Analiza raportu AAPlink

————————————————————————

Przedwczoraj (29/09/2013) na pierwszej stronie papierowego wydania “New York Timesa” ukazał się obszerny tekst o dzieciach i broni palnej. Jeszcze zanim przystąpiłem do czytania, wiedziałem, że będzie to sfuszerowana robota. Mowa o liczącej prawie sześć tysięcy słów twórczości z pogranicza horroru, harlequinowych mydlin oraz zaangażowanego społecznie dziennikarstwa – “Children and Guns: The Hidden Toll” Michaela Luo i Mike’a McIntire’a.

Wyraz “toll” w tytule artykułu da się przełożyć dosłownie i wtedy czołówka nie zrobi na nikim wrażenia – “Dzieci i broń: ukryte liczby” nie brzmi jak wymarzony straszak. Zawsze można jednak pobawić się znaczeniem metaforycznym, gdzie “toll” równa się “żniwo”, i w rezultacie otrzymać bardziej dramatyczny wydźwięk – “Dzieci i broń palna: skrywane żniwo śmierci”. Taki nagłówek pali już wsie i skutecznie sprowadza każdą poważną debatę do poziomu tanich emocjonalnych haseł. Twórcy “Żniwa śmierci” postanowili naturalnie dołożyć cegiełkę do tej degrengolady, sięgając po wypróbowane rekwizyty: dziecięce trupy i płaczące matki, czyli w paranoicznej narracji hoplofobów główne ofiary “zbyt łatwego dostępu do broni”. Propagandy ufundowanej na tych lejtmotywach nie trzeba nakręcać, ona się sprzedaje sama [1].

Punktem wyjścia do postawienia tezy, że broń to zło wcielone, stała się kwerenda materiałów archiwalnych. Luo i McIntire przekopali się przez stosy policyjnych raportów oraz rejestrów medycznych z aktami zgonów i ku swojemu przerażeniu odkryli, że w pięciu stanach, które znalazły się pod ich obserwacją (Minnesota, Kalifornia, Georgia, Karolina Północna i Ohio), lekarzom medycyny sądowej często zdarzało się błędnie klasyfikować wypadki śmiertelne z udziałem broni palnej i osób do lat czternastu, przez co w federalnych statystykach odsetek rzeczonych incydentów jest niby niedoszacowany.

Załóżmy w dobrej wierze, że jest dokładnie tak jak postuluje duet detektywów nowojorskiego “Timesa”. Skoro liczba wypadków śmiertelnych jest mniejsza niż w rzeczywistości, to w takim razie liczba raportowanych nieumyślnych zabójstw musi być wyższa – zgodnie z zasadą, że jeśli zaniżamy coś w jednej kategorii, to zawyżamy w drugiej. Luo i McIntire doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tego mechanizmu, ale z jakiegoś powodu nie wydają się być nim specjalnie zaintrygowani; po prostu przechodzą nad tym do porządku dziennego, serwując czytelnikom kolejne ciężkie historie matek w żałobie. I dlatego właśnie ten cały artykuł, łącznie z tytułem sugerującym konspirację, merytorycznie nie trzyma się kupy.

Autorzy podnoszą wielkie larum, że nie kleją im się statystyki, lecz jednocześnie nie ujawniają nawet skrawka dowodu wskazującego, że ktoś celowo i nikczemnie te statystyki fabrykuje – dowodu, który przydałby ich desperackim staraniom choć odrobinę sensu. Jeżeli nie było matactw ze strony medyków sądowych (a nie było), to skąd nagłe zbulwersowanie faktem, że wrzucają oni do niewłaściwej subkategorii coś, co nie znika przecież z oficjalnej dokumentacji tylko ląduje pod inną nazwą w innym miejscu – i nie pomniejsza przy tym rangi samego incydentu? Inne organizacje wchodzące w skład lobby rozbrojeniowego wręcz domagają się, aby wszystkie takie przypadki traktować jako nieumyślne zabójstwa (zobacz: These deaths should always be referred to as negligent, not accidentallink). Rozumiem, gdyby chodziło o przewalanie zabójstw do wora z wypadkami, ale żeby bić na alarm w sytuacji odwrotnej?

Co gorsza, w felietonie NYT tradycyjnie brakuje jakiegokolwiek punktu odniesienia. Dzieciaki ginące od ran postrzałowych w wyniku nieostrożnego obchodzenia się z bronią stanowią marginalny, mikroskopijny wręcz obszar zainteresowania kryminologii i wbrew obiegowym opiniom, nie są to takie dzieci, o których się zazwyczaj myśli, gdy mowa o najmłodszych – to w ogromnej większości nastoletnie wyrostki z długą historią agresywnych zachowań albo potomstwo z patologicznych rodzin, żyjące pod jednym dachem z notowanymi przestępcami. Żeby sobie lepiej uzmysłowić, jaka jest faktyczna skala zjawiska, polecam wysłuchać Gary’ego Klecka – od 09:15 omawia on problem śmiertelnych wypadków, których ofiarami padają te tzw. “dzieci”.

Na sprawę należałoby też spojrzeć z perspektywy porównawczej. Steven Levitt, ekonomista z Uniwersytetu Chicagowskiego, oraz partnerujący mu dziennikarz śledczy, Stephen Dubner, w jednym z podrozdziałów bestsellera “Freakonomics” (2009) sprowokowali swoich czytelników następującym pytaniem: jako matka (ojciec) wolałabyś (wolałbyś), żeby twoje dziecko poszło się bawić do domu, w którym trzyma się broń palną, czy do domu, gdzie znajduje się basen?

W 1997 roku 550 dzieci w wieku do dziesięciu lat poniosło w USA śmierć na skutek utonięcia w przydomowym/ogrodowym basenie (dane te nie obejmują wanien łazienkowych, jacuzzi, pływalni miejskich, publicznych rozlewisk tudzież innych naturalnych akwenów wodnych). Dla porównania w tym samym czasie 175 dzieci z tego samego przedziału wiekowego zginęło na skutek postrzału z broni palnej (większość incydentów to były zabójstwa). Ważny jest kontekst dla tych liczb. Levitt pisze, że w 1997 roku z grubsza sześć milionów gospodarstw domowych wyposażonych było w basen, co po przekalkulowaniu dało jedno tonące dziecko rocznie na jedenaście tysięcy basenów. Broń palną posiadało natomiast około 45-50 milionów domostw, co oznacza, że w 1997 roku przeciętne dziecko było statystycznie dwadzieścia kilka razy bezpieczniejsze w domu z bronią niż w domu z basenem. Jeżeli zamiast “uzbrojonych” gospodarstw domowych użyje się przelicznika w postaci sztuk broni w obiegu – tak jak zrobili to autorzy – wówczas prawdopodobieństwo padnięcia ofiarą przypadkowego, śmiertelnego wystrzału ze strzelby czy pistoletu okaże się jeszcze mniejsze.

Posiłkując się statystykami za rok 2010, komentator NRA, Billy Johnson, zwrócił uwagę na to samo skrzywienie w ocenie ryzyka:

Problem polega na tym, że opinia publiczna w dużej mierze kształtowana jest przez media, które informacji o przestępczości dostarczają niemal zawsze selektywnie i w tonie sensacji. W efekcie taki nasycony tandetnym dramatyzmem, spreparowany obraz rzeczywistości istotnie wpływa na ujednolicenie postaw społecznych względem konkretnych rozwiązań prawnych. Analogiczna reguła działa w odniesieniu do broni i basenów. Media na opak postrzegają niebezpieczeństwo tych dwóch rzeczy i ta wykoślawiona percepcja zagrożenia ma później wymierne koszty ekonomiczne i przede wszystkim polityczne. Raz, że oznacza nieadekwatną alokację środków na jego neutralizację – od szczebla centralnego do budżetów domowych, a dwa: prowadzi do organizowania nieuzasadnionych krucjat wymierzonych w coś, co tak naprawdę leży na odległym krańcu skali przedmiotów niebezpiecznych dla zdrowia. Levitt i Dubner nie mówią tego wprost, więc wykrztuszę to za nich: o dzieciach zabitych na skutek przypadkowego wystrzału słyszymy wyłącznie dlatego, że takie kawałki idealnie nadają się do nakręcania psychozy.

Dziennikarze “Timesa” dopuścili się innej jeszcze subtelnej manipulacji, o której dotychczas łaskawie nie wspomniałem. Ich artykuł składa się ze 110 akapitów. Wzmianka o tym, że liczba śmiertelnych wypadków przy użyciu broni palnej znajduje się obecnie na rekordowo niskim poziomie, trafiła do akapitu siedemdziesiątego piątego, tj. utknęła w drugiej części tekstu w formie lapidarnej, wtrąconej mimochodem dygresji (the deep decline in accidental gun deaths shown in federal statistics dating to the mid-1980s) bez odnośników do źródeł. Kto doczyta artykuł do tego momentu? Jeden na dziesięciu subskrybentów. Optymistycznie zakładając.

Narodowa Fundacja Strzelectwa Sportowego (National Shooting Sports Foundation/NSSF) w końcówce 2015 roku wypuściła zaktualizowaną wersję broszury z serii “Firearms-Related Injury Statistics”, w której usystematyzowano informacje dotyczące historycznych trendów na odcinku wypadków i urazów z udziałem broni palnej. Szczególnie wartościowe w tej publikacji jest to, że roztrząsane zjawisko umieszczono na szerszym tle wykazu obrażeń, będących rezultatem nieostrożnego obchodzenia się z przedmiotami codziennego użytku. Wszystkie statystyki skompilowano na bazie dwóch innych źródeł: najnowszego raportu Krajowej Rady Bezpieczeństwa (National Safety Council) oraz danych medycznych z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób. I pomimo że są to ogólnodostępne, rządowe dokumenty, ciągle niewiele osób orientuje się, z jakim fenomenem mamy tutaj do czynienia.

W latach 1981-2015 nastąpił drastyczny, bo aż 74-procentowy spadek liczby śmiertelnych wypadków powiązanych z bronią:

Informacje nt. urazów spowodowanych niewłaściwym korzystaniem z broni palnej zbierane są w USA od 1905 roku. W Ameryce żyło wtedy coś koło osiemdziesięciu milionów ludzi, dzisiaj zamieszkuje ją dobre 320 milionów. W roku 1905 po terytorium tego kraju rozsianych było blisko szesnaście milionów gospodarstw domowych, natomiast broni do cywilnej dyspozycji znajdowało się szacunkowo 25-30 milionów egzemplarzy. Sto lat później liczba karabinów, strzelb i pistoletów przekroczyła magiczną barierę trzystu milionów, zaś liczba gospodarstw domowych osiągnęła poziom 115 milionów, z czego połowa wyposażona była/jest w minimum jedną sztukę broni. I o ile u zarania poprzedniego stulecia notowano 3.4 śmiertelne wypadki z jej użyciem na sto tysięcy rezydentów, to na starcie XXI wieku średnia ta spadła do ~0.2. 

Dalej: broń palna odpowiada za symboliczne 0.3 proc. wszystkich śmiertelnych urazów, do jakich dochodzi każdego roku w USA. Bez porównania więcej ludzi traci życie w wyniku osunięcia się z drabiny czy też upadku ze schodów. Dla dzieci/nastolatków w wieku do lat 14 proporcje te wynoszą obecnie raptem 1.2 proc. (48 incydentów), co ponownie plasuje broń na szarym końcu listy. W ciągu ostatnich dwóch dekad (1995-2015) odsetek młodych osób, które zginęły pechowo w kontakcie z bronią palną, zmalał zatem o niewiarygodne 75 proc. To samo tyczy się zgonów, które zdarzają się w domach – jako przyczyna broń figuruje w mniej niż 0.7 proc. incydentów, co daje spadek o 64 proc. na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Większa jest szansa, że któryś z domowników umrze od wyziębienia organizmu aniżeli przypadkowego postrzału.

Tej skali proporcja wypadków liczona na tak gigantycznych próbkach statystycznych to rzecz praktycznie nie do wyeliminowania. Coś, o czym można krzyczeć, ale nic się z tym nie zrobi. Podoba mi się, jak podsumował te rewelacje Charles Anesi:

O ile nie jesteś samobójcą albo jakimś beznadziejnym niedołęgą (względnie nie żyjesz z nimi pod jednym dachem), nie musisz się obawiać ani śmiertelnego wypadku, ani samobójstwa w kontakcie z bronią. A ponieważ 75 proc. ofiar zabójstw ma za sobą kryminalną przeszłość odnotowaną w policyjnych kronikach, to twoja szansa znalezienia się na celowniku zabójcy, przy założeniu, że sam nie jesteś przestępcą, spada poniżej ryzyka przypadkowego utonięcia. Tak więc wyluzuj, człowieku, rzuć palenie, zapinaj pasy w aucie, zrezygnuj ze śmieciowego żarcia, kontroluj wagę, ćwicz regularnie i PRZESTAŃ PRZEJMOWAĆ SIĘ BRONIĄ PALNĄ.

Ja bym dodał jeszcze: dawkuj sobie media jak przez wężyk kroplówki.

______________

[1] Obama podpisuje w styczniu zeszłego roku, tuż po głośnej tragedii w Newtown, 23 dyrektywy wykonawcze ws. broni palnej w towarzystwie dzieci z różnych ras i grup etnicznych (brakuje tylko małego Azjaty). To ważne z punktu widzenia propagandy lobby rozbrojeniowego wydarzenie, choć ostatecznie nie przyniosło żadnych zmian w prawie, trafiło do wieczornych serwisów informacyjnych od Waszyngtonu po Dżakartę: 

obama_kids[2] Główna przyczyna spadku liczby ofiar na drogach – Amerykanie po prostu mniej jeżdżą.