Co jest bardziej zabójcze: broń palna czy sznur?


W dalszej części wpisu będę posługiwał się następującymi akronimami:

SCFR – shooting case fatality rate (wskaźnik śmiertelnych postrzeleń z broni palnej)
HCFR – hanging case fatality rate (wskaźnik śmiertelności wieszania się)
nFSA – nonfatal suicide attempts (nieudane próby samobójcze)

Od razu też uprzedzam, iż nie zamierzam roztrząsać tu dylematów filozoficzno-moralnych związanych z samobójstwami ani udzielać odpowiedzi na pytanie, czy prewencyjna reglamentacja broni z intencją zapobiegania samobójstwom powinna leżeć w kompetencjach liberalnego państwa. Interesuje mnie wyłącznie statystyczna analiza zagadnienia. 

Jednym z rutynowo wysuwanych argumentów przeciwko propagowaniu broni palnej w społeczeństwie jest twierdzenie, że w stosunku do metod alternatywnych usiłowania samobójstw z jej użyciem dużo częściej kończą się zgonem osób w grupie ryzyka ze względu na relatywną łatwość przeprowadzenia samego aktu oraz wyjątkową efektywność broni w porównaniu do innych substytutów, w tym zwłaszcza wszelkiego rodzaju sznurów, kabli elektrycznych tudzież pasków od spodni (w realiach amerykańskich wieszanie się jest drugim w kolejności najpopularniejszym sposobem odbierania sobie życia; materiały niezbędne do sfinalizowania całego procesu są uniwersalnie dostępne nawet dla aresztantów w celach więziennych, gdzie średnia samobójstw przekracza zresztą 40 ofiar na 100k/osadzonych).

Na chłopski rozum logika ta wydaje się solidna, ale jak wygląda rzeczywistość?

Pod koniec roku 2019 na łamach recenzowanego tygodnika medycznego “Annals of Internal Medicine” ogłoszono artykuł Connera et al, który nie pozostawił w tej kwestii pola do interpretacji: liczony z ośmiu lat odsetek udanych, samobójczych postrzeleń z broni palnej (SCFR, 89.6 proc.) wyraźnie przewyższył wskaźnik śmiertelności wieszania się (HCFR, 52.7 proc.) – na tyle znacząco, że autorzy tekstu uznali za konieczne zarekomendować legislacyjną interwencję: Our findings underscore the potential benefit of suicide prevention approaches that (…) seek to reduce access to firearms. Co więcej, powołując się na szokująco niereprezentatywny wykaz cytowań, oświadczyli z rozbrajającą szczerością, że uzyskane przez nich rezultaty są “zasadniczo zgodne” z dorobkiem literatury przedmiotu. I to bynajmniej “zgodne” nie w sensie generowania małych czy umiarkowanych różnic. Tytuły, które Conner et al. tendencyjnie wyeksponowali w bibliografii, sugerują CFR dla broni palnej na poziomie >80 proc. zaś dla powieszeń >60 proc., co daje lethality ratio rzędu 1.33. Tymczasem oni dostali wskaźnik 1.70, czyli kompletnie nie po drodze nawet z ich własnym, radykalnie okrojonym spisem źródeł [1].

Jak bardzo aberracyjne są wyniki Connera, Azrael i Millera, ładnie pokazuje poniższa tabelka z pełną listą wszystkich prac kiedykolwiek opublikowanych w języku angielskim na wiadomy temat. Jej twórcą jest Gary Kleck, profesor kryminologii z Uniwersytetu Stanowego Florydy (pozwoliłem sobie uzupełnić zawartość o kilka brakujących pozycji – oryginał pochodzi z siedemnastego rozdziału kompendium naukowego “Gun Studies”):


(po kliknięciu tabela otworzy się w pełnej rozdzielczości w oddzielnym oknie)

Większość badań (w tym to najbardziej rozległe, sygnowane przez Klecka, obejmujące przeszło 490 tysięcy zrealizowanych samobójstw i z grubsza 4.8 miliona usiłowań z interwału 2001-2014) ujawnia istnienie statystycznie nieistotnych dysproporcji pomiędzy skutecznością naciskania na spust broni a skutecznością zaciskania pętli na szyi. W makroskali Stanów Zjednoczonych stosunek FCSR do HCSR ledwo sięga współczynnika 1.1, przy czym należy tu zasygnalizować, że odstępstwo to jest do pewnego stopnia artefaktem, powstałym w konsekwencji specyficznych procedur kodowania samobójstw przez amerykańskie Centrum Zwalczania Chorób Zakaźnych (CDC). Instytucja ta do puli “powieszeń” zalicza również inne formy duszenia (głównie chodzi o owijanie głowy plastikową torbą), które rzadziej kończą się śmiercią. Wyizolowanie tylko przypadków wieszania się (na linie albo pasku od spodni) automatycznie podnosi wskaźnik nieco ponad próg 80 proc. [2]

Przesiewanie pod tezę wyjątków z piśmiennictwa nie tłumaczy jednak, dlaczego Conner et al. otrzymali aż tak drastycznie skrzywione konkluzje. Powodów trzeba raczej szukać w selekcji danych wsadowych. W odróżnieniu od raportu Vyrostek et al. (2004), sprawozdania CDC (2009) czy studium Klecka (2019), gdzie do obliczeń wprzęgnięto statystyki gromadzone w szpitalnych oddziałach ratunkowych, po czym akumulowane w centrali Narodowego Systemu Elektronicznego Śledzenia Urazów (National Electronic Injury Surveillance System/All Injury Program, dalej NEISS/AIP) – zespół pod kierownictwem Connera posłużył się nową, nigdy wcześniej nieprzetestowaną kombinacją źródeł. Otóż oni swoją “surówkę” też ściągnęli z ogólnokrajowej bazy SOR-ów, ale administrowanej przez NEDS (Nationwide Emergency Department Sample) i dodatkowo wzbogacili ją o rejestry wypisów ze szpitali, składowane w cyfrowych archiwach NIS (National Inpatient Sample). Decyzja ta ostatecznie zaważyła na ich ustaleniach.

Na oficjalnej stronie NEDS wisi instrukcja dla użytkowników, że zanim przystąpią do tworzenia od zera własnych oszacowań, powinni skonfrontować rezultaty z pokrewnymi bazami danych celem weryfikacji (cytat: When creating national estimates, it is a good idea to check results against other data sources, if available). Conner et al. oczywiście nie posłuchali tej rady i kolosalnie odkształcili w górę liczbę nFSA dla wieszania się, która okazała się znacznie większa niż ta generowana przez NEISS/AIP, przy równoległym zaniżeniu wskaźnika nFSA dla broni palnej [3]. W efekcie sztucznie rozdymali wolumen SCFR kosztem HCFR i wykoślawili współczynnik śmiertelności tak ostro, że dobił on do poziomu 1.70.


(oryginalna tablica z komentarzem dzięki uprzejmości Klecka)

W tym momencie ktoś mógłby słusznie wytknąć, iż sam fakt uzyskania sprzecznych wyników nie musi jeszcze implikować, że dane, którymi posiłkowali się Conner et al., są pośledniej jakości. NEDS/NIS mogą przecież równie dobrze oferować bardziej dokładne obserwacje. I choć teoretycznie jest prawdą, że oba agregaty statystyk mają swoje obiektywne wady, to system NEDS skorelowany z NIS zawiera poważne ograniczenia nieobecne w banku NEISS/AIP. Co gorsza, wszystkie obciążające go defekty szczególnie sprzyjają wyolbrzymianiu kontrastu między SCFR a HCFR.

Zacznijmy od tego, że zarówno NEDS, jak i NIS nie obejmują swoim zasięgiem całego obszaru USA. Zwłaszcza to pierwsze repozytorium cierpi na widoczny bias: każda pominięta jurysdykcja (razem jest ich siedemnaście: Alabama, Alaska, Kolorado, Idaho, Luizjana, Michigan, Mississippi, Nevada, New Hampshire, Nowy Meksyk, Oklahoma, Oregon, Pensylwania, Teksas, Wirginia, Waszyngton i Wirginia Zachodnia) cechuje się bardzo nierestrykcyjnymi przepisami oraz wskaźnikami posiadania broni palnej powyżej średniej krajowej, co, jak nietrudno się domyślić, przekłada się także bezpośrednio na liczbę samobójstw popełnianych z tejże broni. Wprawdzie Conner et al. przekonują czytelników, że dokonali “ważenia” analizowanej próby, aby w możliwie jak największym stopniu odzwierciedlała ona przekrój amerykańskich szpitali (cytat: Discharge-level weights  […] allow nationally representative estimation of the number and rate of ED visits). Szkopuł w tym, iż technika “doważania” po samplowaniu pomaga zrekompensować niedobory, lecz tylko w sytuacji, kiedy badacze wiedzą, w jaki sposób wyrugowane stany różniły się od tych włączonych pod względem liczby nieudanych samobójstw przypadających na konkretną metodę. A tą informacją Conner et al. w żadnym razie nie dysponowali, ergo nieuprawnione jest stwierdzenie, że mogli sobie beztrosko ekstrapolować dostępne statystyki.

Po drugie – o czym przelotnie wspominają sami autorzy – szpitale znajdujące się pod nadzorem NEDS i NIS nie rejestrują pacjentów leczonych w federalnych ośrodkach dla weteranów (kliniki, przychodnie), wojskowych placówkach medycznych, jak również w instytucjach, będących pod kuratelą Indian Health Service, czyli departamentu świadczącego usługi zdrowotne dla rdzennych Amerykanów. Zastrzeżenie to jest niesłychanie doniosłe, ponieważ na tle reszty społeczeństwa obie te podgrupy charakteryzują się ponadprzeciętnym nasileniem tendencji autodestrukcyjnych. Żołnierze (w stanie spoczynku lub w aktywnej służbie) częściej niż inni obywatele odbierają sobie życie za pomocą broni palnej (link), z kolei członkowie plemion indiańskich nie tylko notują najwyższe wskaźniki samobójstw spośród wszystkich ras/wspólnot etnicznych w USA (link), ale też w znakomitej większości zamieszkują tereny wiejskie i małe miasteczka, gdzie od pokoleń kultywuje się tradycje strzeleckie, a uzbrojenie dowolnego rodzaju jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wymienione okoliczności sprawiają, że usunięcie z puli placówek wojskowych oraz szpitali podlegających pod IHS niewątpliwie przyczyniło się do niedoszacowania nFSA dla broni, a co za tym idzie – przeszacowania SCFR.

Podsumowując: wbrew sugestiom Connera et al. nie ma twardych dowodów, które wykraczałyby poza sferę poszlak, że redukcja broni palnej w amerykańskiej populacji wywołałaby paralelną redukcję ogólnej liczby samobójstw w skali makro. Wieszanie się jest niemal tak samo zabójcze. Co więcej, z opublikowanej niedawno, wyczerpującej metakwerendy badań dotyczących związku broni z samobójstwami (29 pozycji z lat 1984-2016) wyłonił się klarowny i spodziewany wzorzec: owszem, więcej uzbrojonych gospodarstw domowych i cywilów oznacza więcej samobójczych postrzeleń, ale już absolutnie nie oznacza wzrostu zgonów per saldo [4].

Na zakończenie coś z rodzimego podwórka: w 2018 roku “Polityka” puściła do druku kuriozalny tekst o epidemii samobójstw w USA. Bez podania źródła napisano w nim, cytat: Przy próbie samobójczej przy użyciu broni “skuteczność” wynosi 82,5 proc., przy użyciu innych metod – maksymalnie 12.

Da się ustalić, skąd pochodzą te rewelacje?

Z antybroniowej witryny magnata prasowego, Michaela Bloomberga – “The Trace” (link). I oczywiście jego propaganda została beznadziejnie zreferowana. Pomijając fakt, że twórcy oryginalnego mema, do którego odwołuje się nieporadnie autorka felietonu, pani Agata Popęda, wyciągnęli rzeczone statystyki z pracy Spicer i Millera, ci zaś uzyskali podejrzanie zaniżony CFR dla wieszania się (patrz przypis nr 1), to cały kawałek cierpi na typowy syndrom bezmózgiego kopiowania i wklejania bzdur z zagranicznych portali. Tak, zgadza się – surowy wskaźnik zrealizowanych samobójstw z wykorzystaniem broni palnej faktycznie wynosi u nich 82.5 proc., lecz odsetek “12” nie obejmuje “innych metod”, a jedynie konkretną subkategorię, tj. “przedawkowania i wstrzykiwanie trucizn” (drug or poison overdosing). Dwa: z treści diagramów kołowych jasno wynika, że współczynnik śmiertelności jest praktycznie identyczny zarówno dla broni, jak i wieszania się. Powieszenia generują 2 proc. usiłowań i 17 proc. zgonów, postrzelenia – 6 proc. usiłowań i 54 proc. zgonów. Stosunek: 1:8.5 dla wieszania się i 1:9 dla broni palnej.

____________________

[1] Warto w tym miejscu zauważyć, że nienaturalnie wysoki współczynnik oszacowany w raporcie Vyrostek et al. (1.228) to efekt samplowania z pojedynczego i w dodatku mocno “odstającego” roku 2001. Co się natomiast tyczy artykułu Spicer i Millera, to oni z kolei dostali dewiacyjnie niski wskaźnik zgonów na skutek wieszania się/duszenia w porównaniu do śmiertelnych postrzeleń (stosunek 1.364). Sęk w tym, że swoje wnioski przedstawili jako oparte na statystykach z 8 stanów, lecz newralgiczne dane odnośnie osób rannych, przyjętych na leczenie w szpitalnych oddziałach ratunkowych, mieli z końca poprzedniego wieku i tylko z dwóch jurysdykcji (Missouri 1994 i Karolina Południowa 1997), co przekreśla szanse na jakąkolwiek ekstrapolację.

[2] Dzięki unikalnym informacjom zebranym przez doktor Josefinę Card (tabela 1), znamy CFR dla wieszania się z wykluczeniem duszenia za pomocą foliowych toreb. Otóż wynosi on 77.5 proc., zaś w kombinacji z duszeniem spada do 74.0 proc. Oznacza to, że HCFR jest 1.047 razy wyższy (77.5/74.0=1.047) niż skumulowany CFR dla obu metod. Po skorygowaniu bilansów ogólnokrajowych o rzeczony współczynnik odsetek udanych samobójstw dla wieszania się wzrasta w statystykach CDC (2009) z 79.2 proc. do nieomal 83 proc. (79.2×1.047) i praktycznie zrównuje się z postrzeleniami, a w badaniach Klecka (2019) skacze do 80.3 proc. i jest tylko trochę niższy aniżeli CFR dla broni palnej.

[3] Panuje powszechna zgoda co do tego, że obiektywnie mniej śmiercionośne metody zabijania się (zażywanie leków czy podcinanie żył) nie są zgłaszane do szpitali tak często jak te bardziej zabójcze, ponieważ nie wymagają profesjonalnej opieki lekarskiej i mogą być leczone na “niższych szczeblach” (w klinikach psychiatrycznych albo w gabinetach psychologów). Bazując zatem wyłącznie na statystykach przyjęć na ostry dyżur lub przypadkach hospitalizacji (wpisów do szpitala na minimum jedną noc w celu wykonania badań diagnostycznych), gubimy po drodze wiele aktów samobójczych, które nigdy nie trafiły do oficjalnych rejestrów medycznych. Zawsze istnieje też realna możliwość, że przybywający do szpitala pacjent nie będzie chciał wyjawić lekarzowi prawdziwych przyczyn swojej wizyty (tj. nie będzie chciał przyznać, że obrażenia, z którymi przywieziono go na pogotowie, są efektem podjętej przez niego próby targnięcia się na własne życie), co w powiązaniu z brakiem odpowiedniej determinacji po stronie samego lekarza w drążeniu tematu spowoduje, iż zdarzenie nie zostanie prawidłowo zakodowane jako nieudana próba samobójcza, lecz alternatywnie jako “nieumyślne, powypadkowe uszkodzenie ciała”, ewentualnie bardziej ogólnikowo jako kontuzja “nieznanego pochodzenia”, względnie “odmowa udzielenia informacji”.

Kwestia ta jest o tyle istotna, że poprawna ocena (kwantyfikacja) skuteczności określonych technik zabijania się zależy od dokładności pomiarów składających się na pulę samobójstw nieudanych. Jeśli usiłowania niezakończone zgonem będą niedoszacowane z powodów, które naświetliłem w poprzednim akapicie, wówczas efektywność konkretnych metod zostanie sztucznie wyśrubowana. W analizach porównawczych detal ten sam w sobie nie zniekształci wyników w sytuacji, kiedy poziom niedoszacowań będzie podobny dla każdej subkategorii; problemem stanie się dopiero wtedy, gdy błędy rozłożą się nierówno między poszczególnymi metodami. Jak bardzo zaniżona może być liczba nieudanych prób dla wieszania się – nie wiemy (nie przeprowadzono jeszcze naukowo rygorystycznej ewaluacji tego zjawiska). Mamy natomiast niespekulatywne podstawy, by przypuszczać, że wskaźniki postrzeleń mogą być umniejszone w stosunku do rzeczywistości.

Po pierwsze, ludzie zaprzeczają, że obrażenia, z którymi dostarczono ich na ostry dyżur, wiążą się z podtekstem samobójczym. Zespół pod kierownictwem McClaya et al. przebrnął przez archiwalną dokumentację medyczną 128 pacjentów z ranami po samopostrzeleniu się przyjętych na leczenie/obserwację w jednym ze szpitali w Tennessee. W tym gronie aż 37 (29 proc.) osób zanegowało, iż odniesione przez nich urazy powstały w rezultacie zwieńczonej fiaskiem próby samobójczej, sugerując inne okoliczności zajścia. Ostatecznie badaczom udało się potwierdzić, że połowa z nich raczej na pewno z premedytacją okłamała lekarzy.

Druga sprawa: w znakomitej większości stanów personel szpitalny jest prawnie zobowiązany do zgłaszania policji wszelkich przypadków postrzeleń (takiego wymogu nie ma dla wieszania się), co zniechęca przestępców do odwiedzania placówek leczniczych w razie doznania niezagrażających życiu obrażeń. W konsekwencji może to redukować w statystykach liczbę nieudanych samobójstw, albowiem jest dobrze udokumentowanym faktem, iż “społeczność” kryminalistów (np. członkowie gangów lub handlarze narkotykami) cechuje się nieproporcjonalnie wysokim odsetkiem zachowań autodestrukcyjnych.

[4] Elaboraty sugerujące silną pozytywną zależność między słabymi regulacjami a samobójstwami z broni, oparte są na fałszywym założeniu, że restrykcyjność przepisów jest totalna i obejmuje wszystkie konstrukcje bądź modele uzbrojenia oferowane w sprzedaży na rynku cywilnym, podczas gdy w rzeczywistości relatywna surowość prawa stanowego bywa często wybiórcza – dotyczy TYLKO pistoletowej / rewolwerowej broni krótkiej, zaś spod reżimu regulacyjnego wyklucza rozmaite typy dubeltówek, karabinków sportowych, strzelb gładkolufowych czy sztucerów myśliwskich. Ostatnia, wypromowana w mediach publikacja Vernicka i Webstera (V-W) ostentacyjnie bagatelizuje tę kwestię i wyłuszcza absurdalną logikę rozumowania – że oto zaostrzeniu norm licencjonowania broni krótkiej w Connecticut towarzyszył ~15-procentowy spadek wskaźnika zgonów samobójczych, mimo iż w badanym okresie (1981-2012) reguły nabywania broni długiej nie uległy zmianie nawet o jotę (system pozwoleniowy wprowadzono dopiero 01/04/2014). V-W bardzo chcą, aby ich czytelnicy przyjęli na wiarę domniemanie, że zabić się można jedynie z pistoletu i że w sytuacji utrudnionego dostępu do Glocków spora część kandydatów do samobójstwa w Connecticut po roku 1995 cudownie porzuciła zamiar odebrania sobie życia za pomocą śrutówki do trapu. Nie ma w tym ani krzty wiarygodności czy zdrowego rozsądku.

Zwolennicy wspomnianej korelacji notorycznie zamilczają także inny kłopotliwy dla nich niuans, mianowicie w wielu jurysdykcjach z nadzwyczaj ostrymi jak na amerykańskie standardy obostrzeniami (np. w Nowym Jorku) znacznie ważniejsze od selektywnej surowości przepisów jest to, iż obowiązują one tylko w granicach wybranych metropolii, ergo nie rozkładają się równomiernie na obszarze całego stanu. Do zakupu broni długiej (niezdefiniowanej jako “szturmowa”) poza NYC nie jest wymagane absolutnie nic prócz najbardziej podstawowej weryfikacji niekaralności, świadczonej telefonicznie w obecności sprzedawcy przy ladzie w sklepie (link). Innymi słowy, proces zdobywania broni palnej w Nowym Jorku (który ma jedne z najniższych wskaźników samobójczych postrzeleń w USA) dla osób o suicydalnych skłonnościach, działających pod wpływem impulsu, jest wbrew pozorom niesamowicie prosty, a co za tym idzie, postulowane przez autorów powiązanie “słabych” uregulowań z samobójstwami stanowi co najwyżej statystyczny artefakt. Powtórzę jeszcze raz: aby się zabić, wystarczy jeden nabój do sztucera myśliwskiego albo breneka do strzelby gładkolufowej.

Niestety, na ten moment nikt nie dysponuje kompletem statystyk z rozbiciem na rodzaje broni wykorzystywane do popełniania samobójstw. Dane fragmentaryczne pokazują jednak, że (FSA – fatal suicide attempt):

  • Iowa, 1980-84 → w 36.6 proc. FSA użyto broni krótkiej, w 41.3 proc. strzelb, w 22.1 proc. karabinów (link);
  • Iowa, 1990-91 → w 43.8 proc. FSA użyto broni krótkiej, w 39.9 proc. strzelb, w 16.3 proc. karabinów (j/w);
  • Sacramento (Kalifornia), 1983-85 → w 69 proc. FSA użyto broni krótkiej, w 20 proc. strzelb/karabinów (link);
  • Maryland, 2003-2018 → w 28.4 proc. FSA użyto broni długiej (dla obszarów wiejskich – w 51.6 proc.) (link);
  • USA, 1993 → 6676 samobójstw, w 54 proc. użyto broni krótkiej, w 46 proc. strzelb/karabinów (link);