Aby naładować pinię publiczną strachem, który wróci później jako “wola ogółu”, nakręcający psychozę komunikat nie może być już tylko głosem moralnego oburzenia – musi nieść w sobie ładunek szokującej nieuchronności. Kiedy w mediach społecznościowych gruchnęła wiadomość, że liczba “szkolnych strzelanin” w USA rośnie w niepokojącym tempie, stało się jasne, że hoplofobom popuściły wszelkie hamulce. Pranie mózgów wkroczyło w nową fazę.

Autorzy tego wyjątkowo nikczemnego newsa – dwie siostrzane organizacje finansowane z pieniędzy nowojorskiego magnata prasowego Bloomberga – ogłosili, że począwszy od dnia zero, czyli od egzekucji dzieciaków w podstawówce Sandy Hook, do 10 czerwca 2014 roku, czyli do morderstwa-samobójstwa w ogólniaku na obrzeżach Portland, wydarzyły się na terenie Stanów Zjednoczonych w sumie 74 tragedie podobne do tej z miasteczka Newtown (w ramach doraźnej propagandy ukuto emocjonalną i przy okazji także kompletnie nieprawdziwą frazę “mini-Newtowns” na określenie każdego z tych incydentów). Na oficjalnej stronie grupy, pod zdjęciem zapłakanej kobiety, można przeczytać:

Społeczności w całym kraju żyją w strachu przed bronią palną, co jest czymś nie do zaakceptowania. Powinniśmy czuć się bezpiecznie, posyłając nasze dzieci do szkół, w pełni świadomi, że nic im tam nie grozi.

[Communities all over the country live in fear of gun violence. That’s unacceptable. We should feel secure in sending our children to school — comforted by the knowledge that they’re safe.]

Surowe dane skombinowane przez pracowników Bloomberga przybrały następnie graficzną postać mapy z naniesionymi punktami oznaczającymi epicentra szkolnej przemocy i w takiej formie zostały rozpropagowane na Twitterze przez Marka Gongloffa, zastępcę redaktora naczelnego portalu “The Huffington Post”. Chwilę potem ów mem dotarł do Wielkiej Brytanii, gdzie lokalny oddział tej najbardziej wpływowej platformy blogowej świata (uhonorowanej w 2012 roku Pulitzerem) zamieścił identyczną mapkę z adnotacją:

Przerażająca infografika ujawnia rosnącą liczbę strzelanin w szkołach od czasu Sandy Hook. [Horrifying infographic reveals growing toll of school shootings since Sandy Hook.] 

Najbardziej opiniotwórczy blog kształtuje również poglądy najbardziej opiniotwórczych ludzi. Nie ma stuprocentowej pewności, czy podczas spotkania z dyrektorem generalnym marki Tumblr, Davidem Karpem, Obama korzystał ze spopularyzowanych przez publicystów “Huff Post” szacunków Bloomberga, ale jego “matematyka” zaskakująco blisko korespondowała z “matematyką” byłego burmistrza NYC, co pozwala przypuszczać, że jednak wiedział o tych wyliczeniach. Zarówno aktywiści rozbrojeniowi skupieni wokół miliardera, jak i aktualnie urzędujący prezydent USA użyli w komentarzach sformułowania “strzelaniny w szkołach zdarzają się co tydzień”. Obama już parę razy dowiódł, że w temacie broni lubi “popłynąć”, lecz nie sądzę, by sam z siebie konfabulował w tak makabryczny sposób – ktoś musiał mu wcześniej tę myśl podsunąć, a on ją po prostu gorliwie wystękał:  

Jesteśmy jedynym wysoko uprzemysłowionym krajem, gdzie dochodzi do takich rzeczy. I dochodzi do nich raz w tygodniu. I są to historie na jeden dzień. Nie ma drugiego takiego miejsca.

[We’re the only developed country on Earth where this happens. And it happens now once a week. And it’s a one-day story. There’s no place else like this.]   

Tak w dużym skrócie w erze światłowodów roznosi się “zaraza” dezinformacji – od relatywnie niewielkiej grupki manipulatorów utrzymywanych przez bogatego sponsora aż po wysokie progi Białego Domu. Naturalnie nikomu z pośredników, którzy przekazywali tego mema dalej – łącznie ze zdobywcami Pulitzera w dziedzinie dziennikarstwa – nie chciało się weryfikować danych źródłowych. Jeżeli “najbardziej wpływowy blog świata” z podobną nonszalancją podchodzi do sprawdzania rzetelności innych nadsyłanych historii, to ja naprawdę nie chcę wiedzieć, jak nieodwracalnie spaczony ideologicznie obraz rzeczywistości mają jego czytelnicy. 

Kluczowy problem ze statystykami Bloomberga dotyczy definicji “szkolnej strzelaniny”. W naszych liberalnych czasach wolno oczywiście każdemu wymyślać dowolne efemerydy. A niech rozkwita sto kwiatów, skoro w nich i tak nikt już od dawna nie ukrywa armat czy choćby samopału. Szkopuł w tym, że definicja zmotana przez ekipę Bloomberga jest tak rozciągliwa i pojemna (wszystkie zdarzenia skutkujące użyciem broni, bez względu na liczbę ofiar czy motywy kierujące sprawcą), a przez to pozbawiona elementarnego naukowego rygoru, że rozmija się ona całkowicie nie tylko z tym, co zwykło się uznawać za “strzelaninę” w kręgach akademickich, ale także z tym, co pod pojęciem “strzelaniny” intuicyjnie rozumieją osoby bez formalnego wykształcenia kryminologicznego. Dlatego bardzo podoba mi się profesjonalna robota, którą wykonał portal PolitiFact (projekt utworzony z inicjatywy redakcji gazety “Tampa Bay Times”) w celu uporządkowania semantycznego bałaganu.

Najpierw recenzenci z Florydy rozmontowali na czynniki pierwsze główną kategorię, czyli 74 zajścia sklasyfikowane przez Bloomberga jako “school shootings”. Nie byli pionierami na tym polu, wcześniej to samo zrobił Charles Johnson, publicysta konserwatywnego “Daily Caller”. Po przesianiu okazało się, że z oryginalnej puli incydentów, do jakich doszło w obrębie szkół i uniwersytetów między 15/12/2012 a 10/06/2014, ledwo dziesięć można zakwalifikować do subkategorii “strzelanin” w placówkach edukacyjnych. Zbiorcza charakterystyka pozostałych przedstawia się następująco:

  • wojny gangów, względnie strzelaniny będące produktem ubocznym działalności stricte przestępczej (jeżeli, dajmy na to, w trakcie dokonywania napadu rabunkowego na sklep położony w pobliżu kampusu uniwersyteckiego kula wystrzelona z pistoletu trafiła w budynek uczelni, Bloomberg zaliczał taki rykoszet do gatunku “school shootings”) – 39 przypadków z 74;
  • zdarzenia niepowiązane ze społecznością szkolną ani jej etatowymi pracownikami oraz takie, które miały miejsce poza terenem uczelni, względnie późnym wieczorem po godzinach lekcyjnych (np. defensywne użycie broni w sytuacji ataku kijem bilardowym na parkingu przed uniwerkiem) – 16 przypadków;
  • samobójstwa dorosłych (wykładowców, studentów)  6 przypadków; 
  • nieumyślne naciśnięcie spustu (np. podczas przekładania broni z plecaka do bagażnika samochodu)  3 przypadki; 

Komentarz zbędny. O wyjątkowej jak na standardy dziennikarstwa śledczego dociekliwości ekipy PolitiFact świadczy dodatkowo to, że nie omieszkali wytknąć innej jeszcze statystyczno-emocjonalnej manipulacji, jakiej dopuściła się organizacja Bloomberga. Otóż niemal połowa spośród 74 zaraportowanych incydentów wydarzyła się w granicach uniwersytetów (z czego większość na obszarze osiedli uniwersyteckich), co kłóci się z wyeksponowanym na ich stronie opisem, że we should feel secure in sending our children to school – comforted by the knowledge that they’re safe. Jak ostatnio sprawdzałem, do egzaminów na studia przystępują generalnie osoby pełnoletnie, a nie sześciolatki z Newtown.

W podsumowaniu redakcja PolitiFact oceniła stanowisko lobby rozbrojeniowego w kwestii rzekomej “epidemii strzelanin” jako “w dużej mierze fałszywe” (mostly false). 

Drugi kłopot z oszacowaniami Bloomberga: przedmiotem pomiarów powinna być nie tylko częstość występowania nagłaśnianego zjawiska, lecz przede wszystkim uśredniona liczba ofiar śmiertelnych. Dopiero po przeprowadzeniu takiej ewaluacji i zmianie perspektywy widać jak na dłoni, dlaczego zwolennicy reglamentacji praktykują statystyczne kuglarstwo.

Korzystając z danych zgromadzonych przez Krajowe Centrum Bezpieczeństwa Szkolnego (National School Safety Center) oraz sięgając do źródeł pomocniczych w postaci agregatorów sporządzonych przez CNN i portal “Slate”, John Lott pokazał, że po wyłączeniu incydentów skorelowanych z aktywnością gangów oraz samobójstw, liczba zabitych w wyniku postrzału z broni palnej na terenie wszystkich placówek oświatowych w USA zmalała o 55 proc. w ciągu minionych dwóch dekad. Nie usłyszycie o tym od rozhisteryzowanych krzykaczek z Moms Demand Action. 

Przez pierwsze pięć lat badanego okresu (1992-93 do 1996-97) popełniano przeciętnie w obrębie uniwersytetów i szkół z grupy K-12 (powszechny skrót K-12 określa zbiorowo klasy od przedszkola do dwunastej, czyli ostatniej klasy liceum) 26.8 zabójstw rocznie. W latach 2009-14 wskaźnik ten zjechał do 12 morderstw. Na wykresy naniesiono linie regresji, aby lepiej zilustrować prognozowane spadki. Nawet przy uwzględnieniu “czarnych łabędzi” takich jak masakra w Sandy Hook czy Columbine, zaobserwowany trend nie zostawia zbytnio pola do interpretacji – szkoły są coraz bezpieczniejsze: 

school_shootings_1

school_shootings_4

school_shootings_2

school_shootings_3Z informacji ściągniętych z Krajowego Centrum Statystyk Szkolnych wynika, że w Stanach Zjednoczonych znajduje się łącznie prawie 106 tysięcy publicznych i prywatnych placówek K-12. Ta sama instytucja w raporcie z 2013 roku, monitorującym wskaźniki bezpieczeństwa i przestępczości w szkołach, podaje, iż w latach 1992-2011 średnio rocznie notowano 23 zabójstwa, których ofiarami padali uczniowie z przedziału wiekowego 5-18 lat (w dokumencie uwzględniono także ataki przy pomocy broni innej niż palna). Zestawiając te dane z całkowitą liczbą osób uczęszczających do szkół publicznych i prywatnych na poziomie od przedszkola do końca liceum otrzymujemy odsetek zabitych rzędu 0.00044 proc., co po przeliczeniu daje ~1 morderstwo w roku na 2 273 000 uczniów:

Nasze postrzeganie zagrożenia jest często zniekształcane przez rzadkie wydarzenia. Zanim ktoś się zbulwersuje i powie, że jedno dziecko na ponad dwa miliony uczniów to i tak za wysoka cena, warto zadać sobie trywialne pytanie: co by było, gdyby media z równie maniakalnym entuzjazmem donosiły o przypadkach śmiertelnego rażenia piorunem (około pięćdziesiąt zgonów rocznie) albo utonięciach w przydomowym basenie? Obstawiam w ciemno, że ludzie nie wychodziliby ze strachu z domów (zobacz wątek “Strzelaniny w USA: relacje medialne”).

  • AKTUALIZACJA 08/06/2017

Wskaźnik ofiar śmiertelnych szkolnych masakr w USA wzrósł ponad czterokrotnie od czasu proklamowania Gun Free School Zone Act oraz Gun Free School Act (restrykcje dotyczyły szkolnictwa K-12). Do roku 1990 nie obowiązywały w Ameryce na szczeblu federalnym żadne zakazy regulujące kwestię posiadania broni palnej na terenie placówek edukacyjnych. Dla uczniów było czymś najzupełniej normalnym przynoszenie broni do szkoły i trzymanie jej w szafce pod kluczem albo w bagażniku w samochodzie, żeby później po zajęciach wybrać się na strzelnicę bądź polowanie. Kiedy Antonin Scalia dorastał w Nowym Jorku w latach pięćdziesiątych, jako członek szkolnej drużyny sportowej zabierał ze sobą karabin do metra w drodze na lekcje. Dodatkowo okres 1927-1968 cechował się brakiem jakichkolwiek formalno-prawnych obostrzeń w zakresie nabywania broni palnej: modele samopowtarzalne i sztucery myśliwskie kupowało się od ręki przy ladzie sklepowej, za gotówkę, bez uprzedniej weryfikacji niekaralności, i można było wysyłać je pocztą z jednego stanu do drugiego.

Klub strzelecki w ogólniaku Burlington w Massachusetts (1974)

Kobieca drużyna sportowa na Uniwersytecie Howarda w stołecznym Waszyngtonie (1937)

Uczeń i belfer pilnują wejścia do szkoły (1973)

Na przestrzeni lat 1927-1990 doszło do siedmiu incydentów, w których od kul zginęły łącznie 23 osoby (link): strzelanina w ogólniaku w arizońskiej Mesie (1966, 5 zabitych [2 rannych]), strzelanina w liceum w nowojorskim Olean (1974, 3 [11]), atak szaleńca na podstawówkę w Cleveland (1979, 2 [9]), strzelanina w podstawówce w Los Angeles (1984, 2 [12]), strzelanina w podstawówce w Oakland (1988, 2 [9]), strzelanina w pobliżu szkoły w Chicago (1988, 4 [2]), masakra w podstawówce w kalifornijskim Stockton (1989, 5 [32]).

Następnie w ciągu przeszło dwóch dekad od uchwalenia regulacji o strefach wolnych od broni liczba incydentów wzrosła w wymiarze absolutnym do czternastu: strzelanina w kalifornijskim ogólniaku Lindhurst (1992, 4 [10]), strzelanina w waszyngtońskim liceum Frontier (1996, 3 [1]), strzelanina w ogólniaku Heath w stanie Kentucky (1997, 3 [5]), strzelanina w ogólniaku Pearl w Missisipi (1997, 2 [7]), strzelanina w liceum Westside w Arkansas (1998, 5 [10]), strzelanina w oregońskim ogólniaku Thurston (1998, 2 [25]), strzelanina w podstawówce w Costa Mesa (1999, 2 [5]), masakra w ogólniaku Columbine niedaleko Denver (1999, 13 [24]), strzelanina w ogólniaku Santee w Maryland (2001, 2 [13]), strzelanina w ogólniaku Red Lake w indiańskim rezerwacie w Minnesocie (2005, 7 [5]), atak na szkołę w West Nickle Mines (2006, 5 [5]), strzelanina w liceum Chardon w Ohio (2012, 3 [3]), masakra pierwszoklasistów w podstawówce Sandy Hook w Connecticut (2012, 27 [2]), strzelanina w ogólniaku Maryville w stanie Waszyngton (2014, 4 [3]).

Po przeskalowaniu liczba zabitych dla odcinka 1927-1990 wynosi 0.0018 ofiar na milion mieszkańców, z kolei dla przedziału 1990-2016 – 0.0080. Jak się rzekło, 4.4x więcej niż przed ustanowieniem stref wolnych od broni.