Podobnie jak wielu innych białych członków ruchu na rzecz praw obywatelskich z Południa, nosiłem przy sobie w celach defensywnych różne rodzaje broni. Czarnoskórzy działacze, wywodzący się głownie ze środowisk wiejskich, też byli godziwie uzbrojeni. Pamiętam, jak pewnego wieczora siedziałem na werandzie i lustrowałem domostwo sąsiada, czarnego nauczyciela, który do spółki z pięcioma czy sześcioma ziomkami regularnie otrzymywał pogróżki. Miałem wtedy pod ręką starego rupiecia, karabinek M1. Nic lepszego nie znałem. Natomiast Murzyni, których wówczas obserwowałem, dźwigali strzelby i karabiny bojowe.

[As a civil rights worker in the South, I carried various guns—as did many other whites in the movement—for protection. And Southern black civil rights activists were almost all armed, since they were largely rural Southerners. I recall one night when I sat watch outside the home of a black teacher who had been threatened along with five or six blacks. I was underarmed since what I had was the ineffectual M1 carbine. I didn’t know any better. The blacks with whom I was sitting watch all had shotguns or battle rifles.]

– Don B. Kates, konsultant prawny NRA, historyk, publicysta (fragment wywiadu dla Vice)

Kates trafnie zauważył w tej wypowiedzi, że taki obraz aktywistów wojujących o uniwersalne poszanowanie praw obywatelskich – uzbrojonych po zęby, tworzących zwarte szeregi milicji – jest praktycznie nieobecny w amerykańskiej świadomości, częściowo ze względu na to, że oni sami przyzwyczaili obiektywy kamer i opinię publiczną do postrzegania siebie jako pacyfistów, wyznających filozofię biernego oporu w stylu Gandhiego. Tymczasem prawda o tych ludziach jest dalece bardziej zawiła.

Broń palna towarzyszyła im od samego początku, była dosłownie wszędzie. Mężczyźni uczyli kobiety posługiwania się bronią, kobiety uczyły dzieci. Nawet sam Martin Luther King, z czego niewiele osób zdaje sobie sprawę, ubiegał się o pozwolenie na broń ukrytą, zaś w jego domu znajdował się mały arsenał, który, co prawda, nie należał do niego osobiście, ale był tam na wyciągnięcie ręki, w dowolnej chwili gotowy do użycia. O tych szczegółach dzisiaj się milczy, ponieważ ostro kolidują one z wizerunkiem dystansujących się od przemocy rewolucjonistów – wizerunkiem w znacznej mierze spreparowanym na potrzeby współczesnej publicystyki.

Grupa dzieciaków zgromadziła się na trawniku przed stanowym parlamentem w Sacramento, żeby zjeść z nowo zaprzysiężonym gubernatorem, Ronaldem Reaganem, smażone kurczaki, a następnie odwiedzić budynek kalifornijskiej legislatury, wzniesiony przeszło sto lat temu na wzór gmachu położonego na Wzgórzu Kapitolińskim w Waszyngtonie. Uroczystość została jednak zakłócona przez nagłe przybycie dwudziestu czterech mężczyzn oraz sześciu kobiet, uzbrojonych w rewolwery, strzelby i schowane za połami kurtek “czterdziestki-piątki”. Wszyscy oni wspięli się po schodach Kapitolu i gdy już zajęli miejsca, niejaki Bobby Seale zaintonował przygotowane wcześniej oświadczenie:

Wszyscy obywatele Ameryki, a czarni obywatele w szczególności, powinni zwrócić baczną uwagę na działania rasistów zasiadających w kalifornijskiej legislaturze, których celem jest rozbrojenie Murzynów, aby uczynić ich podległymi i bezsilnymi (…).

[The American people in general and the black people in particular must take careful note of the racist California legislature aimed at keeping the black people disarmed and powerless.] 

Po zakończeniu symbolicznego odczytu Seale zdecydowanym głosem rzucił: “Dobra, bracia i siostry, wchodzimy”. Słowa w czyn przekuł szybko: otworzył drzwi najważniejszego budynku w Kalifornii, po czym w asyście kompanów pod bronią przekroczył jego próg. Na ich drodze nie stanął żaden wykrywacz metali – wtedy jeszcze ich nie instalowano.

Było popołudnie, 2 maja 1967 roku – tego dnia właśnie Czarne Pantery dokonały “inwazji” na świątynię stanowej legislatury, inaugurując współczesny ruch na rzecz prawa do posiadania i noszenia broni. Nie NRA, nie biali potomkowie szkocko-irlandzkich osadników, lecz czarni radykałowie jako pierwsi upomnieli się twardo o nienaruszanie Drugiej Poprawki w kontekście stawiania oporu tyranii rządu.

Reakcja kalifornijskich władz była błyskawiczna.

Jeszcze w tym samym roku republikański deputowany, Don Mulford z Oakland, odpowiedział projektem ustawy zakazującym publicznego noszenia załadowanej broni i przewożenia jej w samochodach. Prawo, choć pierwotnie wymierzone w Czarne Pantery, uderzyło oczywiście rykoszetem we wszystkich właścicieli broni palnej na terytorium “Golden State”. Mulford był znanym przeciwnikiem Panter, które w 1966 roku zorganizowały w jego rodzinnym mieście uzbrojone patrole uliczne, oferując czarnym mieszkańcom pomoc prawną i finansową w razie interakcji z lokalną policją.

Inicjatywa Mulforda weszła w życie wraz z podpisem złożonym na ustawie przez Ronalda Reagana (co ciekawe, za jej przyjęciem optowali głównie demokratyczni radni, republikanie usiłowali blokować obrady, nie dysponowali jednak wymaganą większością w obu izbach). Już po fakcie gubernator powiedział, że nie widzi potrzeby, aby cywile chodzili poza domem z załadowaną bronią (no reason why on the street today a citizen should be carrying loaded weapons) oraz że pośród ludzi dobrej woli broń palna jest raczej kuriozalnym sposobem na rozwiązywanie konfliktów (ridiculous way to solve problems that have to be solved among people of good will).