenia czegoś/kogoś albo przeprowadzenia rutynowej kontroli. Nakaz gromadzenia i okazywania regularnie co siedem dni wszystkich nagrań przelał jednak czarę goryczy: we wrześniu Alcairo ogłosił na Facebooku, że zawiesza działalność, by wraz z końcem października zamknąć podwoje na zawsze. Dziennikarzom powiedział, że ostatnie poczynania rady miejskiej nie mają nic wspólnego ze zwalczaniem bandytyzmu, to wyłącznie czysta perfidia wymierzona w potencjalnych klientów celem zniechęcenia ich do robienia u niego zakupów. Dodajmy, że interes generował spore zyski (dwa tysiące sprzedanych rewolwerów, pistoletów i karabinów w roku, z czego ogromna większość stałym rezydentom SF) i nigdy w historii żaden egzemplarz broni palnej znaleziony na miejscu przestępstwa nie został powiązany ze sklepem.

Oficjalnym powodem zintensyfikowania środków represji wobec osamotnionego dilera (poza typową dla progresywnych polityków ideologiczną nienawiścią do broni) było zabójstwo turystki, Kate Steinle, która zginęła na molo uderzona w plecy rykoszetującą kulą. Strzelał niejaki Juan Francisco Lopez-Sanchez, przebywający w USA nielegalnie włóczęga-recydywista, wielokrotnie aresztowany pod zarzutem wytwarzania i zażywania heroiny, raz oskarżony o czynną napaść, a do tego pięciokrotnie deportowany z kraju. Wybrał akurat San Francisco na azyl, ponieważ metropolia ta cieszy się opinią enklawy tolerancyjnej dla “nieudokumentowanych” imigrantów (tzw. “Sanctuary City”, Miasto-Sanktuarium). Pistolet, z którego śmiertelnie ranił kobietę, został parę dni wcześniej ukradziony z zaparkowanego w śródmieściu dżipa, należącego do agenta federalnego z Biura ds. Gospodarowania Ziemią. Co ciekawe, Meksykanin, powołując się na ustaloną z adwokatem linię obrony, twardo obstaje przy wersji, że nie chciał zrobić dziewczynie krzywdy, a broń miała wypalić mu przypadkowo (trzy razy z rzędu), gdy celował dla zabawy do lwów morskich wygrzewających się na plaży u wybrzeży Pacyfiku.

Kathryn Steinle_Juan Francisco Lopez-Sanchez

Kathryn Steinle i jej zabójca w pomarańczom uniformie więziennym.
Grozi mu dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego. 

Podsumujmy: nielegalny imigrant zza południowej granicy z bogatą policyjną kartoteką kładzie trupem w biały dzień modelową amerykańską obywatelkę ze służbowego SIG Sauera, podprowadzonego urzędnikowi federalnemu, na terenie aglomeracji chlubiącej się egzekwowaniem całego dekalogu “zdroworozsądkowych” przykazań regulujących nabywanie broni palnej. Odpowiedź hoplofobów – dowalenie nowych restrykcji do stosu już istniejących, skutkujące likwidacją prywatnego biznesu. Pięknie to rozegrali. 

Dla tych, którzy średnio się orientują w zniuansowaniu kalifornijskiej polityki, mam komunikat wyjaśniający: to nie był jakiś spontaniczny, odosobniony zryw zdeterminowanej grupki oświeconych reformatorów, żarliwie oddanych idei “ratowania choćby jednego życia” [2], ale praktyczna manifestacja długofalowej, inkrementalnej metody planowania strategicznego, polegającej na stopniowym i niebezpośrednim dochodzeniu do zamierzonego celu (który rzadko bywa artykułowany wprost) na drodze wielu cząstkowych decyzji. Tym celem jest oczywiście bezwzględny zakaz posiadania broni przez ludność cywilną [3].

Inna sprawa, że moralny imperatyw “ratowania jednego życia” nabiera w kontekście San Francisco szczególnie groteskowego wydźwięku, gdy się spojrzy, co tak naprawdę podbija tam licznik zgonów (uprzedzając: nie jest to broń palna przemycana do miasta z sąsiednich jurysdykcji, na co wskazują zwolennicy kontroli za każdym razem, kiedy zadekretowany przez nich reżim reglamentacyjny nie przynosi spodziewanych rezultatów):

Spożycie alkoholu stanowi główną przyczynę przedwczesnej umieralności mieszkańców San Francisco, zwłaszcza wśród mężczyzn. [Alcohol consumption is a major contributor to premature mortality in San Francisco, especially among males.]

Źródło: Brian Katcher, Randy Reiter & Tomás Aragón, “Estimating Alcohol-Related Premature Mortality in San Francisco” (link).

Z zacytowanego fragmentu wnioskuję, że dostęp do spirytualiów dla przeciętnego rezydenta tej nadbrzeżnej metropolii musi być mocno utrudniony. W końcu slogan “saving just one life” traktowany jest priorytetowo w szeregach politycznych elit SF. Załączony niżej obrazek szybko rozwiewa wątpliwości. Czerwone kropki reprezentują punkty oferujące odpłatnie napoje alkoholowe:

liquor-stores-in-san-francisco

Zrzuta z Google Maps z dnia 26/02/2016

Mimo że nadmierna konsumpcja etanolu niesie ze sobą realne zagrożenia dla zdrowia publicznego, “Fog City” naszpikowane jest lokalizacjami, gdzie bez problemu da się kupić zabójczą truciznę. Sklepy monopolowe, supermarkety, winiarnie, browary, puby, restauracje – każdy pełnoletni obywatel miasta, osoba przyjezdna, sprawca przemocy domowej, notoryczny przestępca mogą w dowolnym momencie obalić flaszkę i siać zniszczenie albo umierać z przepicia, śrubując niechlubne statystyki [4]. Nikt nie weryfikuje niekaralności klientów, nie ma arbitralnie zdefiniowanych limitów miesięcznego spożycia, nie ma ewaluacji psychiatrycznych, procedur rejestracyjnych, wywiadów środowiskowych, pobierania odcisków palców, nie ma też ekstra opłat urzędowych ani alarmistycznych nagłówków w mediach, informujących o epidemii zabójstw, wypadków czy aktów samobójczych. Ale co tam – lepiej puścić z torbami ostatniego sprzedawcę broni w okolicy, bo przecież guns kill people.

[Od autora: wpis ten w żadnym razie nie jest wyrazem poparcia dla prohibicji alkoholowej.]

_________________

[1] Początki High Bridge Arms sięgają wczesnych lat 50. XX wieku. Założony przez strzelca sportowego i olimpijczyka, Boba Chowa, sklep przez długi okres pełnił podstawową funkcję zakładu rusznikarskiego, a dopiero w dalszej kolejności punktu sprzedaży broni. W 1988 roku japoński sztangista, Andy Takahashi, odkupił miejscówkę i przechrzcił ją na “High Bridge”, dosłowne angielskie tłumaczenie swojego nazwiska.

Jako drugi właściciel Takahashi trafił na bardzo niespokojne czasy. Przez ośrodki urbanistyczne w USA przetaczała się wtedy epidemia cracku połączona z szalejącą przestępczością, a ponieważ politycy z San Francisco nie mieli zielonego pojęcia, jak poradzić sobie z kryzysem i rosnącymi wskaźnikami zabójstw na własnym podwórku, to tradycyjnie uwzięli się na okolicznych handlarzy bronią. Wodą na młyn dla ich planów wyrugowania całego sektora z rynku okazały się meldunki o pistoletach i rewolwerach, które pochodziły od koncesjonowanych dilerów, lecz na skutek kradzieży oraz rozmaitych pozaprawnych transferów przenikały do obiegu wtórnego i w konsekwencji w ręce kryminalistów. W efekcie u schyłku dekady lat 80. ogłoszono prikaz, zakazujący otwierania w przyszłości nowych sklepów z bronią na obszarze hrabstwa. Potem przegłosowano następne obostrzenia i tak “wyregulowano” z interesu prawie wszystkich sprzedawców. Zostało raptem kilku, w tym największy FFL na Wschodnim Wybrzeżu, słynny The San Francisco Gun Exchange, rodzinny sklepik Markell’s Gun Shop i naturalnie High Bridge Arms.

Najpierw odpadli państwo Merkell. Grożono im śmiercią i wybijano szyby w oknach (link), więc w 1989 roku przeprowadzili się do innego miasta. Gun Exchange wykruszył się nieco później, przygnieciony rabunkowym fiskalizmem. Na placu boju pozostał tylko High Bridge, zyskując status swoistej ikony i atrakcji turystycznej tkwiącej w samym sercu hipisowskiej, progresywnej mekki.

[2] Obama powtórzył ten pusty jak dzwon, absurdalny frazes co najmniej przy dwóch różnych okazjach: raz na Twitterze tuż po masakrze w Newtown (link) i ponownie w artykule napisanym dla nowojorskiego “Timesa” (These actions won’t prevent every act of violence, or save every life – but if even one life is spared, they will be well worth the effort [link]). Mój komentarz prostujący i precyzujący wypowiedź prezydenta odnośnie rzekomej “epidemii przemocy” tu.

[3] W 2005 roku było niebezpiecznie blisko. Przegłosowane wówczas w referendum rozporządzenie otrzymało nazwę kodową “Propozycja H” i wzbudziło ogólnokrajowe zainteresowanie z uwagi na swój radykalny charakter. Zakładało ono, po pierwsze, wyeliminowanie wszystkich egzemplarzy broni krótkiej z obrotu w obrębie miasta (z wyjątkiem jednostek będących do dyspozycji funkcjonariuszy policji i ewentualnie pracowników licencjonowanych firm ochroniarskich), a dwa: bezwarunkowy szlaban na jakiekolwiek działania gospodarcze tudzież prywatne w powiązaniu z produkcją, dystrybucją i sprzedażą cywilnego uzbrojenia (łącznie z amunicją), co de facto oznaczało ostateczne rozwiązanie kwestii broni palnej na lokalnym rynku. Dopiero zdecydowana interwencja NRA oraz naciski ze strony innych sił sprzymierzonych (w tym gejowskiej organizacji “Pink Pistols”) zażegnały kryzysową sytuację. Po trwającej prawie trzy lata batalii w sądach władze San Francisco zostały zmuszone wyrokiem do kasacji dyrektywy i pokrycia kosztów przegranego procesu. Wypłacone w ramach ugody zadośćuczynienie opiewało na sumę $380 tysięcy. 

[4] Obecność alkoholu we krwi jest czynnikiem silnie statystycznie skorelowanym z agresją, zwiększa również szansę wystąpienia zabójstwa (link). Jak wynika z badań porównawczych, przeprowadzonych przez szwedzkich kryminologów z Krajowej Rady Prewencji Kryminalnej (The National Council for Crime Prevention), w latach 2003-2006 ponad 80 proc. zabójców w Finlandii podczas popełniania zbrodni znajdowało się pod wpływem alkoholu (link). CDC szacuje, że co roku w USA od “nieumiarkowania w piciu” umiera 88 tysięcy ludzi (link).