Powiedzieć, że moja uniwersytecka kariera ucierpiała po publikacji
książki to eufemizm i zarazem paskudne ostrzeżenie dla innych
badaczy akademickich, mających odwagę iść pod prąd.

[To say that my career has suffered as a result is something of an
understatement and, alas, an unpleasant warning to other
scholars who dare to go against the academic grain.]

– John Lott, “More Guns, Less Crime”, s. 235

Wielu naukowców, zajmujących się problematyką kontroli dostępu do broni palnej, używa języka, który ciężko nazwać naukowym. Atakują oni swoich kolegów po fachu o odmiennych poglądach jako sprzedawczyków na usługach wstrętnego lobby zbrojeniowego. Twierdzą, że handlarze bronią trzymają władzę w Narodowym Stowarzyszeniu Strzeleckim. Oskarżają innych o bycie “zakałą demokracji”. “Macie krew na rękach” – grzmią. W ich mniemaniu, przedstawianie dowodów na defensywną skuteczność broni przynosi najwyraźniej “szkodę procesowi demokratycznemu”.

Regularnie widywałem, jak zażarta i osobista może stać się taka debata. Podczas pobytu na Uniwersytecie Chicagowskim kilkakrotnie zdarzało mi się zamieszczać artykuły w prasie, krytykujące stanowisko burmistrza Richarda Daleya ws. broni palnej. W maju 1998 roku wydałem również książkę “Więcej broni – mniej przestępstw”. Nie minęło sześć miesięcy i Daley zadzwonił do rektora UChicago, Hugo Sonnenscheina. Miał mu powiedzieć, że moje dalsze przebywanie na uczelni w sposób nieodwracalny pogorszy relacje na linii ratusz-uniwersytet. Postawiono wtedy przede mną wybór: albo niezwłocznie zrezygnuję z posady, albo mogę zostać do wakacji, lecz bez możliwości kontaktowania się z mediami.

W czym zawiniłem? Otóż 10 grudnia 1998 roku Daley wraz z czterema innymi burmistrzami zorganizował konferencję prasową w celu przedyskutowania kwestii pozwu wymierzonego w producentów broni. Ponieważ w mojej książce argumentowałem, iż poczynania Daleya robią więcej złego niż dobrego, dziennikarze lokalnych stacji CBS i Fox, którzy w tym czasie byli już na spotkaniu, poprosili mnie o udzielenie wywiadu na wiadomy temat. Z początku chciałem z nimi rozmawiać, ale dopiero po ostatnich prezentacjach miejskich oficjeli. Kiedy jedynak zjawiłem się na miejscu, ci jeszcze nie wystartowali z pierwszą fazą konferencji. Dziennikarz CBS – Mike Flannery – zasugerował więc, bym uczestniczył w zebraniu.

Na koniec wystąpienia burmistrzów zaplanowano sesję pytań i odpowiedzi dla mediów oraz pozostałych osób z publiczności. Gdy wszyscy zaczęli wykrzykiwać pytania, sam podniosłem rękę w nadziei, że zostanę wywołany. W tym momencie ktoś do mnie podszedł i zagadnął, czy przypadkiem nie jestem Johnem Lottem, wykładowcą Uniwersytetu Chicagowskiego. Odpowiedziałem, że tak. W ramach repliki usłyszałem, iż nie mogę zadawać tu pytań. Tyle – bez żadnego wyjaśnienia. Incydent ten nie umknął uwadze części widowni. Reporter “The Baltimore Sun”, Joe Matthews, dał mi swoją wizytówkę i nadmienił, że chętnie pogada ze mną o tym, co się właśnie wydarzyło.

Po zamknięciu prezentacji udzielałem wywiadu Mike’owi Flannery’emu z CBS na zewnątrz przed budynkiem, następnie zaś próbowałem wejść z powrotem do środka, by skorzystać z płatnego telefonu. Chciałem zwyczajnie porozmawiać z dziennikarzami Foxa. Niestety, jakiś kompletnie anonimowy mężczyzna zastąpił mi drogę. Oskarżył mnie o kłamstwo, zarzucił mi, że zakradłem się na konferencję pod pozorem dziennikarza, wreszcie, stwierdził, iż tak naprawdę żaden ze mnie profesor i że publicznie krytykując antybroniową politykę Daleya, nadszarpuję dobre imię Uniwersytetu.

Tak spreparowaną wersję wydarzeń ludzie burmistrza puścili w świat. Po wspomnianym telefonie Daleya do władz uczelni, przedłożono mi dwie możliwości zakończenia współpracy. Odpisałem dziekanowi, z którym, jak mi się wydawało, utrzymywałem przyjazne stosunki, że jestem zszokowany i oszołomiony obrotem spraw. Wytłumaczyłem mu, że pojawiłem się na konferencji po to, by móc odpowiedzieć na pytania dziennikarzy dotyczące mojej pracy naukowej. Ponadto zależało mi na doprecyzowaniu jednej spornej kwestii – jeśli zdecyduję się pozostać do lipca, to czy będę mógł rozmawiać z mediami o wynikach moich badań.

W korespondencji zwrotnej dziekan oświadczył, że nie może dać mi konkretnych wskazówek i dodatkowo nie omieszkał odnotować, tutaj cytat: “Wielu ocenia, mając na uwadze twoją zszarganą reputację, iż sam jesteś sobie winien, gdyż wplątałeś się publicznie w konflikt z burmistrzem na jego własnej konferencji.” W późniejszym emailu wtrącił jeszcze: “Jeżeli z praktycznych powodów nie potrafisz milczeć (przynajmniej odnośnie swoich zawodowych powiązań z Uniwersytetem), powinieneś odejść.”

Wybrałem opcję pozostania i na ponad trzy miesiące zaniechałem jakiejkolwiek styczności z mediami. Przerwa ta stanowiła zwieńczenie burzliwego okresu zaraz po publikacji książki “Więcej broni – mniej przestępstw”. Dopiero pod sam koniec kontraktu z U of C wznowiłem pisanie felietonów i udzielanie wywiadów. Patrząc z perspektywy czasu, prawdopodobnie powinienem był od razu poinformować o całej sprawie media. Wtedy jednak bałem się, że mogę przez to sprowadzić na dziekana niepotrzebne problemy. Środowisko akademickie generalnie nieprzychylnie patrzy na kontrowersyjne postacie w swoich szeregach.

Lata później, w czerwcu 2007 roku, “Chicago Magazine” przypomniał swoim czytelnikom o tamtym epizodzie w następujących słowach: “Człowiekiem z widowni, niezmordowanym bojownikiem o prawo do noszenia broni palnej, który usiłował zakłócić konferencję, zadając niewygodne pytania, był John R. Lott. (…) Krążą historie, że naprzykrzał się burmistrzowi tak uparcie, iż policja musiała go wyprowadzić z sali. Lott stanowczo zaprzecza.” Wszystko, co zrobiłem, polegało na podniesieniu ręki. Inni wrzeszczeli. James Merrier, twórca artykułu dla “Chicago Magazine”, wiedział o tym, bo z nim rozmawiałem. Po wypuszczeniu tekstu zdradził mi, że kontaktował się z Mike’iem Flannerym i jego wersja pokrywała się z moją, ale nie drążył tematu. Gdyby wchodził w szczegóły i sprawdzał fakty, felieton mógłby nie przejść przez cenzorskie sito.

Niestety, redakcja chicagowskiego miesięcznika była bardziej zainteresowana powielaniem sensacyjnych i fałszywych oskarżeń pod moim adresem. Jakby tego było mało, Uniwersytet Chicagowski również nie kwapił się do zweryfikowania prawdziwości tych zarzutów. Nikt z władz uczelni nigdy nie pofatygował się na rozmowę z wymienionymi tu dziennikarzami. Łatwiej im było po prostu zaakceptować plotki rozsiewane przez administrację burmistrza Daleya. Co gorsza, Wydawnictwo Uniwersytetu Chicago zabroniło mi nawet podejmować tego wątku na kartach trzeciej edycji książki “Więcej broni – mniej przestępstw”.

Podobna – choć mniej dramatyczna w skutkach – była moja przygoda z Uniwersytetem Yale, gdzie spędziłem dwa lata jako wykładowca. Duet hawajskich senatorów z ramienia Partii Demokratycznej nawiązał kontakt ze szkołą, narzekając na opinię, jaką wygłosiłem przed hawajską radą legislacyjną. Standardowo posądzili mnie o to, że jakimś cudem, w pojedynkę, zdołałem doprowadzić do blokady rozważanych wówczas, nowych regulacji w zakresie rejestrowania broni. W rezultacie mojej pozauczelnianej aktywności wylądowałem niebawem na dywaniku prodziekana wydziału prawa.

Jestem przekonany, że nic z tego, co zreferowałem, nie miałoby miejsca, gdybym w dyskusji o posiadaniu broni palnej stał po drugiej stronie barykady. Przez lata słyszałem od wielu naukowców, że to właśnie strach przed zniszczeniem sobie kariery hamował ich zapał w badaniach nad wpływem broni na przestępczość. Nie zamierzają ryzykować – uzyskanie “niepoprawnych politycznie” wyników mogłoby ulokować ich na “niewłaściwym” brzegu ideologicznego spektrum. Doskonale rozumiem tę przezorność. Ostatecznie i tak wypchnięto mnie poza nawias akademii. Źródła finansowe zdają się być niewyczerpywalne wyłącznie dla tych, którzy opowiadają się za surową reglamentacją broni. 

Artykuł w oryginale: “My Scary Encounter with Chicago’s Mayor Richard Daley” → link