Ładnych parę lat temu (2008) ówczesny poseł na Sejm z ramienia Platformy Obywatelskiej, Andrzej Czuma, zaproponował zmiany w ustawie o broni i amunicji. Nie jakieś super radykalne, ale niewątpliwie zmiany – na lepsze. Przede wszystkim odebranie policji prawa do reglamentowania broni oraz przeniesienie tego przywileju na administrację cywilną. Gdy ten sam Czuma został rok później ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w pierwszym rządzie Tuska, sprawa odżyła i z dnia na dzień rozpętał się niemały shitstorm w mediach.

Z jednej strony poczciwina minister, osamotniony i nieporadnie tłumaczący się ze swoich retorycznych błędów (mówienie o “powszechnym dostępie do broni na wzór amerykański” w takim kraju jak III RP to był strzał w kolano – na szczęście partia w porę zainterweniowała [1]), z drugiej ONI (żydomasoneria, Ruscy, służby, globaliści, Reptilianie, pracownicy fabryki akordeonów, niepotrzebne skreślić), delegujący na front walki ideologicznej całą rzeszę usłużnych pismaków i aparatczyków w stanie spoczynku. “Newsweek”, “Polityka” oraz inne kolorowe wydawnictwa zrobiły się nagle profesjonalnymi pismami o broni. Do telewizji zapraszano “ekspertów” straszących rozlewem krwi. Można też było zaobserwować coś na kształt pospolitego ruszenia zaangażowanych społecznie dziennikarzy, piszących histeryczne artykuły o tym, jak to niebawem Polska zmieni się w “Dziki Zachód” (cokolwiek to znaczy w interpretacji typowego polskiego publicysty). W każdym razie w tym całym objazdowym freak show, które się wtedy rozhulało, jeden komediant przelicytował wszystkich – Jerzy Dziewulski, ksywka “Bazooka” (za chwilę się wyjaśni, skąd to przezwisko).

Hagiografia tego pana dostępna jest na Wikipedii, więc nie będę przynudzał. Poza byciem super fajnym antyterrorystą i konsultantem na planie serialu “07 zgłoś się”, Dziewulski ma w życiorysie epizody idące w dekady, dzięki którym mógł bezapelacyjnie stanąć na straży porządku prawnego odnowionej, demokratycznej Rzeczpospolitej Polskiej. Dwadzieścia parę lat wywijania gumową pałą w szeregach Milicji Obywatelskiej (ciągle żyją ludzie, którzy pamiętają go z czasów pacyfikowania zakładów Ursusa – zobacz od 01:43 [2]; ponadto jako dowódca jednego z Plutonów Specjalnych Misztala uczestniczył w szturmie na strajkującą szkołę pożarniczą [3]) i wieloletnie członkostwo w strukturach PZPR utorowały mu drogę do uprawiania realpolitik z namaszczenia SLD-owskich postkomunistów.

I ten oto łysy bożek polskiego antyterroryzmu, nadworny ekspert telewizyjny u Mariusza Waltera, prominent, służbista i celebryta, w 2011 roku, czyli mniej więcej w okresie, kiedy media żywo spekulowały o możliwości liberalizacji prawa o broni, udzielił wywiadu portalowi Newsweek Polska [4] – wywiadu, który dał mi odpowiedź na pytanie, czy zapaść intelektualna Dziewulskiego przekroczyła już fazę odwracalności. 

Począwszy od tytułu (“Broń czyni z nas niewolników”), poprzez zdjęcie głównego bohatera drapiącego się po glacy, a skończywszy na infantylnych pytaniach redaktora prowadzącego – dosłownie każdy element tej dziennikarskiej farsy to wydestylowany lolcontent. Gdyby nie fakt, że oni tak na poważnie gadają, tarzałbym się po podłodze ze śmiechu. Już sam indywidualny wkład Dziewulskiego w rodzime badania nad efektem broni wart jest miejsca na zacytowanie:

Człowiek, który ma broń, przestaje mieć opory, niknie gdzieś głos rozsądku. Masz broń i zaczynasz prowokować los. (…) Ten kto posiada broń, zaczyna się często zachowywać w sposób demonstracyjny. Pistolet przy pasie robi z człowieka w wielu przypadkach agresora.

Broń w pewnym momencie zaczyna dominować w życiu człowieka. Ona zaczyna decydować, jak się będzie zachowywał jej posiadacz.

Psychika człowieka zmienia się w momencie posiadania broni. Ludzie odpowiedzialni szybko zdają sobie sprawę, że to pistolet zaczyna pilnować ich, a nie oni jego.

Czy bandyta wiedzący, że ja w domu mam broń, nie wejdzie do niego? Byłem policjantem wiele lat i proszę mi wierzyć, bandyta nie zrezygnuje tylko dlatego, że ktoś ma w domu broń, lecz wyposaży się w bazookę lub granatnik.

dziewulski_cyngielPortret antyterrorysty z palcem na spuście.

Dziewulski wie, co mówi. Krążą plotki (w innej wersji: ohydne pomówienia), że zdarzało mu się urządzać pijackie rozróby w spelunach połączone z dzikim strzelaniem, za co zbierał srogie baty od lokalnej klienteli [5].

___________________

[1] Na oficjalnej stronie Biura Poselskiego Andrzeja Czumy szybko pojawiło się sprostowanie.

[2] Sam zainteresowany zaprzecza, jakoby brał czynny udział w pacyfikacji. Potwierdza natomiast, że był wtedy w zakładzie, ale jedynie w roli odźwiernego, który otwierał drzwi do hali

[3Rankiem 2 grudnia 1981 roku uzbrojone oddziały ZOMO wspierane przez odwody pięć tysięcy milicjantów i atakującą z powietrza jednostkę antyterrorystyczną z warszawskiego Okęcia, dowodzoną przez późniejszego posła SLD, Jerzego Dziewulskiego, przeprowadziły pacyfikację szkoły. Podchorążowie doskonale wiedzieli co ich czeka i solidarnie podjęli decyzję o nie stawianiu oporu i zebraniu się na auli. Według relacji uczestników strajku, atakujący otwarte drzwi taranowali kopnięciami, dewastowali wyposażenie laboratoriów, tłukli szyby, łamali meble niszczyli wszystko co stanęło im na drodze. Przemoc na szczęście nie została skierowana wobec strajkujących, którzy zebrani na auli powitali ich wymownym milczeniem i opanowaniem. (link)

[4] Wywiad pochodzi z sierpnia 2011 roku (prawdy o broni w rozmowie z tow. Dziewulskim docieka Jakub, nomen omen, Pacan).

[5] “Afera Żelazo, cz. II”, patrz fragment od 32:30

W pewnym okresie przyjeżdża tam Dziewulski ze swoimi oprychami. I w tym barze urządził sobie mały jubel. Zaczął strzelać, wyciągnął pistolet, zaczął się zachowywać w sposób niesamowity. Więc chłopcy go związali, rozbroili, jego kompanów tak samo. Wzięli mu pistolety, zadzwonili i puścili ich… i trochę im tam wpieprzyli chyba też.