W ostatnim ze swoich vlogów Billy Johnson, komentator NRA, poruszył kwestię sztucznych, polityczno-ekonomicznych ograniczeń krępujących cywilny rynek broni w Ameryce. Czerpiąc z rezerwuaru historii najnowszej, próbował ukazać, w jaki sposób interwencje urzędników utrudniają możliwość praktykowania swobód wynikających z Drugiej Poprawki, która jako jedyna spośród dziesięciu punktów Karty Praw jest wyjątkowo podatna na zmiany w polityce regulacyjnej rządu, zarówno na szczeblu federalnym, jak i stanowym. Druga Poprawka – aby można było o niej mówić, że jest żywym prawem – wymaga ciągłego dostępu do dóbr materialnych oferowanych na rynku, czyli przede wszystkim broni i amunicji, w dalszej kolejności zaś innych akcesoriów pomocniczych. Bez zagwarantowanej wolności przepływu towarów i usług ten konkretny urywek konstytucji będzie co najwyżej pustym frazesem:

Billy Johnson dla NRA News: “No Guns for You”

Zazwyczaj na opisanie postępującej degeneracji swobód obywatelskich w jakiejś dziedzinie życia korzystam z metafory nawiązującej do obrazu kuli śnieżnej toczącej się po zboczu. Pouczająca jest też anegdotka o żabie, która włożona do postawionego na ogniu garnka z letnią wodą, siedziała w środku tak długo, aż się nie ugotowała. Bez szkody dla semantyki obydwie te figury można jednak zastąpić motywem odkrawania plastrów salami. Określenie “taktyka salami” wprowadził do języka potocznego węgierski opozycjonista, Zoltán Pfeiffer. W jego czasach oznaczało ono metodyczne – w sensie: plasterek po plasterku – przejmowanie władzy przez komunistów w państwach satelickich ZSRR przy pomocy rozmaitych podstępów i wybiegów. W końcu rzadko całą wolność traci się od razu [1].

Schemat jest zawsze ten sam: kamyczek zdrowego rozsądku, którego usunięcie wprawia w ruch tryby machiny legislacyjnej; pojedyncza reforma, zainicjowana na niewielką skalę z racjonalnych pobudek, przeistacza się w ciągu zaledwie jednego pokolenia w kompleksowy reżim o charakterze normatywnym, którego przepisy potrafią być tak zawiłe, że z interpretacją mają problemy nawet funkcjonariusze oddelegowani do ich egzekutywy. Nie ma w Ameryce lepszego miejsca do empirycznego obserwowania ewolucji tego fenomenu niż Kalifornia, gdzie antybroniowi ustawodawcy montują dokuczliwe regulacje znacznie szybciej niż system sądowy jest w stanie je “przerabiać”, kiedy jakiś obywatel lub grupa obywateli zdecydują się zaskarżyć radosną twórczość polityków jako niekonstytucyjną. Dochodzenie sprawiedliwości trwa potem latami, a zamordyzm i tak krzepnie sobie w najlepsze.

Flag_of_CaliforniaNo Right to Bear Arms

Nie dalej jak miesiąc temu gubernator “Golden State” z ramienia Partii Demokratycznej, Jerry Brown, złożył podpis pod ustawą o sygnaturze AB 1964 (jak na razie był to ostatni akt prawny ze sterty tuzina nowych ustaw o broni, które parafował w 2014 roku), kryminalizującą import, produkcję i sprzedaż niezaaprobowanych przez kalifornijski Departament Sprawiedliwości powtarzalnych pistoletów z zamkami czterotaktowymi oraz pistoletów jednostrzałowych, tj. jednostek bez magazynka, wymagających każdorazowego załadowania przed naciśnięciem spustu poprzez ręczne umieszczenie naboju w komorze. Do niedawna jeszcze konstrukcje te znajdowały się na liście wyjątków resortu i mogły być sprzedawane bez uzyskania certyfikatu bezpieczeństwa (chodzi o niesławny “handgun roster”, czyli wykaz bezpiecznych modeli broni krótkiej, mających błogosławieństwo Prokuratora Generalnego i dopuszczonych do handlu na terenie stanu – więcej o tym kuriozum w dalszej części wpisu). Ogólnie ciężko w to uwierzyć, ale niecałe piętnaście lat temu nie istniał w Kalifornii żaden podobny rejestr.

Wszystko wystartowało na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego stulecia, kiedy Republikanie bezpowrotnie stracili władzę. Mimo iż polityka reglamentacji ma w Kalifornii historię sięgającą samych początków formowania się zrębów tamtejszej państwowości (pierwszymi jej ofiarami padła ludność rdzenna), to regulacje wymierzone w broń krótką (jej podaż i popyt) liczą sobie niewiele ponad dwa dziesięciolecia [2].

Najpierw kalifornijska legislatura poszła na wojnę z producentami taniej broni, rozproszonymi na peryferiach Los Angeles – w roku 1996 pod ciężarem piętrzących się pozwów sądowych dilerzy z Ognistego Kręgu zostali dosłownie przepędzeni z terytorium stanu, co okazało się symbolicznym otwarciem puszki Pandory i pierwszym odkrojonym plasterkiem salami.

Po wyrugowaniu z obiegu cywilnego “broni śmieciowej” władze Kalifornii uznały, że stanowy glejt bezpieczeństwa muszą też posiadać produkty wypuszczane przez wielkie i uznane na świecie marki takie jak Heckler & Koch, Ruger, Colt, Smith & Wesson czy Glock, mogące poszczycić się długą tradycją rusznikarską oraz idącą w dekady, a nawet stulecia obecnością na rynku. Za nic miały się tłumaczenia, że broń oferowana przez tych wytwórców od dawna przechodzi surowe testy niezawodności i hartowana jest w skrajnych warunkach [3] – politycy “Golden State” mieli już skrystalizowaną długofalową strategię działania.

Ojcem-sponsorem senackiej uchwały SB 15, która urzeczywistniła koncepcję utworzenia przy Departamencie Sprawiedliwości specjalnej komórki, zajmującej się weryfikacją jakości i certyfikowaniem broni krótkiej (wspomniany wcześniej Roster of Handguns Certified for Sale), był demokratyczny deputowany z Los Angeles, Richard G. Polanco [4]. Nowe uregulowania zaczęły obowiązywać od roku 2001, stając się drugim odciętym plasterkiem salami. 

Zanim przejdę do omówienia zasad funkcjonowania rejestru, chciałbym zwrócić uwagę na pewien detal z nim związany, którego nieznajomość powoduje potem spore zamieszanie. “The Roster” dotyczy wyłącznie koncesjonowanych punktów sprzedaży broni w tym sensie, że żaden sklep z licencją FFL zlokalizowany w Kalifornii nie może handlować bronią, która nie figuruje w spisie Departamentu. Dalej: “The Roster” nie dotyczy takich kwestii prawnych jak własność czy posiadanie broni palnej; nie dotyczy także broni napływającej do Kalifornii wraz z migrującą ludnością; nie dotyczy broni krótkiej przekazywanej w prywatnej transakcji za pośrednictwem licencjonowanego dilera; wreszcie – nie dotyczy broni dziedziczonej. 

Od czasu swojej pierwszej, nieznowelizowanej wersji ustawa zobowiązuje producentów do dostarczenia “próbek” w celach testowych – po trzy sztuki z wybranego modelu. Opłata każdorazowo wynosi $200 za jeden model i po upływie dwunastu miesięcy wytwórca musi wyłożyć kolejne $200 za przywilej pozostania na liście. Ten stan utrzymuje się do dzisiaj i choć inaczej niż haraczem nie da się go nazwać, nikt głośno nie protestuje, ponieważ żądana kwota do zapłacenia nie jest na tyle wyniszczająca finansowo, by zniechęcić firmy do robienia interesów na Zachodnim Wybrzeżu. 

Gdy danina zostanie zaksięgowana, broń wędruje do laboratorium. Od środka wygląda to tak, że fabrycznie nowy, udostępniony w ramach badań diagnostycznych egzemplarz przechodzi najpierw “drop safety test” – laboranci zrzucają go na betonową płytę z wysokości jednego metra (dokładnie 39.8 cali) pod sześcioma różnymi kątami i jeżeli ani razu nie wystrzeli, zostaje uznany za broń “bezpieczną”. Druga faza to tzw. “firing requirement test” – kontroler wystrzeliwuje z otrzymanej jednostki sześćset nabojów (seria liczy pięćdziesiąt kul, po czym następuje przerwa na “ochłodzenie” mechanizmu i przeczyszczenie konstrukcji); pierwsze parędziesiąt strzałów musi być oddanych bez żadnych usterek, wśród następnych 550 raptem sześciokrotnie może przytrafić się niezagrażająca zdrowiu użytkownika awaria. 

Najważniejsze: dobrodziejstwo certyfikowania obejmuje tylko nowo wyprodukowane pistolety i rewolwery, których wcześniej nie było w sprzedaży. Dopóki wytwórca nie wprowadza żadnych zmian w danym modelu, nawet czysto kosmetycznych, to zakładając, iż dopełnił on wszelkich wymagań administracyjnych, czyli co ileś tam lat złożył dokumentację i uiścił opłaty, taka broń pozostaje na wykazie i może być legalnie transferowana do rąk cywilów. Jednakże w sytuacji gdy producent wykona jakąkolwiek, choćby najmniejszą korektę typu lifting kształtu nakładek czy też zastosuje odmienne wykończenia (dajmy na to, chrom zamiast oksydy), to wtedy ten “zmodyfikowany” wyrób musi przejść od początku przez baterię testów kwalifikacyjnych. Jak się za moment okaże, ów szczegół będzie miał kluczowe znaczenie w kontekście przyszłych nowelizacji. Co więcej, wszystkie warianty identycznego modelu, dla przykładu – wszystkie warianty długości lufy tudzież stylistyki zewnętrznej (wersja chromowana, grawerowana etc.) muszą za każdym razem uzyskiwać osobne certyfikaty.

Trzeci plasterek salami odkrojono z chwilą, gdy decydenci zażyczyli sobie, by każdy model pistoletu zaaprobowany do sprzedaży w granicach Kalifornii wyposażony był we wskaźnik załadowanej komory oraz – kolejna nowelizacja – w dodatkową blokadę, uniemożliwiającą oddanie strzału przy wyjętym magazynku. Ustawa otrzymała numer SB 489, uchwalono ją w 2003 roku i obowiązywać zaczęła trzy lata później. Niby nic wielkiego, ale proponuję postawić się w sytuacji wytwórcy takiej broni. Powiedzmy, że firma XYZ szykuje się do wypuszczenia na rynek jubileuszowej wersji samopowtarzalnego Colta 1911, będącego w sumie klonem poprzednika, lecz z drobniutką poprawką w stosunku do oryginału, tj. lepiej dopracowanym mechanizmem spustowym. Po wejściu w życie SB 489 właściciel marki musi teraz nie tylko ponownie udostępnić tę konkretną jednostkę do wglądu państwowym testerom, ale także zainstalować w niej hurtowo obydwie nowinki technologiczne: lampkę informującą o naboju w komorze i układ blokujący, co wiąże się z poważną ingerencją w konstrukcję i w efekcie z wywindowaniem kosztów produkcji.

Jak można przeczytać na poniższym wykresie (grafika przygotowana przez The Calguns Foundation), wszystkie dotychczasowe odgórne zarządzenia, o których wspominałem, nie zachwiały drastycznie równowagi podażowo-popytowej na rynku – konstruktorzy pokornie spełniali coraz to nowe zachcianki kapryśnych hoplofobów, regularnie zaopatrując w broń swoich kalifornijskich odbiorców. Odcięcie czwartego plasterka salami może ten relatywnie stabilny trend odwrócić:

roster_info

Autorzy nanieśli na diagram dwie przerywane linie, które powstały w oparciu o średnią roczną liczbę modeli usuwanych z listy Departamentu Sprawiedliwości (około 125 sztuk). Statystyki obejmujące wszystkie egzemplarze, których licencja wygasła, albo takie, które odrzucono na skutek niedopełnienia przez producenta wymogów technicznych, są cyklicznie aktualizowane i lądują na stronach DOJ w formie prostego zestawienia: wytwórca-model-kaliber-data zdjęcia z rejestru. Jeśli te szacunki się sprawdzą, lobby rozbrojeniowe będzie mogło odtrąbić sukces – doprowadzą do praktycznego wyzerowania podaży broni krótkiej bez wydawania dekretów o zakazie jej obrotem.

Cichym zabójcą jest tutaj niesławne rozporządzenie o sygnaturze AB 1471, znane również jako Ustawa o Identyfikacji Przestępczej Broni Palnej (Crime Gun Identification Act of 2007), pod którą podpis złożył poprzedni republikański gubernator, Arnold Schwarzenegger. Zmienia ona radykalnie definicję pistoletu, dodając kontrowersyjny paragraf o konieczności jego mikrostemplowania. Przedstawiciele marki Glock już publicznie zapowiedzieli, że w związku z tą aktualizacją nie będą sprzedawać modeli czwartej generacji w Kalifornii, bo to im się po prostu nie kalkuluje. Podobnie S&W, który ogłosił, że prędzej wycofa się z tamtejszego rynku niż wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom legislatorów. Dyrektor generalny firmy Ruger jest bardziej powściągliwy – w wywiadzie dla portalu guns.com powiedział, że ciągle walczy o pozostanie na kalifornijskim podwórku, ale jeśli bieg wydarzeń okaże się niepomyślny dla jego firmy, też postawi krzyżyk na “Golden State”.

Ironia tkwi w tym, że współwynalazcą technologii mikrostemplowania (i przy okazji także współwłaścicielem patentu) jest inżynier z New Hampshire, członek NRA, Todd E. Lizotte. Jego elaborat pt. “Kryminalistyczna identyfikacja pocisków samopowtarzalnej broni krótkiej przy użyciu laserowo grawerowanych mikrostempli” (praca w oryginale: “Forensic Firearm Identification of Semiautomatic Handguns Using Laser Formed Microstamping Elements” [5]) wprowadza odbiorcę w meandry techniki, która niebawem – wbrew woli jej popularyzatora – gwałtownie przyśpieszy odpływ z Kalifornii znakomitej większości wytwórców pistoletów. 

Z treści abstraktu można się dowiedzieć, że przez dobre ponad sto lat biegli sądowi oraz specjaliści od śladów narzędziowych musieli z braku lepszej alternatywy polegać w swoich badaniach na analizie różnych losowych zarysowań, pęknięć i wgnieceń poczynionych na powierzchni wystrzelonej łuski przez wewnętrzne ruchome mechanizmy broni takie jak iglica, wyrzutnik czy pazur wyciągu. Przyjmowano, że te odwzorowania są czymś w rodzaju linii papilarnych broni. O tym, że nie zawsze była to najlepsza metoda postępowania, świadczy choćby fakt, iż wielokrotnie zaobserwowano, jak pojedyncze naciśnięcie spustu generowało multum przypadkowych znamion na łusce, z czego samo uderzenie iglicy o spłonkę naboju potrafiło zostawić do pięciu różnych znaków, co potem wydatnie utrudniało albo wręcz uniemożliwiało rozpoznanie narzędzia wykorzystanego do popełnienia przestępstwa. Dlatego naukowcy wpadli na pomysł stworzenia technologii, która nanosiłaby na łuskę podstawowe informacje o broni w postaci pieczołowicie uporządkowanego ciągu symboli, względnie w formie kodu cyfrowego, podobnego do tych używanych częstokroć na artykułach spożywczo-przemysłowych. Taki wyżłobiony wiązką lasera miniaturowy stempel byłby niewiele większy niż średnica ludzkiego włosa, a zatem w celu jego odczytania trzeba by sięgnąć po mikroskop elektronowy. Stąd nazwa procesu – mikrostemplowanie.

Ustawa AB 1471 mówi wyraźnie o dwóch lub więcej miejscach wewnątrz broni, na których powinny znajdować się dane odnośnie marki, modelu i numeru seryjnego pistoletu (The make, model, and serial number of the pistol, etched or otherwise imprinted in two or more places on the interior surface or internal working parts of the pistol). Na pewno jednym z takich miejsc będzie grot iglicy. Co do drugiego, zgody nie ma, ale najczęściej wskazuje się na czółko zamka. Wybór lokalizacji stempelków nie jest losowy – wystarczy obejrzeć, jak działa pistolet od środka podczas oddawania strzału.

Nabój trafia najpierw z magazynka do komory nabojowej. W trakcie pokonywania tej drogi odwzorowuje się czółko trzonu zamkowego, tj. powstają charakterystyczne zarysowania oraz zadrapania przy wyłuskiwaniu naboju z więzów łączących go z donośnikiem magazynka amunicyjnego. Gdy nabój spoczywa w komorze, gotowy do wystrzelenia, naciskamy spust. W tej samej sekundzie iglica uderza w spłonkę, wyzwalając zapłon prochu znajdującego się w łusce. Gazy wyzwolone w procesie spalania zwiększają ciśnienie w naboju, wypychając pocisk przez lufę, i jednocześnie, działając poprzez dno łuski na czółko zamka, powodują jego przesunięcie do tyłu. W każdym z tych kluczowych momentów dochodzi do kontaktu któregoś z newralgicznych elementów pistoletu – iglicy albo czółka zamkowego – z powierzchnią łuski (tak powstają i utrwalają się powystrzałowe ślady mechanoskopijne) i jest to doskonała okazja do odbicia stempelka:

luska

Nie zamierzam wymądrzać się na temat skuteczności opisywanego wynalazku. Na tę chwilę zdania są w tej materii mocno spolaryzowane, a jak wiadomo, dowody przedkładane w sądzie muszą być bardziej niż solidne, inaczej jedna niewyraźna cyferka w kodzie może doprowadzić do skazania i uwięzienia perfekcyjnie niewinnego człowieka. Nie będę też wieszać psów na generalnej koncepcji odciskania mikrostempli; nie jestem jej dogmatycznym przeciwnikiem, dostrzegam zalety. Powtarzam: w tym całym zamieszaniu nie chodzi o technologię per se, ale o przymusowe wprowadzanie małymi kroczkami ograniczeń, w dodatku przez kuchenne drzwi, ponieważ ONI wiedzą, że nie mogą zakazać legalnego posiadania broni wprost, więc w odwecie spiętrzają i komplikują biurokratyczne procedury, wypierając tym sposobem resztki cywilnej infrastruktury zbrojeniowej poza granice kontrolowanej przez siebie jurysdykcji [6].

Trzymając się nomenklatury ekonomicznej, gra toczy się o zmniejszenie podaży i popytu na broń palną tak bardzo jak to tylko możliwe bez proklamowania oficjalnej prohibicji. GubernatorJerry” Brown zatwierdził podpisem nowelizację AB 1964 nie dlatego, że nagle rezydenci Kalifornii zaczęli się zabijać przy pomocy jednostrzałowych derringerów; parafował ją, bo w ostatnich latach nastąpił skokowy wzrost zapotrzebowania na te właśnie konkretne modele, będące poza ustawowym nadzorem. Innymi słowy, w prawie ziała luka, przez którą najwyraźniej promieniowało zbyt dużo wolności. 

__________________

[1It is seldom that liberty of any kind is lost all at once – słowa te wyszły spod pióra Davida Hume’a i można je znaleźć w szkicu “O wolności prasy”, który znajduje się w zbiorze esejów szkockiego filozofa.

[2] Czyli prawie tyle samo co przepisy wymierzone w sprzedaż tzw. “karabinów szturmowych”. Kalifornia zdążyła zaadaptować u siebie dwie ustawy penalizujące ich posiadanie. Problem w tym, że regulatorzy przeoczyli pewien detal, który teraz wielu politykom z “Golden State” spać po nocach nie daje. Chodzi o tzw. “bullet buttons”. Cała afera wokół nich, podobnie jak setki innych historii z pogranicza hoplofobii i biurokracji, ładnie pokazuje, do czego prowadzą “zdrowy rozsądek” i “racjonalna debata”, których tak bardzo domagają się przeciwnicy broni w USA. 

W 2001 roku w granicach Kalifornii zaczęło obowiązywać drugie rozporządzenie o broni szturmowej, rozszerzająca polityczno-medialną definicję “assault weapon” o nowe cechy i modele (termin “assault rifle”, względnie “assault weapon” na określenie karabinów strzelających ogniem pojedynczym jest stosunkowo nowy – nie istniał on w słownikach Amerykanów przed rokiem 1989, to wyłącznie produkt socjotechniczna manipulacja hoplofobów → link). Na szczęście prawnicy, wynajęci przez organizacje walczące po sądach o nienaruszalność zapisów Drugiej Poprawki, przyczepili się do jednego niepozornego sformułowania w przepisach – że samopowtarzalny karabin z niewymienialnym magazynkiem, zdolnym pomieścić maksymalnie dziesięć nabojów, nie jest bronią szturmową.

“Niewymienialny” magazynek to taki, który do odczepienia wymaga osobnego narzędzia, np. kluczyków, długopisu albo końcówki naboju i stąd nazwa “bullet button” – zmodyfikowany przycisk zwalniacza zaczepu magazynka. Od normalnego przycisku różni się tym, że nie da się go nacisnąć palcem. Gdy sprawa w końcu trafiła na wokandę, sąd orzekł, że czubek naboju, służący do uruchamiania zwalniacza, jest narzędziem jak każde inne, a co za tym idzie – “karabiny szturmowe” posiadające taki przycisk nie powinny figurować na liście broni zakazanej, tj. mogą być swobodnie sprzedawane na rynku cywilnym. Tak oto zwykły kawałek metalu wartości pięciu dolarów zwyciężył legislacyjną aberrację rozpisaną na co najmniej pięćdziesięciu stronach maszynopisu.

[3] Solidność produktów sygnowanych marką Glock stała się legendarna na długo zanim kalifornijscy politycy wpadli na pomysł zaprojektowania własnego “toru przeszkód”. Tworzywo, z którego zbudowano austriackie pistolety, odznacza się niespotykaną wytrzymałością na działania mechaniczne i termiczne. Podczas testów, w których oddawano tysiące strzałów w temperaturze od -40°C do +200°C, nie stwierdzono żadnych zmian w strukturze tworzywa ani nie odnotowano wpływu warunków zewnętrznych na funkcjonowanie pistoletu. Z tego materiału wykonano newralgiczne elementy broni: szkielet z uchwytem, pudełko magazynka, podajnik magazynka, język spustowy i oś prowadnicy sprężyny powrotnej. Rewelacją okazał się sposób zabezpieczenia pistoletu, który stworzył nową klasę wśród broni krótkiej – potrójna automatyczna blokada wewnętrzna, umożliwiająca noszenie pistoletu z nabojem w komorze lufy oraz natychmiastowe użycie. Słynny sprawdzian, polegający na zrzucie ze śmigłowca pistoletu na betonową płytę lotniska z wysokości stu metrów, gdzie testowany egzemplarz miał wprowadzony nabój do lufy, potwierdził skuteczność zabezpieczeń i wytrzymałość tworzywa, które nie miało nawet drobnych zadrapań.

[4] Clayton Cramer w artykule “California Legal Handguns” podaje przykłady rażącej niekonsekwencji regulatorów. Weźmy rewolwery bez samonapinania (single action, czyli naciągasz kurek palcem, a spust służy tylko do jego zwolnienia) o pojemności bębna do pięciu nabojów, zaprojektowane i wyprodukowane przed 1900 rokiem, z lufą o długości przynajmniej trzech cali i całkowitą długością nieprzekraczającą 7.5 cala – wszystkie te modele zostały łaskawie wyłączone przez legislatorów z konieczności przechodzenia testów. Inaczej mówiąc, z jakichś bliżej nieokreślonych powodów całą grupę starych rewolwerów, zarówno oryginalnych, jak i późniejszych reprodukcji, wykluczono z badań diagnostycznych, pomimo faktu, że większość z nich jest obiektywnie znacznie bardziej niebezpieczna w obsłudze niż znajdujące się na wykazie nowoczesne egzemplarze “bębenkowców”. Rewolwery pracujące w trybie single action wyprodukowane po roku 1900 i spełniające kryteria importowe Ustawy o Kontroli Broni (Gun Control Act of 1968) także nie figurują na liście, ale już wszelkie modele pistoletowe muszą być na niej uwzględnione. Gdzie w tym logika, która za priorytet stawia sobie bezpieczeństwo?   

Dalej: jednostki broni krótkiej o charakterze zabytkowym umieszczone na wykazie Curio & Relics ATF (agencja na bieżąco uaktualnia federalną listę C&R) nie podlegają pod kalifornijski reżim testowy. Za broń zabytkową uważa się w USA taką, która ma pięćdziesiąt lat i więcej (to arbitralne rozgraniczenie dotyczy daty produkcji konkretnego egzemplarza, nie zaś całego modelu). Wbrew pozorom są to ciągle sprawne, regularnie używane konstrukcje – zwłaszcza historyczne pistolety typu Mauzer C96 czy Lugery P08 w wersji artyleryjskiej. Tymczasem w ferworze walki o bezpieczniejsze jutro prawodawcy znowu o nich “zapomnieli”. 

Cramer proponuje mocno politycznie niepoprawne wyjaśnienie “amnezji” decydentów, mianowicie przyczyną wykluczenia tych właśnie jednostek broni palnej mógł być fakt, że rynek zbytu dla starszych rewolwerów nie jest rynkiem zbytu, na którym można spotkać klientele o ciemnym kolorze skóry. Również zabytkowe pistolety z okresu drugiej wojny światowej kupowane są raczej przez białych kolekcjonerów zamieszkujących białe przedmieścia – a nie ludzi o ciemnej karnacji. 

Do grona pozycji wyjętych spod kontroli zaliczyć trzeba też wszystkie prywatne transakcje odbywające się za pośrednictwem koncesjonowanego dilera – broń będąca przedmiotem takiej wymiany jest ustawowo zwolniona z wymogu testowania. Rodzi to absurdalną sytuację: z jednej strony właściciel sklepu może pośredniczyć w transakcji, której przedmiotem jest broń niemająca błogosławieństwa Departamentu, a z drugiej on sam nie może legalnie sprzedać identycznej broni, jeśli znajduje się ona u niego w ofercie i nie posiada stanowego certyfikatu koszerności.

Ostatnią subkategorię wyjątków tworzy uzbrojenie należące do służb porządkowych. Funkcjonariusze policji oraz mundurowi z innych pokrewnych agencji operujących na terenie Kalifornii, dla których broń jest normalnym narzędziem pracy i po prostu musi działać perfekcyjnie w każdych warunkach, mogą bez przeszkód zaopatrywać się w dowolne modele broni krótkiej – warianty pistoletowe i rewolwery – bez znaczenia, czy zostały one zweryfikowane przez kalifornijskich laborantów. Policjant może korzystać z “niebezpiecznej” (niesprawdzonej) broni spoza rejestru – cywil musi używać tylko “bezpiecznej”. 

[5] Leszek Kordylewski sugeruje, by zwrot “forensic” przekładać nie jako “kryminalistyczny”, ale “forensyczny” (od rzeczownika “forensyka”).

[6] Ładnie to widać na przykładzie Los Angeles, gdzie sukcesywnie ubywa strzelnic i sklepów z bronią. W 1998 roku zaostrzono tam przepisy do tego stopnia, że teraz każdy koncesjonowany punkt sprzedaży broni (a jest ich w sumie piętnaście w całej metropolii, ogromna większość zlokalizowana w dolinie San Fernando w północnej części miasta: osiem sklepów sportowych, trzy strzelnice, dwa obiekty podlegające pod LAPD, jeden biznes obracający nadwyżkami wojskowymi i wreszcie jeden malutki sklepik z bronią z ofertą stricte dla cywilów – stan z roku 2006) jest zobowiązany do gromadzenia danych obejmujących wszystkie transakcje kupna-sprzedaży – łącznie z amunicją – które następnie są zbierane przez funkcjonariuszy LAPD i archiwizowane. Dla kogoś, kto żyje na co dzień poza Kalifornią, w którymś z przylegających do niej stanów, trudno ogarnąć skalę totalizmu polityki regulacyjnej w L.A. Żeby nabyć w tym mieście zwykły kartonik nabojów, trzeba podać na formularzu nazwisko, wiek, płeć, datę urodzenia, adres zamieszkania, numer rejestracyjny samochodu albo numer ubezpieczenia, dać sobie zdjąć odcisk kciuka i oczywiście skrzętnie odnotować ilość nabytej amunicji i czas zawarcia transakcji. Sceny takie jak z “Terminatora”, kiedy człowiek wchodził i kupował, co chciał bez bycia prześwietlanym od stóp do głów jak kryminalista, należą już do przeszłości.