Analitycy z kalifornijskiej placówki badawczej Crowdpac (oficjalnie deklarują apolityczność) przejrzeli rejestry darczyńców, finansujących kampanie prezydentów oraz kandydatów na stanowiska w różnych stanowych i federalnych urzędach, w celu oszacowania, po której stronie partyjnego spektrum poszczególni donatorzy lokowali swoje datki. Udało im się zgromadzić dane sięgające roku 1980. Indywidualni sponsorzy – skategoryzowani w oparciu o branżę, którą reprezentują – oceniani byli jako bardziej lewicowi (liberalni), względnie bardziej prawicowi (konserwatywni) na podstawie tego, komu na przestrzeni minionych trzech dekad udzielali materialnego wsparcia w kontekście wyborów.

Finalne zestawienie (diagramy przetłumaczone i skopiowane z artykułu opublikowanego na witrynie “Business Insidera”) ujawnia ostrą polaryzację, przy czym pracownicy zatrudnieni w sektorach odpowiedzialnych za dostarczanie informacji, popularyzowanie wiedzy oraz wtórny przerób idei, czyli uniwersytety, media, świat rozrywki i Google, wykazują znacznie silniejsze odchylenie ideologiczne w interesie lewicy niż jakakolwiek z gałęzi gospodarki pompująca środki pieniężne w kandydatów konserwatywnych, w tym branża rolnicza czy wydobywcza. Co by nie mówić o przemyśle gipsowym bądź zbieraniu kukurydzy, nie są to jednak liderzy w kształtowaniu percepcji zjawisk społecznych tudzież wyznaczaniu technologicznych trendów. 

zawody_na_osi

Czterech najbardziej przesuniętych w lewo darczyńców kolejno na wykresach:   

wykresy_zawodySympatie lewicowe wśród decydentów i celebrytów zamieszkujących osiedla dla bogaczy takie jak Beverly Hills nie są czymś specjalnie zdumiewającym. Hollywood zawsze było “progresywne”. Gorzej jeśli gigantyczne zachwianie ideologicznej równowagi dominuje tam, gdzie cnotą powinny być naukowa rzetelność i neutralność w serwowaniu informacji – w szeregach kadry profesorskiej czy w środowisku medialnych elit. Mimo iż przywoływałem ten truizm przy wielu okazjach (tu, tu i tu), powtórzę go raz jeszcze: hoplofobiczne skrzywienie instytucji opiniotwórczych, zwłaszcza mediów masowych, dające zwodnicze pozory obiektywizmu, jest dlatego niebezpieczne, że stanowi dźwignię dla analogicznego skrzywienia politycznego procesu decyzyjnego. 

Dodatkowo aktywiści występujący przeciwko broni konsekwentnie przedstawiają siebie jako Dawida walczącego z Goliatem, czyli kompleksem militarno-przemysłowym. Ten zręczny manewr ma przysłonić fakt, że po ich stronie są nie tylko największe koncerny medialne, medyczna biurokracja ds. zdrowia publicznego, system edukacji oraz rządy działające w ramach struktur ONZ, które zapewniają im wiarygodność i oferują materialną pomoc, lecz także wielki kapitał korporacyjnych, prasowych i finansowych plutokratów takich jak Warren Buffett (link), Bill i Melinda Gates (link) czy Michael Bloomberg (link). Wszystko to gwarantuje maksymalne zintensyfikowanie przekazu ukierunkowanego na rozbrojenie ludności cywilnej. Niezmiennie od lat zachowuję podziw dla Amerykanów, że przy takim naporze wrogiej propagandy nie ulegają praniu mózgów (słowa Erica Holdera) i ciągle trzymają się kurczowo swojej tradycji.

  • AKTUALIZACJA 31/01/2016

Potwierdzenie wszystkiego, o czym pisałem.

Założony pod koniec lat 90. XX wieku w Departamencie Komunikacji Uniwersytetu Columbia instytut Dart Center for Journalism and Trauma zorganizował w maju 2015 roku w Phoenix, AZ, dwudniowe warsztaty dla amerykańskich dziennikarzy. Fundatorem spotkania był Michael Bloomberg, którego działalności na polu lobbingowym nie trzeba chyba czytelnikom bloga szerzej przybliżać. Zjechały się delegacje z dalekich zakątków kraju. Tematem przewodnim konwentu miały być techniki relacjonowania i ukazywania w mediach broni palnej oraz przemocy z jej użyciem (reporting on gun violence), co już samo w sobie stanowiło mocny dowód na tendencyjność projektu. Dyrektor wykonawczy Dart Center, Bruce Shapiro, czarował opinię publiczną okrągłymi frazesami, że niby warsztaty będą “wyważone i wolne od politycznych podziałów” i że wszyscy przyjezdni dostaną równe szanse wypowiedzenia się. Wystarczyło jednak przejrzeć listę uczestników, by się przekonać, ile było prawdy w tych górnolotnych deklaracjach. 

W gronie 17 zaproszonych gości 15 okazało się być zwolennikami reglamentowania broni (w tej grupie znalazło się nawet miejsce dla starannie wyselekcjonowanych przedstawicieli służb mundurowych: Clarence’a W. Dupnika, zarejestrowanego demokraty i emerytowanego szeryfa z hrabstwa Pima w Arizonie, oraz Roberto A. Villaseñora, kapitana policji z Tuscon, otwarcie popierającego działania administracji Obamy w sprawie broni). Z przeciwnego “obozu” akredytacje otrzymały raptem dwie osoby: dziennikarka S.E. Cupp (która, z całym szacunkiem dla jej postawy, nie ma żadnego doświadczenia w prowadzeniu poważnych debat w przedmiotowym temacie) i David Kopel (jego wystąpienie ograniczyło się wyłącznie do zaprezentowania historycznej perspektywy).

Mógłbym spuentować powyższe w ten sposób, że po takiej marce jak Uniwersytet Columbia spodziewałem się więcej obiektywizmu, ale to byłaby nieprawda. Niczym mnie nie zaskoczyli. No może z wyjątkiem tego, że tak bezceremonialnie wciskali ciemnotę w komunikatach prasowych. Przecież pełen wykaz delegatów, którzy zabierali głos na zjeździe, razem z ich polityczno-ideologicznym backgroundem dało się zweryfikować dosłownie w kilka chwil.

  • AKTUALIZACJA 18/10/2016

Ośrodek na rzecz Uczciwości w Życiu Publicznym (Center for Public Integrity/CPI): ~90 proc. amerykańskich publicystów i/lub dziennikarzy wspiera finansowo kampanię wyborczą kandydatki Demokratów na urząd prezydenta:

buying-of-the-president-2016