Komentując treść artykułu Aneja, Donohue i Zhang (→ link), poświęconego analizie regulacji prawnych dotyczących publicznego noszenia ukrytej broni palnej w kontekście ich wpływu na przestępczość, Gary Kleck zwrócił uwagę (zobacz str. 15-16 → link) na jeden szczególnie newralgiczny aspekt krytykowanej pracy, mianowicie pułapkę agregacji (aggregation bias), w którą wpadli autorzy, formułując końcowe wnioski o istnieniu pozytywnej zależności między stanowymi przepisami RTC (right-to-carry laws) a wzrostem liczby napaści dokonywanych z użyciem broni.

Kleck zaczął od skonstatowania rzeczy oczywistej: stany (rozumiane w kategoriach podziału administracyjnego) nie są żadnym monolitem; stopień ich wewnętrznej heterogeniczności jest wręcz ekstremalny. Większość terytoriów to przede wszystkim mieszanina hrabstw, okręgów tudzież parafii o niskim nasyceniu bandytyzmem z dosłownie kilkoma strefami, pogrążonymi w przemocy rodem z podupadłych republik Ameryki Łacińskiej. Albo inaczej: stany są swoistą mozaiką obszarów wiejskich, przedmieść i aglomeracji, tworzących wspólnie kompozycję regionów zasiedlonych przez silnie uzbrojoną ludność cywilną oraz regionów praktycznie rozbrojonych (generalna reguła: wskaźniki posiadania broni – odwrotnie niż przestępczość – rosną wraz z oddalaniem się od ośrodków miejskich).

W roku 2014, czyli ostatnim, dla którego FBI posiada pełne statystyki rozbite na hrabstwa, blisko 54 proc. powiatów (~11 proc. populacji USA) odnotowało u siebie zero morderstw [1], natomiast na terenie 69 proc. (1/5 populacji) zarejestrowano nie więcej niż jedno zabójstwo. Sumarycznie hrabstwa te, zasiedlone przez 64 miliony ludzi, wygenerowały zaledwie 4 proc. wszystkich mordów. Dla porównania: “najgorsze” 5 proc. hrabstw (składających się z 47 proc. populacji) odpowiada za niemal 70 proc. premedytowanych zabójstw:

[Mapa w maksymalnej rozdzielczości otworzy się w osobnym oknie po kliknięciu na grafikę.
Rysunek i wykresy za: CPRC, “The Geographical Concentration of Murders” → link]

Wyraźnie widać, że im większy rozmiar badanej jurysdykcji, tym większa szansa popełnienia błędu agregacji. Nierzadko bowiem pomiędzy sąsiadującymi hrabstwami występują ostrzejsze różnice w kształtowaniu się wskaźników przemocy niż między określonymi stanami, nawet jeśli są one geograficznie oddalone od siebie o setki kilometrów. W szerszym ujęciu proces mechanicznego agregowania prowadzi nieuchronnie do błędu ekologicznego (ecological fallacy). Manifestuje się on poprzez nieuzasadnione przenoszenie wniosków z korelacji opisujących zbiorowości na stosunki grupowe albo jednostkowe panujące w ich ramach [2].

Z szacunków przedstawionych przez Aneja i wsp. wyszło, że legalizacja noszenia broni palnej przyczynia się do eskalacji przestępstw – w sensie, że stany, które praktykują uznaniowość w wydawaniu zezwoleń, bądź takie, które na swoich podwórku definitywnie zakazały ukrytego noszenia pistoletów lub rewolwerów, doświadczają zauważalnie niższego (nawet do 33 proc.) odsetka napaści ulicznych niż stany, hołdujące liberalnym zasadom w tym zakresie.

Pomijając już całe bogactwo lokalnych restrykcji, rzutujących na liczbę chętnych do ubiegania się o licencje [3], oraz fakt, że zweryfikowani właściciele tychże należą do grona najbardziej niekonfliktowych i praworządnych członków społeczeństwa [4], przyjęta metodyka z powodów wypunktowanych wcześniej wyklucza ewentualność uzyskania konkluzji, jakoby efektem ubocznym wdrożenia procedur RTC była intensyfikacja zachowań kryminalnych. Aneja i wsp. nie sprawdzili, czy zaobserwowany wzrost napaści rozłożył się równomiernie w granicach stanów czy może skumulował wyłącznie w hrabstwach o wysokim stopniu zurbanizowania, tzn. tam, gdzie broni palnej jest tradycyjnie najmniej. Makroskalowa ewaluacja niezwykle utrudnia śledzenie takich niuansów; dopiero zejście szczebel niżej i samplowanie z bardziej homogenicznych i przestrzennie ograniczonych obszarów rewiduje pogląd, że system RTC podnosi wskaźniki przemocy [5].

Najciekawiej robi się jednak na najniższym poziomie analizy. Przestępczość, zakrzywiająca w górę amerykańskie indeksy, podlega znacznie głębszej koncentracji niż wynikałoby to z przeglądu federalnych bilansów, urywających się na etapie miast i miasteczek. Obejmuje ona subkategorię sprawców o relatywnie skromnej liczebności i sprecyzowanym profilu etniczno-rasowym (→ link), stłoczonych ciasno wewnątrz dużych metropolii w obrębie poszczególnych mikroenklaw [6], co skutecznie rozkłada samą ideę agregowania danych. Wszelkiego rodzaju “globalne uśrednienia” muszą być więc z natury rzeczy mylące [7]. Robert Muggah z Instytutu Igarapé twierdzi, że ~99 proc. zabójstw w USA ogniskuje się na 5 proc. ulic (About 99% of lethal violence in the United States is concentrated in just 5% of street addresses):

The Global Violence Reduction Conference 2014

Dla lepszego zilustrowania zjawiska zobacz rozmieszczenie i zagęszczenie morderstw na przykładzie Saint Louis, Baltimore, Dystryktu Kolumbii, Pittsburgha, Bostonu i Chicago razem z Illinois → link 1 / link 2 / link 3.

_________________

[1] W latach 1977-2000 średnio 73 proc. hrabstw kończyło rok bez morderstwa (przypis 111, s. 417).

[2] Bardzo wymowny przykład ecological fallacy: papier z literatury medycznej Anglemyera i wsp., będący zbiorczą metaanalizą osiemnastu referatów z dziedziny zdrowia publicznego o niebezpieczeństwie trzymania broni w domu (→ link). Zamieszczony u góry na pierwszej stronie paragraf “Limitations” zawiera następującą przestrogę:

W celu oszacowania ogólnej szansy zgonu przeprowadzono syntezę wielu niejednorodnych grup społecznych o zróżnicowanej ekspozycji na ryzyko. [Heterogeneous populations of varying risks were synthesized to estimate pooled odds of death.]

Dziennikarze naturalnie puścili tę informację szybko w niepamięć (przy naiwnym założeniu, że w ogóle czytali tekst), przytaczając treść elaboratu w typowy dla mediów, bezrefleksyjny sposób, czyli kategorycznie generalizując – jakby posiadanie broni nieubłaganie zwiastowało śmierć jej właściciela, niezależnie od jego cech indywidualnych czy specyfiki środowiska, z którego się wywodzi. 

[3] Obiektywna surowość obostrzeń (wymagany czas szkolenia, koszty biurokracji itp.) zmienia się w zależności od jurysdykcji. Ostrzejsze uregulowania skutkują zazwyczaj mniejszym zainteresowaniem ze strony obywateli, a co za tym idzie, mniejszą liczbą osób legalnie noszących broń (→ link). Niestety, Aneja i wsp. zignorowali ten aspekt przepisów RCT w swojej monografii, przykładając do wszystkich reżimów prawnych jednakową miarę.

[4] Cywilni posiadacze zezwoleń rzadziej dopuszczają się przestępstw i wykroczeń powiązanych z nielegalnym użyciem broni palnej niż etatowi funkcjonariusze policji (s. 13). Do najczęstszych przesłanek, powodujących cofnięcie licencji, należą: jazda pod wpływem alkoholu, wniesienie pistoletu, względnie rewolweru do strefy wolnej od broni oraz nieokazanie legitymacji podczas rutynowej kontroli np. w trakcie zatrzymania przez patrol drogówki.

[5] Kovandzic i Marvell skorzystali w tym celu z puli statystyk przestępczości zebranych przez policję z 58 hrabstw Florydy w latach 1980-2000 (→ link). W odróżnieniu bowiem od fragmentarycznych rejestrów federalnych (→ link), dane florydzkie były wysokiej jakości (konsekwentnie raportowane przez dwie dekady) i to właśnie na Florydzie w wartościach absolutnych najwięcej mieszkańców nosi przy sobie ukrytą broń palną. Dodatkowo badacze odnieśli się także do kwestii porządku przyczynowego, tj. przetestowali hipotezę odwróconej korelacji, która głosi, że to nie powszechność broni wzmaga przestępczość, ale powszechność przestępców sprawia, że ludzie uzbrajają się przed wyjściem z domu. I znaleźli dowody na istnienia takiego sprzężenia, co sugeruje, że pozytywna korelacja między procedurami RTC a przemocą może być tak naprawdę pochodną oddziaływania, jakie przestępczość wywiera na nawyki i skłonności do noszenia broni. Swoje początkowe ustalenia Kovandzic, Marvell i Vieraitis potwierdzili dwa lata później w kolejnej publikacji, tym razem analizując dane panelowe ściągnięte z amerykańskich miast powyżej stu tysięcy rezydentów – noszenie broni przez cywilów nie zwiększa wskaźników zabójstw ani napaści (→ link / → link).

[6] Thomas Abt, analityk harvardzkiej Szkoły Administracji Publicznej Johna F. Kennedy’ego:

Przestępczość jest hiperskoncentrowana, w sensie: przyklejona do niewielkiej liczby miejsc i osób. Kiedy mówię “hiperkoncentracja”, nie mam na myśli tego, że przestępczość czy przemoc gnieżdżą się w złych dzielnicach. One skupiają się na konkretnych odcinkach ulic i w konkretnych klubach nocnych oraz sklepach monopolowych o ściśle określonej porze. Tak więc gdy skanujemy niebezpieczną dzielnicę, widzimy nie cały jej obszar, ale dwa albo trzy punkty zapalne. Jest to niezwykle doniosła obserwacja. (→ link)

[Crime and violence are sticky; they’re hyperconcentrated in a small number of places, people, and behaviors. When I say hyperconcentrated, I don’t mean that crime and violence concentrate in a bad or violent neighborhood. They concentrate on a specific street corner, a specific nightclub on a certain night, or a specific liquor store. So when we look at a dangerous neighborhood, generally what we’re seeing is not a whole neighborhood but two or three hot spots. That’s very important to understand.]

David M. Kennedy, profesor kryminologii z nowojorskiej Szkoły Wyższej Prawa Karnego im. Johna Jaya:

Większość odbywających się ostatnio w Ameryce debat całkowicie ignoruje sedno problemu przemocy z użyciem broni palnej. Gangi oraz pomniejsze bandy handlujące narkotykami popełniają w wielu miastach do 75 proc. wszystkich zabójstw, a przeważająca część z reszty przypada w udziale innym notowanym kryminalistom. Zwykli obywatele, posiadający w domach broń, nie dopuszczają się napadów rabunkowych, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich żon. (→ link)

[The fact is that most of the recent debate entirely missed the point about the nature of most gun violence in America. The largest share – up to three-quarters of all homicides in many cities – is driven by gangs and drug crews. Most of the remainder is also concentrated among active criminals; ordinary citizens who own guns do not commit street robberies or shoot their neighbors and wives.]

[7] Gdyby było prawdą, że przestępczość rozkłada się “po równo”, wówczas posługiwanie się jej uproszczonymi wskaźnikami wystarczyłoby do poprawnego opisywania rzeczywistości. Rozkład przestępstw na wybranym terenie nigdy nie jest jednak równomierny (zwłaszcza w przypadku USA, gdzie geograficzno-rasowa hiperkoncentracja przemocy stanowi niekwestionowany fakt), a co za tym idzie, uśrednianie statystyk zaciera fundamentalne różnice w dystrybucji danych generujących ową średnią. Wyobraźmy sobie aglomerację z dwiema dzielnicami i przeciętną roczną liczbą zabójstw na poziomie 100. Wskaźnik zgonów dla tego konkretnego miasta pozostanie identyczny bez względu na to, czy zabójstwa będą rozmieszczone losowo w jego obrębie czy ściśnięte na pojedynczej ulicy. Morał z tego płynie taki, że agregowanie sumarycznych statystyk przestępczości ujawnia tylko część prawdy o badanym zjawisku, przysłaniając całą istotną resztę (stąd też powiedzenie, że statystyka jest jak bikini – sporo odsłania, lecz najważniejsze ukrywa). Nie ma bowiem “jednej Ameryki” w odniesieniu do broni palnej i zabójstw: istnieją obszary z powszechnym dostęp do niej, praktycznie nieodróżnialne od “białej” Europy, oraz obszary przypominające brazylijskie favele, w których nie cichną strzelaniny, a trup ściele się gęsto. Dlatego właśnie wszelkie emocjonalne slogany i polityczne frazesy o “epidemii nieznającej granic” (Shannon Watts dla MSNBC link, Hillary Clinton podczas spotkania z wyborcami w Manchester Community College w New Hampshire link albo felieton Obamy dla nowojorskiego “Timesa” link) są przykładem ordynarnego manipulowania percepcją opinii publicznej.