Zmyślenia Piotra Tarczyńskiego

Ilość energii niezbędna do obalenia jakiejś bzdury jest o rząd
wielkości większa niż potrzebna do jej wytworzenia.

[The amount of energy necessary to refute bullshit is
an order of magnitude bigger than to produce it.]

– Alberto Brandolini (link)

6 kwietnia 2021 roku na stronach portalu OKO.press ukazał się artykuł Piotra Tarczyńskiego (historyk, amerykanista) o broni palnej w USA. Streszczę wam teraz jego niebanalną treść:

“Broń jest zła, bo w Ameryce są strzelaniny.”

Jeśli ciekawi was moja krytyczna analiza tej radosnej, dyletanckiej twórczości, to zapraszam do lektury. Konwencja tradycyjnie ta sama co zawsze: najpierw cytat, potem odpowiedź. W trakcie czytania warto mieć z tyłu głowy jakże patetyczną deklarację gremium redakcyjnego OKO.press, w której zdefiniowane zostały kluczowe punkty ich misji programowej. Otóż jest nią: “sprawdzanie faktów” poprzez “sięganie do korzeni dziennikarstwa, czyli do prawdy” w celu “ochrony demokracji przed paraliżem” z powodu “przekłamań oraz słów wypowiadanych bez odpowiedzialności i sensu”.

Kwestia dostępu do broni palnej jest w Stanach Zjednoczonych
kwestią polityczną co najmniej od lat 80. XX wieku

Nieprawda. Tematyka dostępu do broni jest przedmiotem sporu politycznego co najmniej od zarania XX wieku, a już na pewno od czasów Rooseveltowskiego “New Dealu”. Wystarczy przekartkować archiwalne numery magazynu strzeleckiego “Arms and the Man” tudzież nieco późniejsze wydania miesięcznika “American Rifleman” (obydwa periodyki były/są oficjalnymi organami prasowymi NRA), aby się przekonać, iż ostra retoryka dominowała zawsze tam, gdzie w grę wchodziły propozycje reglamentowania cywilnego rynku broni palnej. I tak, przykładowo, w roku 1911 niejaki Timothy D. Sullivan, demokratyczny mafiozo z Nowego Jorku, przeforsował na terenie stanu tzw. Prawo Sullivana – pierwsze w amerykańskiej historii rozporządzenie, wprowadzające policyjną uznaniowość przy rozdzielaniu zezwoleń na kupno pistoletu lub rewolweru. Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie zareagowało błyskawicznie, mobilizując armie swoich czytelników i nazywając wszelkie podobne inicjatywy “obłąkańczym ustawodawstwem” (insane laws of the Sullivan type), którego zwalczanie w zarodku wymaga od entuzjastów broni “niekończących się pokładów czujności” (the need of eternal vigilance). Ba, sam wielki Henry Louis Mencken nie omieszkał zabrać głosu w tej sprawie na łamach “The Evening Sun”. Tarczyński jest historykiem i powinien wiedzieć takie rzeczy, skoro zdecydował się je komentować z pozycji eksperta.

Wcześniej, choć trudno w to dziś uwierzyć, nie budziła ona większych
kontrowersji – regulacje wspierali zarówno Demokraci, jak i Republikanie

Rzeczywiście – trudno w to uwierzyć, bo żaden mityczny, ponadpartyjny konsensu nigdy nie istniał. Tarczyński fantazjuje tu jak baśniopisarz. Jedyne, co się zmieniło na przestrzeni dekad, to poparcie dla NRA ze strony demokratycznych kongresmenów, mierzone wskaźnikiem przyjmowanych kontrybucji na kampanie wyborcze. Na skutek doskonale udokumentowanego w sondażach, stopniowego przesuwania się elektoratu Demokratów ideologicznie w lewo dzisiaj NRA wspiera finansowo niemal wyłącznie kandydatów frakcji republikańskiej.

Ronald Reagan, jako gubernator Kalifornii, podpisał
jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw w całym kraju

Będąc gubernatorem, faktycznie, podpisał (kontekst) – uchwałę Mulforda o zakazie jawnego noszenia w miejscach publicznych załadowanej broni (wypada podkreślić, że Republikanie byli wtedy jedyną grupą polityczną, która usiłowała realnie zablokować dalsze procedowanie tegoż dekretu, nie dysponowali jednak potrzebną większością w izbie niższej; najgłośniej protestował republikański senator, John G. Schmitz). Ale już jako prezydent postąpił dokładnie odwrotnie: w roku 1986 jego administracja przepchnęła na szczeblu federalnym najbardziej liberalne prawo w dziejach – długo wyczekiwaną Ustawę o Ochronie Posiadaczy Broni Palnej (Firearm Owners’ Protection Act, w skrócie FOPA). Niestety, nie ma róży bez kolców: późnym wieczorem, gdy większość członków Kongresu rozjechała się do domów, Demokrata, William John Hughes, do spółki z przewodniczącym obrad, Charlesem B. Rangelem, podpięli pod FOPA poprawkę, nakładającą zarówno na koncesjonowanych dilerów, jak i osoby prywatne bezwzględny zakaz sprzedaży broni samoczynnej wyprodukowanej po roku 1986.

Reagan mawiał, że nie widzi powodu, dla którego jakiś
obywatel miałby paradować po mieście z naładowaną bronią

Tak dla ścisłości: gubernator Kalifornii, Ronald Reagan, wypowiedział te słowa w 1967 roku (znowu polecam zapoznać się z szerszym kontekstem).

Z organizacji bezpartyjnej NRA stała się (…) potężnym lobby
walczącym z wszelkimi próbami regulowania dostępu do broni

Oto właśnie sedno ahistorycznej narracji Tarczyńskiego – że niby Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie “stało się” w pewnym momencie grupą nacisku, kasującą inicjatywy legislacyjne Demokratów. Jeszcze raz: od początku XX stulecia organizacja ta na szczeblu federalnym zawsze twardo kontestowała pomysły reglamentowania broni. Wystarczy przypomnieć, że w roku 1929 na łamach grudniowej edycji “American Rifleman” redakcja czasopisma grzmiała, cytuję: “Niezmiennie sprzeciwiamy się jakiemukolwiek prawu, które wymagałoby od cywila uzyskania pozwolenia na kupno broni palnej i przechowywanie jej w domu lub w zakładzie pracy” (We are unalterably opposed to any law requiring a man to obtain a permit in order to purchase a gun or to keep it in his home or place of business). Tam natomiast, gdzie z rożnych przyczyn wpływy NRA nie sięgały dostatecznie głęboko, godzono się zazwyczaj na rozwiązania kompromisowe, czego najlepszym przykładem może być choćby Rooseveltowska The National Firearms Act (system koncesji na posiadanie broni maszynowej, krótkolufowej i tłumików) – pod naporem lobbingu członków Stowarzyszenia zniesiono wówczas obostrzenia na broń pistoletową i wycofano się z planów ustanowienia centralnego rejestru.

Zamykając ten wątek: nie było żadnego “konserwatywnego zwrotu” Republikanów/NRA wobec kwestii związanych z bronią palną. Jeśli rzekoma “radykalizacja” poglądów kiedykolwiek się dokonała, to co najwyżej u schyłku lat 70. XX wieku i w naturalnej reakcji na ekstremistyczne postulaty obozu przeciwnego (w tym powstanie fanatycznej grupy The National Council to Control Handguns/NCCH, przemianowanej niebawem na Handgun Control, Inc./HCI). Autor felietonu dla OKO.press wiedziałby o tych wydarzeniach, gdyby przestał na ślepo powtarzać puste jak dzwon frazesy, kopiowane z amerykańskiej portalozy.

Taka interpretacja Konstytucji jest tak naprawdę czymś
względnie nowym w amerykańskiej myśli prawniczej

Nie, nie jest czymś “względnie nowym”. W pewnym sensie poprzedza nawet o kilka dekad sam projekt Konstytucji. 2. poprawkę odczytywano w duchu wykładni “indywidualistycznej” z dziada pradziada. Interpretacja “kolektywna” (wojskowa) pojawiła się oficjalnie dopiero pod koniec trzeciego dziesięciolecia XX wieku na mocy wyroku Sądu Najwyższego w kuriozalnym procesie Miller v. Stany Zjednoczone (czemu kuriozalnym – zobacz koniecznie ten wpis). Tymczasem najwcześniejsza, zachowana na piśmie wzmianka, odnosząca się do znaczenia rzeczonego paragrafu, pochodzi z 1803 roku i jest autorstwa St. George’a Tuckera. Ten znamienity sędzia z Wirginii, redaktor pierwszego amerykańskiego wydania “Komentarzy do praw Anglii” Sir Williama Blackstone’a i znany obrońca suwerenności stanów, odnotował co następuje (patrz Stephen Halbrook w odpowiedzi na polemikę Saula Cornella):

Klauzula ta może być rozpatrywana jako prawdziwa gwarancja wolności. Prawo do obrony własnej jest pierwszym prawem natury. W przypadku większości rządów jak najściślejsze jego krępowanie było przedmiotem rozmyślań panujących elit. Gdziekolwiek na świecie utrzymywana jest w pogotowiu stała armia, zaś posiadania i noszenia broni zakazuje się pod byle pretekstem, tam wolność – o ile nie została już całkowicie unicestwiona – znajduje się na krawędzi zgładzenia.

Notorycznie puszczanym w niepamięć szczegółem jest również to, że akapit o broni palnej, utrwalony na Karcie Praw, ma swoje warianty zakodowane w lokalnym ustawodawstwie na poziomie stanowym; kilka z jego ekwiwalentnych form rodziło się równolegle z Konstytucją, zaś deklaracje stanów Vermont, Kentucky czy Pensylwanii paręnaście lat przed jej ratyfikacją (lista). Doprawdy nie pojmuję, jakiej trzeba umysłowej ekwilibrystyki, aby tłumaczyć wszystkie te paragrafy inaczej niż jako prawo do posiadania i noszenia broni palnej przez ogół zwykłych obywateli: kowbojów, farmerów, urzędników, a na studentach Akademii w West Point kończąc.

Zdanie o dobrze zorganizowanej milicji wyraźnie wskazuje,
że odnosi się do prawa zbiorowości, wspólnej obrony kraju
przed zagrożeniem zewnętrznym

Fragment “well regulated” nie oznaczał racjonowania broni palnej przez państwo na potrzeby armii nawet w czasach, gdy wychodził spod pióra Jamesa Madisona. On nigdy nie miał na myśli regulacji we współczesnym rozumieniu: restrykcji, ograniczeń, obostrzeń. Wzbudzający tyle kontrowersji zwrot “well regulated” zawsze odnosił się do “dobrze zorganizowanych”, “dobrze uzbrojonych” i “zdyscyplinowanych” oddziałów milicji. Krótko mówiąc, oznaczał grupę fizycznie sprawnych i zdolnych do wojaczki cywilów, tworzących zwarte szeregi. Dokładnie takie odczytanie zaproponowali i potwierdzili zatrudnieni przez CNN (!) konstytucjonaliści. Trudno podejrzewać tę stację o sympatyzowanie z NRA. Co więcej – podobnie jak to było w sięgającej epoki średniowiecza tradycji szwajcarskich górali – podstawowym warunkiem, decydującym o przynależności danego mężczyzny do milicji, było zdobycie we własnym zakresie i na własny koszt broni palnej. Innymi słowy, żeby zostać pełnoprawnym członkiem lokalnych sił zbrojnych, obywatel musiał już wcześniej posiadać swoją prywatną broń razem z amunicją (zobacz przykładowy akt prawny z Nowego Jorku z roku 1786).

“Prawniczy oryginalizm, rozpropagowany w latach 80.
przy wsparciu administracji Reagana

Reagan nie wskrzesił żadnego “oryginalizmu” w interpretowaniu 2. poprawki. Tarczyński hołduje tu kompletnie zaburzonej chronologii. Administracja Reagana jedynie “odkurzyła” to, co niespełna sto la temu było oczywiste dla znakomitej większości uczonych i prawników. Sędzia z Michigan, Thomas M. Cooley, chyba najbardziej poczytny konstytucjonalista XIX wieku (wytłuszczenie moje): The meaning of the provision undoubtedly is, that the people, from whom the militia must be taken, shall have the right to keep and bear arms, and they need no permission or regulation of law for the purpose. (link)

W roku 1837 Georgia zaktualizowała kodeks karny, zabraniając publicznego noszenia noży myśliwskich i pistoletów. Wkrótce niejaki Hawkins H. Nunn został aresztowany pod zarzutem posiadania pistoletu poza miejscem zamieszkania i “pokazowo” skazany. Z marszu złożył apelację do Sądu Najwyższego w Georgii, upierając się, że lokalne rozporządzenia stanowią jawne pogwałcenie amerykańskiej, uświęconej tradycji. I wygrał. Poniżej wklejam fragment uzasadnienie kasacji wyroku (link):

Prawo ludzi do noszenia broni palnej dotyczy osób młodych i starych, mężczyzn, kobiet i chłopców; prawo to nie ogranicza się do członków milicji; prawo to obejmuje wszystkie rodzaje i typy uzbrojenia; prawa tego nie wolno naruszać ani łamać nawet w najmniejszym stopniu. (…) Nasza opinia jest taka, że jakiekolwiek uregulowania, stanowe czy federalne, uderzające w to prawo, są obrazą dla Konstytucji.

Mógłbym przytaczać źródła w tym stylu do upadłego. 

Badania wskazują, że kiedy obowiązywał [federalny zakaz
posiadania karabinów szturmowych], mniej było masowych
strzelanin, a po jego wygaśnięciu w 2004 roku statystki
zaczęły wyglądać zauważalnie gorzej.

Z domeny pseudohistorycznych dywagacji Tarczyński “niepostrzeżenie” przeskakuje do referowania wniosków z “badań”. Świetnie. Po kolei zatem: wykaz literatury przedmiotu do podejrzenia tutaj. Dalej: każdy, kto uważnie prześledzi zawartość Clintonowskiej “Crime Bill” (zakazującej używania “karabinów szturmowych”), szybko się zorientuje, iż nie ma takiej opcji, aby w jakiekolwiek mierzalny sposób mogła ona modulować agregatowe wskaźniki przemocy, w tym wskaźniki masowych strzelanin. Narodowa Rada Badań Naukowych podkreśliła w podsumowaniu swojego raportu z roku 2005, że “Potencjalne dobrodziejstwa płynące z ograniczenia dostępu do broni szturmowej są praktycznie niemożliwe do kwantyfikacji i odseparowania od szumu statystycznego czy też podejmowanych równolegle lokalnych inicjatyw antyprzemocowych” (cytat / link). Wreszcie po trzecie, wystarczy wziąć to na chłopski rozum: statystycznie masowe mordy są tak rzadką, chaotyczną i nieprzewidywalną zbrodnią, że próby doszukiwania się w tej “drobnicy” jakiegoś logicznego porządku czy schematu, a następnie korelowanie go z pojedynczą zmianą prawa, która objęła swym zasięgiem pół kontynentu, bez przesady zakrawają na czyste szaleństwo.

Naturalnie istnieją eksperci, którzy uparcie obstają przy wersji, że wpływ Clintonowskich restrykcji był zauważalny. Do tego grona należą: bostoński profesor, Louis Klarevas, oraz pracujący w “Szkole Bloomberga” i finansowany z jego kieszeni, Daniel Webster. Rezultaty dociekań Webstera są w ogóle wewnętrznie sprzeczne.

70 proc. Amerykanów popiera dziś wprowadzenie zakazu broni
szturmowej, w tym ponad połowa wyborców republikańskich

No bez przesady. Sondaże zadają celowo nieprecyzyjne i ogólnikowe pytania, aby uzyskać ideologicznie pożądane konkluzje. Wiadomo, że zmiana formy kwestionariusza zmienia radykalnie odsetek poparcia. Zjawisko to jest doskonale znane każdemu, kto kiedykolwiek miał styczność z badaniami ankietowymi. Klasyka: “Czy popierasz zwalczanie pedofilii w Internecie?” – 90 proc. respondentów odpowie, że tak. “Czy popierasz cenzurowanie oraz inwigilację Internetu w celu zwalczania pedofilii?” – poparcie automatycznie spada poniżej 50 proc. W przypadku “broni szturmowej” sytuacja jest analogiczna: większość ludzi nie potrafi nawet odróżnić trybu ognia ciągłego od standardowej broni samopowtarzalnej i potem w ankietach jedno z drugim im się miesza. Generalnie niewiedza respondentów odpytywanych z tematów okołobroniowych jest przeogromna. Proszę sobie wyobrazić, że prawie 40 proc. Amerykanów wierzy, iż masowe strzelaniny łącznie z wypadkami generują większość ofiar śmiertelnych użycia broni palnej w ich kraju (link), podczas gdy w rzeczywistości obie te subkategorie składają się na zaledwie 1.5 proc. wszystkich zgonów (0.3 proc. przypada na “strzelaniny”, 1.2 proc. – na wypadki). Najbardziej zmanipulowana jest oczywiście ta grupa ankietowanych, która deklaruje, że nie posiada broni palnej w domu.

Konstytucję pisano w czasach, gdy używano ładowanych
odprzodowo muszkietów, a nie karabinów mogących
wystrzelić kilkaset pocisków na minutę

Uwielbiam tę brawurową argumentację. Po pierwsze, w oryginalnym zapisie widnieje słowo “arms”, nie “muskets”. Po drugie, muszkiety nie były wcale szczytem ówczesnej techniki zbrojeniowej – szybkostrzelne, wielolufowe karabiny zdolne pomieścić “dużo nabojów” istniały na długo przed powstaniem konstytucyjnej klauzuli, ba, na długo przed narodzinami jej czołowego redaktora, Jamesa Madisona. Dobrym przykładem jest kartaczownica Puckle’a, która położyła podwaliny pod późniejsze karabiny maszynowe. W opisie patentu czytam (link): “Urządzenie zwane Obrońcą wystrzeliwuje tak wiele kul i tak prędko może być ładowana, że praktycznie uniemożliwia zdobycie statku w drodze abordażu”. Oprócz tego były jeszcze: karabin skałkowy stworzony przez filadelfijskiego rusznikarza, Josepha Beltona, wypluwający około dwadzieścia pocisków w 5-sekundowych interwałach, karabiny Fergusona, miotające po sześć nabojów na minutę, oraz inne pokrewne konstrukcje, zwiastujące nieuchronny postęp w dziedzinie rozwoju broni. Po trzecie, nawet jeśli łaskawie uznać, że 2. poprawka rzeczywiście odzwierciedla realia XVIII wieku, kiedy apogeum myśli technicznej były rzekomo muszkiety, to konsekwentnie trzeba by również przyznać, że 1. poprawka odzwierciedla realia, w których szczytem medialnej komunikacji były obwieszczenia na rynku miejskim, bazgroły na pergaminie i arkusze papieru gazetowego powielane na pruskim tyglu drukarskim. Mówiąc krótko, w pojęciu Tarczyńskiego wolność słowa gwarantowana przez Kartę Praw z 1791 roku nie obejmuje już np. Internetu ani mediów społecznościowych.

Jako przykład skuteczności [ograniczeń w dostępie
do broni palnej] wskazuje się tu Australię

Australijskie obostrzenia nie miały ŻADNEGO mierzalnego wpływu na spadek wskaźników morderstw czy samobójstw zarówno w żeńskiej, jak i męskiej subpopulacji (rozszerzona bibliografia tu). Z kolei ich rzekomy związek z zanikiem masowych strzelanin pozostaje mocno problematyczny, gdyż zależy od interpretacji długofalowych trendów oraz odgórnie przyjętej definicji strzelaniny. Generalnie zaakceptowanie narracji o wysokiej efektywności reform Johna Howarda w redukowaniu masakr z udziałem broni palnej wymaga od człowieka zawieszenia niewiary i przyjęcia za dobrą monetę kilku nierealistycznych założeń (patrz artykuł i dyskusja Samary McPhedran plus wyjaśnienia Gary’ego Klecka).

W 2019 roku, po masakrze w dwóch meczetach, rząd Nowej Zelandii
natychmiast wprowadził prawo, zakazujące sprzedaży i posiadania
broni szturmowej i półautomatycznej

Ja może przedstawię statystyki, które pozwolą uświadomić sobie, jak absurdalnie pochopna i oderwana od empirii była to decyzja. Otóż w latach 2004-2019 na obszarze Nowej Zelandii zarejestrowano ogółem 1125 ofiar zabójstw. Z tej puli 175 (~16 proc.) zabito przy użyciu broni palnej dowolnego rodzaju, zaś z broni definiowanej jako “szturmowa” zastrzelono ~28 proc. z tych 175. Uwaga: 28 proc. ofiar to inaczej 49 osób – symboliczne 4.4 proc. całkowitej liczby wszystkich morderstw popełnionych w NZ na przestrzeni szesnastu lat, co po uśrednieniu daje ~3 zgony rocznie. W wymiarze absolutnym bardziej niebezpieczne dla życia mieszkańców archipelagu są noże kuchenne, tłuczki do mięsa, sztachety, gołe pięści czy samochody, przekształcane sporadycznie na narzędzia zbrodni.

Zwolennikom zaostrzenia kontroli dostępu do broni nie chodzi
o zabieranie sztucerów myśliwym, ani nawet pistoletów osobom,
które uważają, że potrzebują ich do ochrony rodziny

Słodkie kłamstwo. Marsz hoplofobów przez instytucje akademickie w USA zaczął się przecież od otwartego głoszenia haseł, nawołujących do wprowadzenia bezwzględnego zakazu posiadania broni krótkiej (pistoletów i rewolwerów), z której popełnia się zresztą przeważającą większość zabójstw (dla porównania: przeciętny odsetek morderstw z wykorzystaniem karabinów wszelkiego rodzaju wynosi od 3 do 5 proc.). Później te same osoby musiały się wycofywać rakiem ze swoich radykalnych postulatów, gdy okazało się, że propaganda w społeczeństwie nie chwyta. Znamienny jest też sprzeciw, jaki w trybie oficjalnym wyraził sędzia Sądu Najwyższego, Steven Breyer, komentując przełomowy werdykt w sprawie Dystrykt Kolumbia v. Heller (s. 114): Musimy zdecydować, czy stołeczne prawo zakazujące posiadania broni krótkiej do ochrony miru domowego narusza Drugą Poprawkę. (…) W mojej opinii, nie narusza. Tarczyński nikogo więc nie nabierze, rżnąc głupa i udając, że perspektywa totalnego rozbrojenia leży gdzieś na styku obłąkańczych teorii spiskowych i rojeń niewykształconych paranoików. Figurą retoryczną, która w języku angielskim idealnie oddaje logikę działania środowisk programowo przeciwnych broni, jest “slippery slope” (argument równi pochyłej, efekt domina), czyli metodyczne nowelizowanie przepisów w kierunku bezwzględnego zakazu posiadania wszystkich rodzajów oręża za wyjątkiem prehistorycznych pistoletów skałkowych dla kolekcjonerów.

Potencjalnie szkodliwe leki są w końcu wydawane
na receptę, więc czemu nie zastosować tego do karabinów
i pistoletów, obiektywnie dużo groźniejszych

Broń jest niby “obiektywnie” dużo groźniejsza od leków? Chyba w alternatywnej rzeczywistości OKO.press. Tylko od przedawkowań opiatów na receptę ginie rocznie blisko 15 tysięcy ludzi – od powszechnie dostępnych i demonizowanych przy każdej okazji karabinów raptem ułamek tej liczby. Już pomijam, że średnio rocznie na skutek niedbalstwa ściśle uregulowanych i koncesjonowanych pracowników medycznych umiera w Ameryce w optymistycznym wariancie scenariusza ~250 tysięcy obywateli (przeczytaj tę analizę i wysłuchaj podcastu).

Poparcie dla dokładnego sprawdzania osób chcących
kupić broń, universal background checks, jest powszechne –
za jest 93 proc. Demokratów i aż 82 proc. Republikanów

Ponownie fantazja masturbacyjna hoplofobów, oparta na tendencyjnych ekstrapolacjach sondażowych. W jednej z poprzednich replik tłumaczyłem, że niepozorna modyfikacja treści pytań dotyczących broni palnej (w tym dorzucenie odpowiedniego kontekstu) jest w stanie odwrócić do góry nogami wnioski z takiej ankiety. Ten sam fenomen działa w odniesieniu do propozycji UBC, czyli powszechnego sprawdzania niekaralności. Wystarczy umieścić przed właściwym zapytaniem informację, że “lwia część uzbrojenia oferowanego na kiermaszach broni sprzedawana jest przez licencjonowanych handlarzy, którzy są zobligowani prawem federalnym do przeprowadzania weryfikacji przeszłości kryminalnej swoich klientów” i nagle poparcie dla UBC spada poniżej 50 proc.

Kolejna rzecz: rezultaty sondaży różnią się dramatycznie od wyników referendów stanowych. Kilka lat temu z inicjatywy Bloomberga odbyła się seria głosowań w paru jurysdykcjach. Pytano o potrzebę wprowadzenia UBC. W Maine zwolennicy tej koncepcji przegrali lokalne referendum różnicą 4 proc. głosów, dysponując sześciokrotnie większym budżetem operacyjnym niż NRA. W Nevadzie wygrali minimalną różnicą 0.8 proc., ale ustawa została niepoprawnie napisana i z powodu błędu trafiła do “zamrażarki” na czas nieokreślony. Bloomberg wydał na stworzenie tego bubla sumę prawie dwudziestu milionów dolarów (co dało $35.30 w przeliczeniu na jeden głos), ponad trzykrotnie przebijając fundusze NRA przeznaczone na kontrpropagandę. Względny sukces promotorzy UBC odnieśli tylko w liberalnym Waszyngtonie w roku 2014, gdzie i tak mniej niż 60 proc. głosujących poparło rzeczone regulacje (a nie żadne tam mityczne 90 proc.). Głównym powodem porażki NRA była gigantyczna przewaga w finansowaniu propagandy: Bill Gates wyłożył $1 milion, zaś Bloomberg wykupił całą powierzchnię reklamową największego stanowego dziennika. 

Republikańscy senatorowie próbują przekierowywać uwagę opinii
publicznej gdzie indziej, np. na brutalne gry komputerowe (…)

Mit o Republikanach, którzy robią podjazdy na gry komputerowe, nie chce zdechnąć – nawet w obliczu faktu, że najbardziej na brutalność w grach pomstują Demokraci. 

(…) czy, ostatnio, na protesty Black Lives Matter,
będące rzekomo “prawdziwym zagrożeniem”

Nie “rzekomo” – realnie. Dowody w tej materii są niepodważalne: równo z dniem 26 maja 2020 roku (czyli nazajutrz po śmierci George’a Floyda) rozpoczęła się największa eskalacja przemocy i zabijania w całej udokumentowanej historii Stanów Zjednoczonych czasów pokoju. Pod nieobecność policji, która wycofała się z patrolowania czarnych dzielnic, odnotowano rekordowe wzrosty wskaźników morderstw i masowych strzelanin. W głównym nurcie mediów to bezprecedensowe, szokujące zjawisko albo w ogóle nie istnieje, albo komentowane jest w oderwaniu od BLM i lewackich protestów (zazwyczaj łączy się je – oczywiście bezpodstawnie – z wybuchem pandemii koronawirusa). 

Potęga NRA

Potęga NRA jest przereklamowana i sztucznie rozdmuchana przez środowiska hoplofobiczne, które lubią portretować siebie w roli Dawida ścierającego się z Goliatem. W aspekcie czysto finansowym Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie nie ma startu do antybroniowego lobby, które zawsze obracało praktycznie nieskończonymi zasobami pieniędzy. Tajemnica siły NRA od dziesięcioleci tkwiła (bo aktualnie to już przeszłość) zupełnie gdzie indziej – w oddolnym zaangażowaniu szeregowych członków organizacji, tj. zwykłych obywateli-ciułaczy, do czego w przypływie szczerości potrafili się przyznać najwięksi ideologiczni wrogowie Stowarzyszenia – liberalno-lewicujące media (cytaty).

Wszystkie badania pokazują, że korelacja jest niezaprzeczalna –
więcej broni palnej oznacza więcej śmierci w wyniku jej użycia

Wyczuwam tu ordynarne krętactwo. Dlaczego Tarczyński wspomniał o skorelowaniu między bronią a zabójstwami z jej użyciem, natomiast przemilczał związek między bronią a zabijaniem ogółem? Idę o zakład, że powodem był fakt, iż w tym drugim wypadku prymitywna korelacja nie zachodzi, ba, najlepsze, quasi-eksperymentalne prace badawcze z wiadomej dziedziny sugerują (przyczynowo!), że więcej broni oznacza mniej morderstw

Badania z 1997 roku, przeprowadzone przez kryminologów
Franklina Zimringa i Gordona Hawkinsa, wykazały, że Ameryka
nie ma wcale wyższego poziomu przestępczości niż inne kraje,
ale z powodu powszechnej dostępności broni przestępstwa
częściej kończą się śmiercią

Tarczyński powołuje się teraz na konkluzje książki “Crime Is Not the Problem: Lethal Violence in America”. Jej autorzy, panowie Zimring & Hawkins, dopuścili się typowego (dla oponentów liberalnej filozofii w podejściu do broni), statystycznego kuglarstwa, mianowicie układając trywialne, międzynarodowe porównanie przekrojowe wskaźników zabójstw z uwzględnianiem USA, posłużyli się – zamiast klasycznym, oenzetowskim miernikiem rozwoju ekonomicznego – kryterium politycznym w postaci odpowiednio wyselekcjonowanych państw z konglomeratu OECD (diagram). Intencją tego zabiegu było ustawienie Amerykanów w jednym szeregu obok biało-azjatyckich potęg przemysłowych i uwypuklenie ich niechlubnej “wyjątkowości”. Szkopuł w tym, że Stanom Zjednoczonym bardzo daleko do homogenicznej rasowo Norwegii, Polski czy Japonii, natomiast znacznie bliżej do sąsiedniego Meksyku. Republiki tej zabrakło jednak w rankingu Z-H (podobnie jak Argentyny, Brazylii, Rosji, Litwy, Turcji, Chile oraz wielu innych “niepasujących pod tezę” nacji). Czemu zderzanie pięćdziesięciu amerykańskich stanów z malutką Holandią ma być z naukowego punktu widzenia logiczne i słuszne, a konfrontowanie z Meksykiem, który znajduje się bezpośrednio przy ich południowej granicy i z którego rocznie przewalają się setki tysięcy imigrantów, jest nieuzasadnione?

Z-H byli doskonale świadomi, że “demograficzno-kulturowa specyfika” USA może drastycznie zakrzywiać perspektywę na niekorzyść tego kraju, więc w ramach eksperymentu w rozdziale piątym usunęli czarnoskórych podejrzanych ze statystyk aresztowań. W efekcie wskaźnik zleciał im z 9.4 trupów na 100k/mieszkańców (rok 1992) do 4.8, co skwitowali z nieukrywaną satysfakcją (s. 81): “Po symbolicznym wykluczeniu z puli czarnych sprawców morderstw Ameryka niezmiennie doświadcza zabójstw na poziomie istotnie wykraczającym poza normę wysoko uprzemysłowionych demokracji, notując ponad trzykrotnie większą średnią niż sześciu pozostałych reprezentantów G7 i dwukrotnie większą niż następni w kolejce Włosi.”

W tym momencie stali czytelnicy bloga powinni już dostrzec manipulację. Po pierwsze, Z-H sprytnie przycięli sobie liczbę państw z oryginalnych dwudziestu członków OECD do raptem siedmiu światowych krezusów gospodarczych, aby na wykresie słupek amerykański wyraźnie górował nad resztą stawki. Arbitralna żonglerka krajami, przy czym jeszcze bardziej bezczelna niż poprzednio. I dwa: kryminolodzy nie raczyli wyodrębnić Latynosów z federalnych statystyk. Jest to o tyle ważna operacja, że po korekcie odsetek aresztowanych Murzynów za rok 1992 wzrasta z oryginalnych 55 proc. do prawie 68 proc., równocześnie redukując biało-azjatycko-latynoski wskaźnik morderstw do ~3.8 zabitych na 100k/mieszkańców.

W minionym roku nie doszło do żadnej strzelaniny na wielką skalę
(z pewnością nie bez znaczenia był tu pandemiczny lockdown)

W minionym roku doszło do dwóch masowych strzelanin w miejscach publicznych z minimum czterema ofiarami śmiertelnymi: 1) czarny furiat zastrzelił pięciu współpracowników na terenie browaru w Milwaukee (link) oraz 2) meksykański imigrant zamordował trzech białych cywilów i białego policjanta na stacji benzynowej w Springfield, Missouri (link). Mniejsze nagromadzenie ataków niekoniecznie musiało być spowodowane przez pandemiczny lockdown. Już wcześniej zdarzały się przecież losowe lata z liczbą incydentów oscylującą w granicach dwóch-trzech (2000, 2002, 2004 i 2014, patrz tabela).

Znaczna większość ofiar traci życie w codziennych strzelaninach,
które nie przyciągają uwagi mediów i traktowane są w dużych miastach
jako coś naturalnego. Ten problem również wymaga rozwiązania.

Nazywajmy rzeczy po imieniu: “znaczna większość” strzelanin w miastach koncentruje się w murzyńskich dzielnicach. Na obszarach zasiedlonych przez białych ludzi panuje spokój. Polskojęzyczne media rzadko przypominają o tej statystycznej prawidłowości, bo jeszcze rodzimy czytelnik wykona w głowie proste 2+2 i wyjdzie mu, że broń palna nie jest wcale przyczyną wszelkiego zła.