Szybka odpowiedź: nikt nie wie. Dłuższa odpowiedź poniżej.

Ed W. Gillespie, republikański kandydat na fotel gubernatora stanu Wirginia, ze zwalczania salwadorskich gangów zrobił flagowe hasło swojej niedawnej kampanii wyborczej (zobacz spoty telewizyjne tu i tu). I choć obrana przez niego taktyka okazała się ostatecznie wybitnie nieskuteczna – facet przerżnął wyścig do stołka z kretesem – to zwróciła uwagę mediów na problematyką gangów w Ameryce, która w kontekście dyskusji o broni palnej jest notorycznie marginalizowana albo kompletnie pomijana [1]. W wystąpieniach Gillespie’ego wielokrotnie powracała liczba 2 tysiące – niby z tylu członków mają składać się struktury Mary Salvatruchy (MS-13), rozsiane po całym obszarze hrabstwa Fairfax. “The Washington Post” zweryfikował jego szacunki i wlepił mu dwie ikony Pinokia, konkludując, że nie wiadomo, ilu rekrutów maras operuje w granicach najgęściej zaludnionej jurysdykcji w Wirginii (The plain fact is that no one knows how many MS-13 gang members are in Fairfax County → link).

Kłopot z kwantyfikacją fenomenu gangów i przemocy z nimi powiązanej jest bez dwóch zdań ogromny i do dzisiaj pozostaje nieprzezwyciężony. Analitycy z portalu “538” stwierdzili wręcz, że dostępne statystyki nie są nawet w przybliżeniu wiarygodne (Gang stats aren’t remotely reliablelink). Podstawowa i ciągle nierozstrzygnięta kwestia dotyczy tradycyjnie definicji. Meena Harris, dyrektorka Krajowego Ośrodka ds. Gangów (National Gang Center), przyznaje wprost, że uniwersalna terminologia nie istnieje i bez przerwy trwają debaty nad ustaleniem, co definiuje gangi i kto do nich należy (There’s no universal definition of gang, and the debate still continues over what constitutes a gang and a gang memberlink). O tym, kogo wlicza się do szeregowych “żołnierzy” i czy uwzględnia się w tej puli również osoby bez wyraźnych konotacji, ale za to luźno skojarzone z danym gangiem, decydują poszczególne stany wedle niejasnych kryteriów technicznych, które następnie podlegają dalszemu zagmatwaniu i różnią się w zależności od departamentu tudzież indywidualnej oceny konkretnego funkcjonariusza policji (What’s accurate and what’s not accurate really depends on the level of training for the police officer link).

Sposób, w jaki rozmaite instytucje podchodzą do raportowania oraz gromadzenia informacji o aktywności gangów, stanowi kolejną nierozwikłaną zagadkę, potęgującą tylko zamieszanie na tym polu. Przykładowo, w 2016 roku opublikowano raport z audytu kalifornijskiej bazy danych CalGang, do której trafiają statystyki zbierane przez lokalne komisariaty. W podsumowaniu jednego z paragrafów napisano, że organy ścigania nie przykładają należytej staranności do procedur usuwania, dodawania i aktualizowania wpisów w rejestrze, co oczywiście odbija się później negatywnie na działaniu systemu (s. 36 → Law enforcement agencies have failed to ensure that CalGang records are added, removed, and shared in a way that maintains the accuracy of the system […]). W sąsiednim stanie natomiast kierownictwo policji oregońskiego miasta Portland całkowicie zrezygnowało z dwudziestoletniej praktyki identyfikowania osób jako członków ulicznych gangów, gdyż dotychczas odbywało się to bez wyroku sądowego czy aresztowania. Oficjalnie wszystko w trosce o niestygmatyzowanie mniejszości etnicznych, choć złośliwcy jak zawsze wskazują na przyczyny polityczno-poprawnościowe: Portland od dawna plasuje się w czołówce najbardziej homogenicznych rasowo aglomeracji w Ameryce, gdzie znaczną większość przestępstw generują czarni mieszkańcy (zobacz przypis nr 1).

Warto podkreślić, że o ile w takim Oregonie usuwanie ze statystyk wskazówek dotyczących “gangsterskich afiliacji” realizuje się w blasku fleszy i w białych rękawiczkach, to już w innych metropoliach dzieje się nieformalnie i bez publicznego rozgłosu. Znowu przykład: policja w Nowym Orleanie zgłosiła w 2015 roku do centrali FBI zero zabójstw skojarzonych z wojnami gangów, pomimo że alternatywne źródła podają, iż gangi były odpowiedzialne za 30 proc. (49) morderstw zarejestrowanych na terenie miasta. Podobnie na Wschodnim Wybrzeżu, w Baltimore: ani jedno zabójstwo popełnione w 2016 roku nie zostało tam zakodowane jako “gang-related”. Sytuacja kuriozalna zważywszy na fakt, że szef policji bez przerwy magluje temat, jak to gangi narkotykowe nakręcają spiralę przemocy w “Charm City”. W rezultacie w rządowych papierach zieje potężna dziura, której nijak nie da się zapełnić i za którą ciężko obwiniać federalnych rachmistrzów – ci bowiem tworzą raporty w oparciu o dane przesyłane do nich z zewnątrz.

Coroczne zestawienia wizualizowane przez FBI w formie tabel oferują wgląd w okoliczności towarzyszące morderstwom. Można z nich wyczytać, że przeciętnie w ostatnich latach gangi zaangażowane były w bardzo znikomy (5-7 proc.) odsetek premedytowanych zabójstw, co naturalnie jest liczbą tak niesłychanie zaniżoną, że aż śmieszną. I tutaj ciekawostka: ponad połowa z tych morderstw pochodzi z zaledwie dwóch metropolii: Chicago (w roku 2016 z ogólnej puli 722 zabójstw 347 sklasyfikowano jako “dokonane przez gangi”) oraz Los Angeles (181 z 388). Nieco wyższe szacunki w sakli kraju prezentują sondaże NGC, z których wynika, że w okresie 2007-2012 około 13 proc. wszystkich odnotowanych morderstw skorelowanych było z porachunkami gangów. Jest to więcej niż w kalkulacjach FBI, ale i tak ciągle za mało.

Na zakończenie cytat z Waltera Millera, współzałożyciela Narodowego Programu Badań nad Młodocianymi Gangami (The National Youth Gang Center Project):

Problem młodocianych gangów w Ameryce rozrósł się dramatycznie na przestrzeni trzech dekad, osiągając bezprecedensowe rozmiary. [Youth gang problems in the United States grew dramatically between the 1970’s and the 1990’s, with the prevalence of gangs reaching unprecedented levels.]

_______________________

[1] David M. Kennedy, profesor kryminologii z nowojorskiej Wyższej Szkoły Prawa Karnego im. Johna Jaya, dla “Los Angeles Timesa” (→ link)

Większość odbywających się ostatnio debat całkowicie ignoruje sedno problemu przemocy z użyciem broni palnej. Gangi oraz pomniejsze bandyckie grupy handlujące narkotykami popełniają w wielu miastach do 75 proc. wszystkich zabójstw, a przeważająca część z reszty przypada w udziale innym notowanym kryminalistom. Zwykli obywatele, posiadający w domach broń, nie dopuszczają się napadów rabunkowych, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich żon.

[The fact is that most of the recent debate entirely missed the point about the nature of most gun violence in America. The largest share – up to three-quarters of all homicides in many cities – is driven by gangs and drug crews. Most of the remainder is also concentrated among active criminals; ordinary citizens who own guns do not commit street robberies or shoot their neighbors and wives.]