W ostatnim ze swoich vlogów Billy Johnson, komentator NRA, poruszył kwestię sztucznych, polityczno-ekonomicznych ograniczeń krępujących cywilny rynek broni w Ameryce. Czerpiąc z rezerwuaru historii najnowszej, próbował ukazać, w jaki sposób interwencje urzędników utrudniają możliwość praktykowania swobód wynikających z Drugiej Poprawki, która jako jedyna spośród dziesięciu punktów Karty Praw jest wyjątkowo podatna na zmiany w polityce regulacyjnej rządu, zarówno na szczeblu federalnym, jak i stanowym. Druga Poprawka – aby można było o niej mówić, że jest żywym prawem – wymaga ciągłego dostępu do dóbr materialnych oferowanych na rynku, czyli przede wszystkim broni i amunicji, a w dalszej kolejności innych akcesoriów pomocniczych. Bez zagwarantowanej wolności przepływu towarów i usług ten określony urywek konstytucji będzie co najwyżej pustym frazesem:

Billy Johnson dla NRA News: “No Guns for You”

Zazwyczaj na opisanie postępującej degeneracji swobód obywatelskich w jakiejś dziedzinie życia korzystam z metafory nawiązującej do obrazu kuli śnieżnej toczącej się po zboczu. Pouczająca jest też anegdotka o żabie, która włożona do postawionego na ogniu garnka z letnią wodą, siedziała w nim tak długo, aż się nie ugotowała. Równie dobrze jednak, bez szkody dla semantyki, mógłbym zastąpić obie te figury motywem odkrawania plastrów salami. Określenie “taktyka salami” zostało wprowadzone do mowy potocznej przez węgierskiego opozycjonistę, Zoltána Pfeiffera, i oznaczało w jego czasach metodyczne – w sensie: plasterek po plasterku – przejmowanie władzy przez stalinowskich komunistów w państwach satelickich ZSRR przy pomocy rozmaitych podstępów i wybiegów. W końcu rzadko kiedy całą wolność traci się od razu [1].

Schemat jest zawsze ten sam: kamyczek zdrowego rozsądku, którego usunięcie wprawia w ruch tryby machiny legislacyjnej; pojedyncza reforma, zainicjowana na małą skalę z racjonalnych pobudek, przeistacza się w ciągu zaledwie jednego pokolenia w kompleksowy reżim o charakterze normatywnym, którego przepisy potrafią być tak zawiłe, że z interpretacją mają problemy nawet funkcjonariusze oddelegowani do ich egzekutywy. Nie ma w Ameryce lepszego miejsca do empirycznego obserwowania ewolucji tego fenomenu niż Kalifornia, gdzie ciała ustawodawcze, zdominowane przez ideologicznych hoplofobów, są w stanie w znacznie szybszym tempie montować dokuczliwe regulacje, niż system sądowy je “przerabiać”, gdy jakiś obywatel lub grupa obywateli zdecydują się zaskarżyć radosną twórczość polityków jako ewidentnie niekonstytucyjną. Szkopuł w tym, że dochodzenie sprawiedliwości trwa potem latami, a zamordyzm i tak krzepnie sobie w najlepsze.

Flag_of_California

No Right to Bear Arms

Nie dalej jak miesiąc temu gubernator “Golden State” z ramienia Partii Demokratycznej, Jerry Brown, złożył podpis pod ustawą o sygnaturze AB 1964 (jak na razie był to ostatni akt prawny ze sterty tuzina nowych ustaw o broni, które parafował w 2014 roku), kryminalizującą import, produkcję i sprzedaż niezaaprobowanych przez kalifornijski Departament Sprawiedliwości powtarzalnych pistoletów z zamkami czterotaktowymi oraz pistoletów jednostrzałowych, tj. jednostek bez magazynka, wymagających każdorazowego załadowania przed naciśnięciem spustu poprzez ręczne umieszczenie naboju w komorze. Dotychczas egzemplarze te znajdowały się na liście wyjątków resortu i mogły być sprzedawane bez konieczności uzyskania certyfikatu bezpieczeństwa (chodzi o niesławny “handgun roster”, czyli wykaz “bezpiecznych” modeli broni krótkiej, mających błogosławieństwo Prokuratora Generalnego i dopuszczonych do handlu na terenie stanu – więcej o tym kuriozum w dalszej części wpisu). Ogólnie ciężko w to uwierzyć, ale jeszcze piętnaście lat temu w Kalifornii nie istniał żaden podobny rejestr.

Wszystko wystartowało na przełomie lat 80. i 90. poprzedniego stulecia. Mimo iż polityka kontrolna ma w Kalifornii historię sięgającą samych początków formowania się zrębów tamtejszej państwowości (pierwszymi jej ofiarami padła rdzenna ludność tych obszarów), to regulacje wymierzone ściśle w broń krótką (jej podaż i popyt) liczą sobie niewiele ponad dwa dziesięciolecia [2].

Najpierw kalifornijska legislatura poszła na wojnę z producentami taniej broni, rozproszonymi na peryferiach Los Angeles. W roku 1996 pod ciężarem pozwów sądowych wszyscy dilerzy zostali dosłownie przepędzeni z terytorium stanu, co okazało się jednocześnie symbolicznym otwarciem puszki Pandory i pierwszym odkrojonym plasterkiem salami.  

Po wyrugowaniu z obiegu cywilnego “broni śmieciowej” władze Kalifornii uznały, że stanowy glejt bezpieczeństwa muszą też posiadać produkty wypuszczane przez wielkie i uznane na świecie marki takie jak Heckler & Koch, Ruger, Colt, Smith & Wesson czy Glock, mogące poszczycić się długą tradycją rusznikarską oraz idącą w dekady, a nawet stulecia obecnością na rynku. Za nic miały się tłumaczenia, że broń oferowana przez tych wytwórców od dawna przechodzi surowe testy niezawodności i hartowana jest w skrajnych warunkach [3] – politycy “Golden State” mieli już skrystalizowaną długofalową strategię działania.

Ojcem-sponsorem senackiej uchwały SB 15, która urzeczywistniła koncepcję utworzenia przy Departamencie Sprawiedliwości specjalnej komórki, zajmującej się weryfikacją jakości i certyfikowaniem broni krótkiej (wspomniany wcześniej Roster of Handguns Certified for Sale), był demokratyczny deputowany z Los Angeles, Richard G. Polanco [4]. Nowe uregulowania zaczęły obowiązywać równo 1 stycznia 2001 roku, stając się drugim odciętym plasterkiem salami. 

Zanim przejdę do omówienia zasad funkcjonowania rejestru, chciałbym zwrócić uwagę na pewien formalny detal z nim związany, którego nieznajomość powoduje potem spore zamieszanie. “The Roster” dotyczy wyłącznie koncesjonowanych punktów sprzedaży broni palnej w tym sensie, że żaden sklep z licencją FFL zlokalizowany w Kalifornii nie może handlować bronią, która nie figuruje w spisie Departamentu. Dalej: “The Roster” nie dotyczy takich kwestii prawnych jak własność czy posiadanie broni; nie dotyczy także broni importowanej do Kalifornii przez ludzi wprowadzających się do tego stanu; nie dotyczy broni krótkiej przekazywanej w ramach prywatnej transakcji za pośrednictwem licencjonowanego dilera; wreszcie – nie dotyczy broni dziedziczonej czy przekazywanej w obrębie rodziny. 

Od czasu swojej pierwszej, nieznowelizowanej wersji ustawa zobowiązuje producentów do dostarczenia “próbek” w celach testowych – po trzy sztuki z danego modelu. Opłata każdorazowo wynosi $200 za model i po upływie jednego roku kalendarzowego wytwórca musi wyłożyć kolejne $200 za przywilej pozostania na liście. Ten stan utrzymuje się do dzisiaj i choć inaczej niż haraczem nie da się go nazwać, nikt głośno nie protestuje, ponieważ żądana kwota do zapłacenia nie jest na tyle wyniszczająca finansowo, by zniechęcić firmy do robienia interesów na Zachodnim Wybrzeżu. 

Gdy danina zostanie zaksięgowana, broń wędruje do laboratorium. Od środka wygląda to tak, że fabrycznie nowy, udostępniony do badań diagnostycznych egzemplarz przechodzi najpierw “drop safety test” – laboranci zrzucają go na betonową płytę z wysokości jednego metra (dokładnie 39.8 cali) pod sześcioma różnymi kątami i jeżeli ani razu nie wystrzeli, zostaje uznany za broń “bezpieczną”. Druga faza to tzw. “firing requirement test” – kontroler wystrzeliwuje z otrzymanej jednostki sześćset nabojów (seria liczy pięćdziesiąt kul, po czym następuje przerwa na “ochłodzenie” mechanizmu i przeczyszczenie konstrukcji); pierwsze parędziesiąt strzałów musi być oddanych bez żadnych usterek, wśród następnych 550 raptem sześciokrotnie może przytrafić się niezagrażająca zdrowiu użytkownika awaria. 

Najważniejsze: dobrodziejstwo certyfikowania obejmuje tylko nowo wyprodukowane pistolety i rewolwery, których wcześniej nie było w sprzedaży. Dopóki wytwórca nie wprowadza żadnych zmian w danym modelu, nawet czysto kosmetycznych, to zakładając, iż dopełnił on wszelkich wymagań administracyjnych, czyli co ileś tam lat złożył dokumentację i uiścił opłaty, taka broń pozostaje na wykazie i może być legalnie transferowana do rąk cywilów. Jednakże w sytuacji gdy producent wykona jakąkolwiek, choćby najmniejszą korektę typu lifting kształtu nakładek czy też zastosuje inne wykończenia (dajmy na to, chrom zamiast oksydy), to wtedy ten “zmodyfikowany” model musi przejść od początku przez baterię testów kwalifikacyjnych. Jak się za moment okaże, ów szczegół będzie miał kluczowe znaczenie w kontekście przyszłych nowelizacji. Co więcej, wszystkie warianty tego samego modelu, przykładowo wszystkie warianty długości lufy, wykończenia czy też tylko wyglądu i stylistyki zewnętrznej (wersja chromowana, grawerowana etc.) muszą za każdym razem uzyskiwać osobne certyfikaty.

Trzeci plasterek salami odkrojono z chwilą, gdy decydenci zażyczyli sobie, by każdy model pistoletu zaaprobowany do sprzedaży w granicach Kalifornii wyposażony był we wskaźnik załadowanej komory oraz (kolejna nowelizacja) w dodatkową blokadę, uniemożliwiającą oddanie strzału przy wyjętym magazynku. Ustawa otrzymała numer SB 489, uchwalono ją w 2003 roku, a obowiązywać zaczęła trzy lata później. Niby nic wielkiego, ale proponuję postawić się w sytuacji wytwórcy broni. Firma chce wypuścić na rynek jubileuszową wersję samopowtarzalnego Colta 1911 będącą w sumie klonem poprzednika, ale z drobną poprawką w stosunku do oryginału, powiedzmy, lepiej dopracowanym mechanizmem spustowym. Po wejściu w życie SB 489 właściciel marki musi teraz nie tylko ponownie udostępnić taką jednostkę do wglądu państwowym testerom, lecz także zainstalować w niej hurtowo obydwie nowinki technologiczne – lampkę informującą o naboju w komorze i układ blokujący, co wiąże się z poważną ingerencją w konstrukcję i w efekcie z wywindowaniem kosztów produkcji.

Jak można przeczytać na poniższym wykresie (grafika przygotowana przez The Calguns Foundation), wszystkie dotychczasowe odgórne zarządzenia, o których wspominałem, nie zachwiały drastycznie równowagi podażowo-popytowej na rynku – konstruktorzy pokornie spełniali coraz to nowe zachcianki kapryśnych hoplofobów, regularnie zaopatrując w broń swoich kalifornijskich odbiorców. Czwarty plasterek salami może jednak odwrócić ten relatywnie stabilny trend:

roster_info

Autorzy nanieśli na diagram dwie przerywane linie, które powstały w oparciu o średnią roczną liczbę modeli usuwanych z listy Departamentu Sprawiedliwości (~125 sztuk). Statystyki obejmujące wszystkie egzemplarze, których licencja wygasła, albo takie, które odrzucono na skutek niedopełnienia przez producenta wymogów formalnych, są cyklicznie aktualizowane i lądują na stronach DOJ w formie prostego zestawienia: wytwórca-model-kaliber-data zdjęcia z rejestru. Jeśli te szacunki się sprawdzą, lobby rozbrojeniowe będzie mogło odtrąbić sukces – doprowadzą do praktycznego wyzerowania podaży broni krótkiej bez raptem jednego skrawka pisma urzędowego orzekającego o zakazie jej obrotem. To jest wprost niesamowite, jak wiele idealnie funkcjonalnych jednostek, oferowanych w handlu na obszarze niemal całej Ameryki, nie może przebić się przez beton ideologicznego fanatyzmu ustawodawców w Kalifornii.

Cichym zabójcą jest tutaj niesławne rozporządzenie o sygnaturze AB 1471, znane również jako Ustawa o Identyfikacji Przestępczej Broni Palnej (Crime Gun Identification Act of 2007), pod którą podpis złożył poprzedni republikański gubernator, Arnold Schwarzenegger. Zmienia ona radykalnie definicję pistoletu, dodając kontrowersyjny paragraf o konieczności jego mikrostemplowania. Przedstawiciele marki Glock już publicznie zapowiedzieli, że w związku z tą aktualizacją nie będą sprzedawać modeli czwartej generacji w Kalifornii, bo to im się po prostu nie kalkuluje. Podobnie S&W, który ogłosił, że prędzej wycofa się z tamtejszego rynku niż wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom legislatorów. Dyrektor generalny firmy Ruger jest bardziej powściągliwy w uzewnętrznianiu emocji – w wywiadzie udzielonym portalowi guns.com powiedział, że ciągle walczy o pozostanie na kalifornijskim podwórku, ale jeśli bieg wydarzeń okaże się niepomyślny dla jego firmy, też postawi krzyżyk na “Golden State”.

Ironia tkwi w tym, że współwynalazcą technologii mikrostemplowania (i przy okazji także współwłaścicielem patentu) jest inżynier z New Hampshire, członek NRA, Todd E. Lizotte. Jego elaborat pt. “Kryminalistyczna identyfikacja pocisków samopowtarzalnej broni krótkiej przy użyciu laserowo grawerowanych mikrostempli” (w oryginale: “Forensic Firearm Identification of Semiautomatic Handguns Using Laser Formed Microstamping Elements” [5]) wprowadza odbiorcę w meandry techniki, która niebawem – wbrew woli jej popularyzatora – gwałtownie przyśpieszy odpływ z Kalifornii znakomitej większości wytwórców pistoletów. 

Z treści abstraktu można się dowiedzieć, że przez dobre ponad sto lat biegli sądowi oraz specjaliści od śladów narzędziowych musieli z braku lepszej alternatywy polegać w swoich badaniach na analizie różnych losowych zarysowań, pęknięć i wgnieceń poczynionych na powierzchni wystrzelonej łuski przez wewnętrzne ruchome mechanizmy broni takie jak iglica, wyrzutnik czy pazur wyciągu. Przyjmowano, że te odwzorowania są czymś w rodzaju linii papilarnych broni. O tym, że nie zawsze była to najlepsza metoda postępowania, świadczy choćby fakt, iż wielokrotnie zaobserwowano, jak pojedyncze naciśnięcie spustu generowało multum przypadkowych znamion na łusce, z czego samo uderzenie iglicy o spłonkę naboju potrafiło zostawić do pięciu różnych znaków, co potem wydatnie utrudniało albo wręcz uniemożliwiało rozpoznanie narzędzia wykorzystanego do popełnienia przestępstwa. Dlatego naukowcy wpadli na pomysł stworzenia technologii, która transferowałaby na łuskę podstawowe informacje o broni w postaci pieczołowicie uporządkowanego ciągu symboli, względnie w formie kodu cyfrowego podobnego do tych używanych na artykułach przemysłowych i spożywczych. Taki żłobiony wiązką lasera miniaturowy stempel byłby niewiele większy niż średnica ludzkiego włosa, a zatem w celu jego odczytania trzeba by sięgnąć po mikroskop elektronowy. Stąd nazwa procesu – mikrostemplowanie.

Ustawa AB 1471 mówi wyraźnie o dwóch lub więcej miejscach wewnątrz broni, na których powinny znajdować się dane odnośnie marki, modelu i numeru seryjnego pistoletu (The make, model, and serial number of the pistol, etched or otherwise imprinted in two or more places on the interior surface or internal working parts of the pistol). Na pewno jedną z tych powierzchni będzie grot iglicy. Co do drugiej płaszczyzny, konsensusu nie ma, ale najczęściej wskazuje się na czółko zamka. Taki a nie inny wybór miejsc na stempelek ma swoje uzasadnienie – wystarczy obejrzeć, jak działa pistolet od środka podczas oddawania strzału.

Nabój trafia najpierw z magazynka do komory nabojowej. W trakcie pokonywania tej drogi odwzorowuje się czółko trzonu zamkowego, tj. powstają charakterystyczne rysy i zadrapania przy wyłuskiwaniu naboju z więzów łączących go z donośnikiem magazynka amunicyjnego i transportowaniu na linię dosyłania. Gdy nabój spoczywa już w komorze, gotowy do wystrzelenia, naciskamy spust. W tej samej sekundzie iglica uderza w spłonkę wyzwalając zapłon prochu znajdującego się w łusce. Gazy powstałe w wyniku spalania zwiększają ciśnienie w naboju i wypychają pocisk przez lufę, a jednocześnie, działając poprzez dno łuski na czółko zamka, powodują jego odrzut do tyłu. W każdym z tych kluczowych momentów dochodzi do kontaktu któregoś z newralgicznych elementów pistoletu – iglicy albo czółka zamkowego – z powierzchnią łuski. I jest to doskonała okazja do odbicia stempelka (tłumaczenie rysunku za “Cycle of Fire” Lizotte’a):

luska

Nie zamierzam wymądrzać się na temat skuteczności opisywanej techniki. Na tę chwilę zdania są w tej materii mocno spolaryzowane, a jak wiadomo, dowody przedkładane w sądzie muszą być bardziej niż solidne, inaczej jedna niewyraźna cyferka w kodzie może doprowadzić do skazania niewinnego człowieka. Nie będę też wieszać psów na ogólnej koncepcji odciskania mikrostempli; nie jestem jej dogmatycznym przeciwnikiem, dostrzegam zalety. Powtarzam: w tym całym zamieszaniu nie chodzi o technologię per se, ale o przymusowe (siłowe) wprowadzanie małymi kroczkami ograniczeń, w dodatku przez kuchenne drzwi, ponieważ ONI wiedzą, że nie mogą zakazać legalnego posiadania broni wprost, więc w odwecie spiętrzają i komplikują biurokratyczne procedury, wypierając tym sposobem resztki cywilnej infrastruktury zbrojeniowej poza granice kontrolowanej przez siebie jurysdykcji [6].

Trzymając się nomenklatury ekonomicznej, gra toczy się o zmniejszenie podaży i popytu na broń palną tak bardzo jak to tylko możliwe bez ogłaszania oficjalnej prohibicji. Gubernator Jerry Brown zatwierdził podpisem nowelizację AB 1964 nie dlatego, że nagle rezydenci Kalifornii zaczęli się zabijać przy pomocy jednostrzałowych derringerów; parafował ją, bo w ostatnich latach nastąpił zauważalny wzrost zapotrzebowania na te właśnie konkretne modele, będące poza ustawowym nadzorem. Innymi słowy, w prawie ziała luka, przez którą najwyraźniej promieniowało zbyt dużo wolności. 

__________________

[1It is seldom, that liberty of any kind is lost all at once – słowa te wyszły spod pióra Davida Hume’a i można je znaleźć w szkicu “O wolności prasy”, który znajduje się w zbiorze esejów szkockiego filozofa.

[2] Czyli prawie tyle samo co przepisy wymierzone w sprzedaż karabinów szturmowych. Kalifornia zdążyła zaadaptować u siebie dwie ustawy penalizujące ich posiadanie. Problem w tym, że regulatorzy przeoczyli pewien detal, który teraz wielu politykom z “Golden State” spać po nocach nie daje. Chodzi o tzw. “bullet buttons”. Cała afera wokół nich, podobnie jak setki innych historii z pogranicza hoplofobii i biurokracji, ładnie pokazuje, do czego prowadzą “zdrowy rozsądek” i “racjonalna debata”, których tak bardzo domagają się przeciwnicy broni w USA. 

W 2001 roku w granicach Kalifornii zaczęło obowiązywać drugie rozporządzenie o broni szturmowej, rozszerzająca polityczno-medialną definicję “assault weapon” o nowe cechy i modele (termin “assault rifle”, względnie “assault weapon” na określenie karabinów strzelających ogniem pojedynczym jest stosunkowo nowy – nie istniał on w słownikach Amerykanów przed rokiem 1989, to wyłącznie produkt socjotechniki hoplofobów → link). Na szczęście prawnicy, wynajęci przez organizacje walczące po sądach o nienaruszalność zapisów Drugiej Poprawki, przyczepili się do jednego niepozornego sformułowania w przepisach – że samopowtarzalny karabin z niewymienialnym magazynkiem, zdolnym pomieścić maksymalnie dziesięć nabojów, nie jest de facto bronią szturmową.

“Niewymienialny” magazynek to taki, do którego wymiany trzeba użyć jakiegoś osobnego narzędzia, np. specjalnego klucza albo końcówki naboju i stąd nazwa – “bullet button” – zmodyfikowany przycisk zwalniacza zaczepu magazynka. Od normalnego przycisku różni się tym, że nie da się go nacisnąć palcem. Gdy sprawa w końcu trafiła na wokandę, sąd orzekł, że czubek naboju, służący do uruchamiania zwalniacza, jest narzędziem jak każde inne, a co za tym idzie – “karabiny szturmowe” posiadające taki przycisk nie powinny figurować na liście broni zakazanej, tj. mogą być swobodnie sprzedawane na rynku cywilnym. Tak oto zwykły kawałek metalu wartości pięciu dolarów zwyciężył legislacyjną aberrację rozpisaną na co najmniej pięćdziesięciu stronach maszynopisu. Od 2004 roku można zatem znowu legalnie kupować w Kalifornii okrojone wersje AR-ów i Kałachów (bez ruchomej kolby, tłumików płomieni, bez dodatkowej rękojeści pod lufą, magazynek na dziesięć nabojów etc.), byle miały zainstalowany fabrycznie ten nieszczęsny BB. 

[3] Solidność produktów sygnowanych marką Glock stała się legendarna na długo zanim kalifornijscy politycy wpadli na pomysł zaprojektowania własnego “toru przeszkód”. Tworzywo, z którego zbudowano austriackie pistolety, odznacza się niespotykaną wytrzymałością na działania mechaniczne i termiczne. Podczas testów, w których oddawano tysiące strzałów w temperaturze od -40°C do +200°C, nie stwierdzono żadnych zmian w strukturze tworzywa ani nie odnotowano wpływu warunków zewnętrznych na funkcjonowanie pistoletu. Z tego materiału wykonano newralgiczne elementy broni: szkielet z uchwytem, pudełko magazynka, podajnik magazynka, język spustowy i oś prowadnicy sprężyny powrotnej. Rewelacją okazał się sposób zabezpieczenia pistoletu, który stworzył nową klasę wśród broni krótkiej: tzw. Safe Action, czyli tryb bezpiecznego użytku. Potrójne automatyczne zabezpieczenie wewnętrzne umożliwiające noszenie pistoletu z nabojem w komorze lufy oraz natychmiastowe użycie. Słynny sprawdzian, polegający na zrzucie ze śmigłowca pistoletu na betonową płytę lotniska z wysokości ponad sto metrów, gdzie testowany egzemplarz miał wprowadzony nabój do lufy, potwierdził skuteczność zabezpieczeń oraz wytrzymałość tworzywa, które nie miało nawet drobnych zadrapań czy pęknięć.

[4] Clayton Cramer w artykule “California Legal Handguns” podaje przykłady rażącej niekonsekwencji regulatorów. Weźmy rewolwery bez samonapinania (single action, czyli naciągasz kurek palcem, a spust służy tylko do jego zwolnienia) o pojemności bębna do pięciu nabojów, zaprojektowane i wyprodukowane przed 1900 rokiem, z lufą o długości przynajmniej trzech cali i całkowitą długością nieprzekraczającą 7.5 cala – wszystkie te modele zostały łaskawie wyłączone przez legislatorów z konieczności przechodzenia testów. Inaczej mówiąc, z jakichś bliżej nieokreślonych powodów całą grupę starych rewolwerów, zarówno oryginalnych, jak i późniejszych reprodukcji, wykluczono z badań diagnostycznych, pomimo faktu, że większość z nich jest obiektywnie znacznie bardziej niebezpieczna w obsłudze niż znajdujące się na wykazie nowoczesne egzemplarze “bębenkowców”. Rewolwery pracujące w trybie single action wyprodukowane po roku 1900 i spełniające kryteria importowe Ustawy o Kontroli Broni (Gun Control Act of 1968) także nie figurują na liście, ale już wszelkie modele pistoletowe muszą być na niej uwzględnione. Gdzie w tym logika, która za priorytet stawia sobie bezpieczeństwo?   

Dalej: jednostki broni krótkiej o charakterze zabytkowym umieszczone na wykazie Curio & Relics ATF (agencja na bieżąco uaktualnia federalną listę C&R) nie podlegają pod kalifornijski reżim testowy. Za broń zabytkową uważa się w USA taką, która ma pięćdziesiąt lat i więcej (to arbitralne rozgraniczenie dotyczy daty produkcji konkretnego egzemplarza, a nie całego modelu tej broni, bo taki dla przykładu Mosin wyprodukowany, dajmy na to, po roku 1964 nie ma szans się załapać, z kolei wyprodukowany w roku 1963 już tak). Wbrew pozorom są to ciągle bardzo sprawne, regularnie używane konstrukcje – zwłaszcza historyczne pistolety typu Mauzer C96 czy stare Lugery P08 w wersji “artyleryjskiej”, względnie “morskiej”. Tymczasem w ferworze walki o bezpieczniejsze jutro prawodawcy znowu o nich “zapomnieli”. 

Cramer sugeruje mocno niepoprawne politycznie wyjaśnienie “amnezji” decydentów, mianowicie przyczyną wykluczenia tych właśnie jednostek broni palnej mógł być fakt, że rynek zbytu dla starszych rewolwerów nie jest rynkiem zbytu, na którym można spotkać klientele o ciemnym kolorze skóry. Również zabytkowe pistolety z okresu drugiej wojny światowej kupowane są raczej przez białych kolekcjonerów zamieszkujących białe przedmieścia – a nie ludzi o ciemnej karnacji. 

Do grona pozycji wyjętych spod kontroli zaliczyć trzeba też wszystkie prywatne transakcje odbywające się za pośrednictwem koncesjonowanego dilera – broń będąca przedmiotem takiej wymiany jest ustawowo zwolniona z wymogu testowania. Rodzi to absurdalną sytuację: z jednej strony właściciel sklepu może pośredniczyć w transakcji, której przedmiotem jest broń niemająca błogosławieństwa Departamentu, a z drugiej on sam nie może legalnie sprzedać identycznej broni, jeśli znajduje się ona u niego w ofercie i nie posiada stanowego certyfikatu koszerności.

Ostatnią kategorię wyjątków tworzy uzbrojenie należące do służb porządkowych. Funkcjonariusze policji oraz mundurowi z innych pokrewnych agencji operujących na terenie Kalifornii, dla których broń jest normalnym narzędziem pracy i po prostu musi działać perfekcyjnie w każdych warunkach, mogą bez przeszkód zaopatrywać się w dowolne modele broni krótkiej – warianty pistoletowe i rewolwery – bez względu na to, czy zostały one zweryfikowane przez kalifornijskich laborantów. Policjant może używać “niebezpiecznej” (niesprawdzonej) broni spoza rejestru – cywil musi używać tylko “bezpiecznej”. 

[5] Leszek Kordylewski sugeruje, by zwrot “forensic” przekładać nie jako “kryminalistyczny”, ale “forensyczny” (od rzeczownika “forensyka”).

[6] Ładnie to widać na przykładzie Los Angeles, gdzie sukcesywnie ubywa strzelnic i sklepów z bronią. W 1998 roku zaostrzono tam przepisy do tego stopnia, że teraz każdy koncesjonowany punkt sprzedaży broni (a jest ich w sumie piętnaście w całej metropolii, ogromna większość zlokalizowana w dolinie San Fernando w północnej części miasta: osiem sklepów sportowych, trzy strzelnice, dwa obiekty podlegające pod LAPD, jeden biznes obracający nadwyżkami wojskowymi i wreszcie jeden malutki sklepik z bronią z ofertą stricte dla cywilów – stan z roku 2006) jest zobowiązany do gromadzenia danych obejmujących wszystkie transakcje kupna-sprzedaży – łącznie z amunicją – które następnie są zbierane przez funkcjonariuszy LAPD i archiwizowane. Dla kogoś, kto żyje na co dzień poza Kalifornią, w którymś z przylegających do niej stanów, trudno ogarnąć skalę totalizmu polityki regulacyjnej w L.A. Żeby nabyć w tym mieście zwykły kartonik nabojów w tym mieście, trzeba podać na formularzu nazwisko, wiek, płeć, datę urodzenia, adres zamieszkania, numer rejestracyjny samochodu albo numer ubezpieczenia, dać sobie zdjąć odcisk kciuka i oczywiście skrzętnie odnotować ilość nabytej amunicji i czas zawarcia transakcji. Sceny takie jak z “Terminatora”, kiedy człowiek wchodził i kupował, co chciał bez bycia prześwietlanym od stóp do głów jak kryminalista, należą już do przeszłości.