Kiedy na początku zeszłego stulecia władający nowojorskimi ulicami gangsterzy przebrani za polityków (albo politycy za gangsterów – różnica w sumie kosmetyczna) przepchnęli przez tryby lokalnej machiny legislacyjnej ustawę zakazującą – bez wcześniejszej zgody policji – posiadania i noszenia broni krótkiej, pretekstem była oficjalnie “walka z przestępczością”. Gdy okazało się, że przestępczość, zamiast planowo spadać, zaczęła rosnąć, zgodnie z kulawą logiką samotnej wyspy pojawiły się naciski wywierane na sąsiednie stany, by te uchwaliły u siebie analogiczne prawo. I wtedy głos zabrał Mencken.

Ciężko wyobrazić sobie dzisiaj intelektualistę jego formatu, który na łamach głównonurtowej prasy reagowałby sprzeciwem, kpiną i oburzeniem na próby ograniczenia dostępu cywilów do broni palnej. “Mędrzec z Baltimore”, jak go nazwali potomni, błyskawicznie przeniknął obłudne motywy leżące u podstaw słodkich intencji ustawodawców. Posiłkując się prostą analogią pokazał, że najbardziej poszkodowaną grupą społeczną, która wyjdzie z tego eksperymentu, będą – w nawiązaniu do szalejącej prohibicji alkoholowej – zwykli podatnicy-ciułacze.

Poniżej tłumaczenie felietonu Menckena opublikowanego pierwotnie w “The Evening Sun” 30 listopada 1925 roku pod tytułem “Oświeceni reformatorzy znowu w natarciu” (“The Uplifters Try It Again”):

I
Szacowny tygodnik “The Nation” ogłasza z zachwytem “powstanie narodowego komitetu, lobbującego na rzecz wprowadzenia zakazu międzystanowego handlu bronią krótką” i błogosławi ten pomysł jako “krok naprzód”. Jak się bowiem okazuje, “ze statystyk na temat przestępczości wynika, że 90 proc. morderstw popełnianych jest przy użyciu pistoletu, a ponadto każdego roku dochodzi do przypadkowych zgonów setek osób tylko dlatego, że ktoś nie wiedział, iż trzyma w ręku załadowany rewolwer”. Nowe prawo – lub może raczej poprawka do Konstytucji – ma to wszystko naprawić. Oczywiście “stworzenie przepisów, które dopuszczą wyjątki dla funkcjonariuszy publicznych i strażników bankowych, nie będzie łatwe” (nie mówiąc już o agentach do walki z prohibicją i innych tego typu chronionych przez majestat prawa zbirach). “Ale niebawem nawet ci funkcjonariusze mogą obejść się bez potrzeby noszenia rewolwerów”.

Niejednokrotnie w tym miejscu obsypywałem “The Nation” najwyższymi pochwałami. Były to pochwały w pełni zasłużone i bynajmniej nie zamierzam ich odwoływać. “The Nation” jest jednym z bardziej uczciwych i inteligentnych periodyków, jakie kiedykolwiek ukazywały się w Stanach Zjednoczonych. Trzyma się on z dala od oficjalnych bredni i co tydzień serwuje ogrom wiadomości, które najwyraźniej umykają uwadze dzienników. Wiadomości te interpretowane są w sposób tak rozważny i niezależny, jakiego nie potrafiłaby sobie wyobrazić znakomita większość wydawców prasowych. Gdyby “The Nation” przestał się ukazywać, kraj niemal niepowstrzymanie pogrążyłby się w otchłani absurdów głoszonych przez wyznawców Coolidga, rotarian oraz krzewicieli innych podobnie niedorzecznych idei. Pismo to już od ponad dekady jest duchową ostoją dla zapomnianej i będącej w mniejszości garstki cywilizowanych Amerykanów.

W swoim czasie jednak “The Nation” był organem liberalnym i nie w pełni ozdrowiał z tej szalonej choroby. Pośród swych najbardziej płomiennych i przekonujących apeli o wolność sporadycznie potrafi on puścić anemiczne oczko w kierunku Temidy. W takich chwilach odżywają stare tradycje, przez które “The Nation” robi z siebie pierwszorzędne i melodramatyczne pośmiewisko. Do opisanej sytuacji doszło, gdy redakcja opublikowała zacytowaną przeze mnie powyżej notatkę. W tej krótkiej, nieprzekraczającej 200 słów informacji było tyle ckliwości, jałowego ględzenia, kretyńskiego rozumowania i banalnego moralizatorstwa, ile doktorowi Coolidge’owi wystarczyłoby na dwugodzinne przemówienie.

II
Nowe przepisy, których orędownikiem stał się “The Nation”, są tak naprawdę jednym z bardziej absurdalnych przykładów tępoty prawnej, nawet jak na standardy naszego ustawodawczego ciemnogrodu. Ich wyłącznym skutkiem będzie spektakularny wzrost niepożądanych zjawisk, z którymi legislatorzy zamierzali się rozprawić. Nie pozbawią one broni palnej ani zbirów, ani głupców, a odbiorą ją tylko z rąk uczciwych ludzi. Uliczny oprych ma dziś na każdym polu przewagę. Dysponuje ciężką artylerią w kieszeni i może spokojnie założyć, że w dużych miastach przynajmniej 2/3 jego potencjalnych ofiar chodzi nieuzbrojona. Jeśli dojdzie do zatwierdzenia nowej ustawy (względnie poprawki), za którą opowiada się “The Nation”, ten sam bandyta będzie mógł przyjąć w ciemno, że liczba uzbrojonych obywateli spadła do zera.

Nie jest to puste teoretyzowanie. By poznać twarde fakty, wystarczy przytoczyć przykład stanu Nowy Jork, w którym wdrożono już podobnie brzmiące ustawodawstwo zwane Prawem Sullivana. Aby je wprowadzić, należało oczywiście mocno naciągnąć Drugą Poprawkę do Konstytucji, co jednoznacznie poparli jego zwolennicy i za co śpiewano hymny dziękczynne na ich cześć. Co się zaś tyczy sędziów, to jak zwykle złożyli oni skwapliwie swoje parafki przy wykropkowanej linii. Jest teraz niewyobrażalnie ciężkim przestępstwem “mieć lub posiadać” pistolet w Nowym Jorku. Nawet jeśli ktoś trzyma broń zamkniętą w szufladzie biurka w swoim domu, może za to trafić na dziesięć lat do pudła. Co więcej, do więzień trafiają przy tej okazji często ludzie, którzy absolutnie nic nie zrobili. Przypuśćmy, że gliny przeprowadzają rewizję w domu podejrzanego o polityczną nieprawomyślność i szukają egzemplarzy “The Nation”. Policjantom nie udaje się znaleźć żadnego numeru i są skonsternowani, lecz na dnie kufra odnajdują zardzewiały i zużyty rewolwer. Podejrzany staje więc przed sądem, oskarżony o naruszenie Prawa Sullivana, i poddany zostaje terapii wstrząsowej w Sing Sing.

Jakie są tego skutki? Otóż takie, że Nowy Jork, nawet w większym stopniu niż Chicago, jest rajem dla włamywaczy, porywaczy, bandytów i wszelkiej maści kryminalistów. Z dłońmi na kolbach pistoletów mogą być pewni swego bezpieczeństwa. Ani jedna na sto ofiar ich napaści nie jest uzbrojona, ponieważ uzyskanie licencji na posiadanie rewolweru stanowi przeszkodę trudną do pokonania, zaś noszenie broni bez pozwolenia jest groźniejsze dla zdrowia niż zajmowanie się rozbojem. Bandyci z bronią czują się zatem świetnie, za co pokornie dziękują Bogu, i tak samo jak przemytnicy alkoholu – szczerze i jednomyślnie popierają wysiłki wymiaru sprawiedliwości.

III
Na wszystkie wspomniane obiekcje i uwagi “oświeceni” mają naturalnie gotową ripostę (w udzielaniu gotowych odpowiedzi zaiste potrafią wieść prym). Twierdzą mianowicie, że nowojorskie zbiry są uzbrojone po zęby, bo Prawo Sullivana nie obowiązuje w New Jersey ani Connecticut. Jeśli jakiś bandyta chce kupić rewolwer, wystarczy że wybierze się na drugi brzeg rzeki i odbędzie przejażdżkę tramwajem. Albo, cytując “The Nation”, może on “skorzystać z jednej z dużych firm, które reklamują oferty wysyłkowej sprzedaży broni”. Lekarstwem na te luki prawne mają być kolejne obostrzenia. Kongres zasypywany jest usilnymi prośbami o “ukrócenie międzystanowego handlu rewolwerami, a w szczególności ukrócenie handlu drogą pocztową”.

Brzmi to bardzo znajomo i bardzo przygnębiająco. Ze świecą szukać człowieka, który byłby aż takim imbecylem, by naprawdę wierzyć, iż tego typu zakaz będzie skuteczny. Co z milionami rewolwerów, które już znajdują się w posiadaniu Amerykanów, jeśli nie w Nowym Jorku, to chociaż w innych miejscach? Sam posiadam dwie sztuki broni, a mój brat ma ich kilkanaście, przy czym żaden z nas nie strzelał od czasu wycofania obligacji Liberty Loan. Czy policja błyskawicznie skonfiskowałaby ten ogromny arsenał czy może raczej przeszedłby on w ręce elementu przestępczego? Gdyby policjanci chcieli broń zarekwirować, to w jaki sposób zabraliby mi moje dwa legalnie nabyte rewolwery bez wtargnięcia do mojego domu? Powinienem potulnie na nich czekać, czy może prędzej, uprzedzając ruch, odsprzedać bębenkowce jakiemuś pokątnemu dilerowi broni?

Pierwszym wymiernym efektem sugerowanego prawa będzie naturalnie gwałtowny wzrost cen broni ręcznej na rynku. Używany pistolet, który dziś warty jest około dwóch dolarów, szybko osiągnie cenę dziesięciu, może nawet dwudziestu. Nie jest to żadna teoria: mamy przecież mnóstwo doświadczeń z ginem. Czy widząc w perspektywie taki zarobek, większość obywateli pokornie odniesie swoją broń na komendę, czy sprzeda szemranemu dilerowi? A jeśli wybiorą to drugie rozwiązanie, to w czyje ręce ostatecznie trafi owa broń: uczciwych ludzi czy łajdaków?

IV
Przypuszczam, że wysoki koszt zakupu artylerii nie doskwierałby bandytom zbyt długo. W momencie gdy tylko ceny osiągnęłyby naprawdę atrakcyjny poziom, sami policjanci zaczęliby sprzedawać swoje pistolety, a razem z nimi całe zastępy agentów z Biura ds. Prohibicji, prywatnych detektywów, zastępców szeryfów oraz innych pokrewnych im drani. Przemyt broni, podobnie jak szmuglerka napojów wyskokowych, stałby się przynoszącym krociowe zyski przemysłowym konglomeratem. Wyobraźmy sobie spektakularny rozmach dostaw przechodzących przez długie granice z Kanadą i Meksykiem! A dodajmy do tego jeszcze każdy port i każdy cumujący w nim statek!

Niewątpliwie historia egzekwowania prohibicji alkoholowej powinna dać do myślenia nawet orędownikom moralnej odnowy. Skrzynka whisky ma dość spore rozmiary. Wymaga załadowania na pakę ciężarówki i transportu. Jest fizyczną niemożliwością upozorować ją na coś innego. A jednak – mimo uzbrojonych strażników wzdłuż granicy z Kanadą, patroli straży przybrzeżnej u wejść do portów, mimo nalotów, węszenia i zabijania, skrzynkę whisky można dziś kupić w każdym amerykańskim mieście niemal równie łatwo jak parę butów. Oto więc wielbłąd przeciska się przez ucho igielne, podczas gdy zwolennicy zakazu posiadania broni wmawiają nam, że uda im się złapać komara!

Przewiduję, że proponowane reformy sprawią, iż noszenie broni stanie się modne i będzie napawać dumą, tak jak za sprawą prohibicji modne i napawające dumą stało się żłopanie alkoholu. Kiedy byłem młokosem, nie było agentów do walki z prohibicją, więc do 19 roku życia nigdy nie wypiłem więcej niż szklankę piwa. Obecnie wymiar sprawiedliwości z własnego upoważnienia stał się ósmym sakramentem i Radą Kościoła Metodystycznego na Rzecz Wstrzemięźliwości, Prohibicji i Moralności Publicznej, a smutny fakt jest taki, że młode pokolenie bez umiaru wlewa w siebie gin. Z okresu mej młodości pamiętam, jak policja usiłowała zabronić gry w klipę. Momentalnie każdy chłopak w Baltimore namiętnie zaczął spędzać czas przy tej grze od rana do wieczora. W końcu policja zaprzestała swojej krucjaty, po czym zainteresowanie klipą niemal natychmiast wygasło.

V
Prawdziwą ofiarą moralizatorskiego ustawodawstwa jest zawsze uczciwy, przestrzegający prawa, mający dobre intencje obywatel – ktoś, kogo nieboszczyk William Graham Summer określił mianem “zapomnianego człowieka”. Przez prohibicję nie może on już wypić zwykłego drinka w cywilizowany sposób i za niewielkie pieniądze. Dzięki ustawie Harrisona w podobnie ciężkim położeniu znaleźli się lekarze, którzy, działając uczciwie i w dobrej wierze, zapisywali swoim pacjentom narkotyki. Koniec końców każdy pijak wciąż może kupić tyle alkoholu, ile tylko udźwignie, a każdy narkoman do woli zażywać morfinę lub kokainę. Kierując się dokładnie tą samą logiką, popierane przez “The Nation” nowe uregulowania pozbawią szanowanych obywateli broni, której potrzebują do obrony, i przekażą ją w ręce przestępców, przed którym obywateli tych powinno się chronić.

Około 10-15 lat temu szerzyła się epidemia samobójstw przy użyciu tabletek zawierających chlorek rtęci. Natychmiast znaleźli się reformatorzy prawni domagający się zakazu ich sprzedaży, do czego faktycznie doszło w wielu stanach, włączając w to Nowy Jork. Konsekwencje okazały się typowe. Żaden nowojorczyk nie może w swoim domu korzystać z tego najtańszego, najskuteczniejszego i łatwego w zastosowaniu środka odkażającego. A wskaźniki miejskich samobójstw, podobne jak w całym kraju, rosną nieprzerwanie. 

___________________

mencken_fotoHenry Louis Mencken był najbardziej wpływowym i błyskotliwym dziennikarzem swojej epoki. Uważany jest powszechnie za jednego z największych (jeśli wielkość mierzyć przenikliwością) XX-wiecznych intelektualistów żyjących w Stanach Zjednoczonych. Zdeklarowany wielbiciel spuścizny Nietzschego, eseista z satyrycznym zacięciem, recenzent muzyczny i literacki, krytyk kultury – w tym szczególnie religijnego zabobonu oraz demokracji jako teorii politycznej – a do tego badacz dialektów amerykańskiej wersji języka angielskiego. I to wszystko bez formalnego wykształcenia w żadnej z tych dziedzin. Przeciwnik angażowania się USA w działania wojenne na froncie europejskim, ponadto w okresie Wielkiej Depresji nie poparł “Nowego Ładu” Roosevelta, co przypłacił utratą popularności na salonach.