Kiedy przeciętny Polak słyszy słowo “dziecko”, oczami wyobraźni widzi obrazek podobny do tego → link. Nasze rodzime środowiska hoplofobiczne postanowiły wykorzystać ten fakt do kręcenia wybitnie groteskowej propagandy. Na okoliczność pierwszego czytania poselskiego projektu nowelizacji ustawy o broni palnej i amunicji, które odbyło się 27 września 2017 roku, Ryszard Petru, założyciel i przewodniczący partii Nowoczesna, zwrócił się za pośrednictwem Facebooka do polskiego narodu z taką oto dramatyczną odezwą (pogrubienie moje):

Jeśli pozwolimy ludziom wziąć broń do ręki, wcale nie staniemy się przez to bezpieczniejsi. Im więcej broni na ulicach, tym większa pewność, że ktoś jej użyje, zarówno dorosły jak i dziecko. (…) W wyniku postrzałów rocznie ginie 1300 amerykańskich dzieci, a kolejne 6000 odnosi rany postrzałowe. (…)

Wytłuszczone statystyki pochodzą z szeroko cytowanego studium “Urazy od broni palnej u dzieci w Stanach Zjednoczonych”, opublikowanego na stronach czasopisma “Pediatrics” – oficjalnego organu wydawniczego Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej. Często bywają one też przedstawiane w formie liczby ofiar podzielonej przez liczbę dni w roku kalendarzowym, co daje w przybliżeniu iloraz równy ~19. Kasandryczne nagłówki same się drukują: “Każdego dnia w Ameryce postrzelonych zostaje dziewiętnaścioro dzieci”. Albo lepiej po zaokrągleniu: “Codziennie w USA z powodu użycia broni palnej do szpitali trafia klasa złożona z dwudziestu uczniów” [1]. Na tym urywa się analiza zawartości dokumentu w wykonaniu dziennikarzy-aktywistów i politycznych krzykaczy pokroju Ryszarda Petru, co wskazuje na ich motywację ideologiczną, nie zaś chęć podjęcia merytorycznej dyskusji.

Tymczasem kwerenda materiału źródłowego oferuje unikalny wgląd w meandry “dziecięcej” wiktymizacji (za co należą się AAP wyrazy uznania [2]) i ujawnia szereg istotnych szczegółów, składających się na ów jakże niewygodny kontekst, regularnie pomijany w debacie publicznej o “dzieciach” i broni. Ale ponieważ nie ma róży bez kolców, to przy okazji wyłażą na jaw także rozmaite błędy. Weźmy pierwsze zdanie akapitu otwierającego raport – wkradła się do niego bardzo brzydka manipulacja, którą przegapili nie tylko komentatorzy w mediach, lecz przede wszystkim czcigodne gremium medyczne recenzujące manuskrypt, a którą zauważył dopiero subskrybent “Dallas Morning News” o imieniu Steve w korespondencji mailowej wysłanej do redakcji dziennika. Chodzi o ten niesławny fragment:

Nowe dowody z narodowego sondażu mierzącego ekspozycję dzieci na przemoc sugerują, że 4.2 proc. dziecięcej populacji w USA z przedziału wiekowego od 0 do 17 lat było świadkiem strzelaniny w minionym roku. [Recent evidence from the National Survey of Children’s Exposure to Violence indicates that 4.2% of children aged 0 to 17 in the United States have witnessed a shooting in the past year.]

Gdyby szacunki te były prawdziwe, prawdziwe byłoby też inne stwierdzenie – że statystycznie w Ameryce w okresie dwunastu miesięcy 1 dziecko na 25 widzi strzelających do siebie ludzi. Zaalarmowany przez swojego czytelnika, redaktor naczelny teksańskiej gazety skontaktował się z głównym autorem badania, na które powoływali się “Pediatrzy”, z prośbą o wyklarowanie kontrowersyjnego odkrycia. David Finkelhor, socjolog z Uniwersytetu New Hampshire, szybko sprostował tę nadinterpretację, jednocześnie zarzekając się, że udostępnił lekarzom bazowy kwestionariusz w postaci aneksu do artykułu. Otóż w oryginalnej pracy (ankieta telefoniczna) pytanie do respondentów brzmiało następująco:

Czy kiedykolwiek w ciągu życia twojego albo twojego dziecka ty albo twoje dziecko byliście w miejscu, gdzie mogliście realnie dostrzec lub usłyszeć: ludzi, do których strzelano, odgłosy wybuchających bomb albo uliczne zamieszki? [At any time in (your child’s/your) life, (was your child/were you) in any place in real life where (he/she/you) could see or hear people being shot, bombs going off, or street riots?]

I tak pojedynczy rok rozciągnął się nagle do rozmiarów “całego życia dziecka/rodzica”, “bycie świadkiem” doprecyzowano o “słyszenie”, a “strzelanina” zmieniła się w “zamieszki uliczne” (protesty, strajki, pomeczowe rozróby etc.) i “eksplodujące bomby” (odpalanie sztucznych ogni albo rzucanie petard). W dodatku z jakiegoś tajemniczego powodu w tabeli piątej w rubryce odnoszącej się bezpośrednio do strzelanin frazę “having exposure” (bycie narażonym na coś) “Pediatrzy” zastąpili określeniem “witnessing” (naoczne doświadczanie czegoś). Pojęcia te nie są tożsame i opisują nieprzystające do siebie sytuacje.

Najgorsza dezinformacja dotyczy jednak bałamutnej żonglerki wyrażeniem “dziecko”, które na łamach raportu “Pediatrów” wyskakuje łącznie 123 razy w różnych konfiguracjach. Wygląda to trochę tak, jakby elaborat intencjonalnie skonstruowano z niecnym zamiarem generowania zwodniczych nagłówków. Każdy, kto choć orientacyjnie śledzi zniuansowanie amerykańskiej przestępczości, wie doskonale, że znacząca większość młodocianych sprawców przemocy z użyciem broni (oraz ich ofiar) rekrutuje się z subpopulacji, do której bardziej pasuje etykieta “uliczni terroryści” aniżeli “dzieci” [3]. Praktyka mieszania i grupowania pod jednym szyldem niemowlaków i nastoletnich zbirów, białej i czarnoskórej młodzieży o diametralnie odmiennej ekspozycji na ryzyko postrzału, osób rannych w wypadkach na polowaniu i osób zabitych w wojnach gangów w Chicago jest nie tylko przejawem głębokiej intelektualnej nieuczciwości, ale także uniemożliwia wyciąganie jakichkolwiek wniosków co do proponowanych środków zaradczych. Tomislav Kovandzic, kryminolog z Uniwersytetu Teksańskiego w Dallas, zapytał retorycznie, czy poza bronią palną istnieje w sferze badań z zakresu zdrowia publicznego jakaś druga dziedzina, w której definicja “dziecka” obejmuje nastolatków?

Wątpliwości Kovandzica są o tyle zasadne, że wynalezienie remedium na przemoc, będącą produktem ubocznym np. murzyńskiej gettokultury, stanowi wyzwanie systemowo kompletnie inne niż działania zapobiegające urazom u przedszkolaków, które znalazły niezabezpieczony i załadowany pistolet w sypialni rodziców na szafce nocnej [4]. Jak można sprawdzić na diagramie poniżej, krzywa ilustrująca dynamikę przyrostu wskaźnika zgonów od broni wśród “dzieci” zaczyna piąć się ostro w górę w okolicach trzynastego roku życia, co zbiega się z przerywaniem edukacji szkolnej i ucieczką w przestępczość, jak również z zaburzeniami fazy dojrzewania i podejmowaniem udanych prób samobójczych:

Od razu uprzedzam, że nie będę zajmował się w tym wątku problematyką samobójstw ani nieszczęśliwych wypadków. Ta ostatnia kwestia została już drobiazgowo omówiona (→ link), z kolei zawiłości tej pierwszej wykraczają daleko poza ramy tematyczne bloga. Zjawiskami powiązanymi z bronią palną, które wzbudzają niesłabnące emocje, są tradycyjnie zabójstwa oraz wszelkiego rodzaju napaści o podłożu kryminalnym, dlatego to właśnie im zamierzam poświęcić resztę wpisu.

Z całkowitej puli blisko 1300 ofiar śmiertelnych w wieku 0-17, zidentyfikowanych na podstawie certyfikatów zgonów ściągniętych z banku danych CDC, zabójstwo orzeczono w 53 proc. przypadków, co przełożyło się na 693 zabite “dzieci” rocznie, z czego prawie 80 proc. z nich miało pochodzenie latynoskie lub reprezentowało rasę czarną. Warto tutaj podkreślić, że brakuje wzmianki o klasyfikacji rasowej/etnicznej poszkodowanych w statystykach napaści. Wytłumaczenie deficytu informacji znajduje się w odnośniku do wcześniejszej pracy lekarzy i jest ono podejrzanie enigmatyczne.

Oprócz ciągów liczb “Pediatrzy” podpięli pod swój raport także mapę z wizualizacją rozkładu wskaźników zabójstw na obszarze Stanów Zjednoczonych. Widać wyraźnie, że nie występuje absolutnie żadna korelacja między dostępnością broni palnej a zabójstwami “dzieci”. Region Środkowego-Zachodu (ze szczególnym wskazaniem na jego północną część przy granicy z Kanadą) cechuje się najniższymi wskaźnikami w kraju, mimo iż legalną broń, jak przekonuje “Najlepiej Uzbrojony Człowiek w Ameryce”, można tam zakupić w mniej niż piętnaście minut (wywiad od 0:44 → link). Najwyższe współczynniki odnotowują natomiast Illinois i Luizjana – jurysdykcje biegunowo przeciwne pod względem stosunku do regulowania cywilnego rynku broni, ale za to od dziesięcioleci zmagające się z przemocą młodocianych gangów:

Co się zaś tyczy tabeli z wykazem miejsc i okoliczności, w których popełniono zabójstwa, to zawiera ona niepełne dane, samplowane z zaledwie siedemnastu stanów w różnych okresach na przestrzeni dekady 2003-2013. W tym mocno przerzedzonym gronie nie ma aglomeracji i terenów najciężej dotkniętych przestępczością i historycznie najgęściej zaludnionych przez gangi: Kalifornii, Illinois, Teksasu, Florydy, Nowego Jorku, Missouri z Saint Louis i Michigan z Detroit. Pamiętając o ograniczeniach cytowanego źródła, wciąż można jednak wiele wyłuskać z tego zubożonego zestawienia. Z rejestru uwarunkowań w rubryce “Circumastances” wyłania się bowiem wzorzec zachowań spójny z koncepcją przemocy, w której głównymi aktorami są członkowie lokalnych, bandyckich klik. Pośród niespodziewanie wybuchających strzelanin, prowokowanych częstokroć przez jakieś inne przestępstwo, i przy akompaniamencie dźwięku salw karabinowych, padających z przejeżdżających samochodów, jedna przyczyna pozostaje niezmiennie ta sama i jej nazwa kodowa zawsze plasuje się na szczycie każdego rankingu – kłótnia (Argument), czyli najlepsza metoda eskalacji krwawych między- i wewnątrzgrupowych konfliktów, których stawką są honor i uliczna reputacja [5]:

Tak z grubsza rysuje się trywialna prawda o statystkach “dzieci” zabijanych z broni palnej w Ameryce: za przeważający odsetek “dziecięcych”, niesamobójczych zgonów odpowiadają tam murzyńskie (i latynoskie) bandy, terroryzujące własne dzielnice. Nawet “Pediatrzy” zauważyli tę prawidłowość i ostrożnie wypunktowali w podsumowaniu. Przenoszenie żywcem realiów amerykańskich na grunt polskiej rzeczywistości powinno być stanowczo piętnowane i postrzegane wyłącznie w kategoriach oszustwa.

_____________________

[1] Parafraza sloganu wiszącego na witrynie Funduszu na rzecz Obrony Dzieci (Children’s Defense Fund).

[2] Oklaski należą się też za poprawne zdefiniowanie broni palnej jako urządzenia, które wykorzystuje proces spalania ładunku prochowego do miotania pocisków. Rzecz nie jest wcale tak banalna, jak mogłoby się wydawać. Dosłownie parę miesięcy przed publikacją sprawozdania amerykańskich “Pediatrów” kanadyjscy lekarze popełnili skandaliczny tekst o “dzieciakach” i broni, wymykający się jakiejkolwiek racjonalnej ocenie. Za próbę testową posłużyła im populacja “młodych ludzi” (w dużej mierze o imigranckich korzeniach) z prowincji Ontario w wieku do 24 lat, a za broń palną – obok strzelb, karabinów i pistoletów – frywolnie uznali zabawki ASG, wiatrówki i markery paintballowe. Kiedy szefowa projektu, dr Natasha Sauders, została odpytana na falach radia CanadaTalks, czy przypadkiem kontekst dla wielu z tych “ran postrzałowych” nie polegał na tym, że jakiś dorosły mężczyzna grał z kolegami w paintballa podczas wieczoru kawalerskiego, ta z wahaniem odpowiedziała: “Yes, that could be the case” (od 6:55 link). Początkowo zespół lekarzy z Toronto nie chciał ujawnić suplementu z rozbiciem statystyk na prawdziwą broń i repliki, lecz po zmasowanej krytyce w końcu się ugięli. Zgodnie z podejrzeniami krytyków, okazało się, że przeszło 85 proc. wypadków dotyczyło użycia wiatrówek i konstrukcji zabawkowych.

[3] Reportaż usiłujący odmalować atmosferę permanentnego terroru panującą w murzyńskich dzielnicach miasta Wilmington w stanie Delaware (“Wilmington: Most Dangerous Place in America for Youth” → link):

Pyskówki w mediach społecznościowych między młodzieżą w wieku od 12 do 17 lat rozwiązywane są często za pomocą broni palnej. Celem ataku odwetowego może stać się każdy z powodu rzucenia pozornie błahej obelgi pod adresem czyjejś dziewczyny albo prześmiewczej uwagi na temat cudzego obuwia. Jedna strzelanina rodzi kolejne. “Nie da się o tym nie myśleć, kiedy wychodzi się z domu: czy ktoś mnie dzisiaj postrzeli? Czy zostanę napadnięty i obrabowany?” – tłumaczy 17-letni chłopak, który w śródmiejskich porachunkach stracił brata i najlepszego przyjaciela. (…) Z obawy przed zemstą nikt nie rozmawia z policją – nawet o strzelaninach dziejących się w biały dzień. (…) Haniebna kultura piętnująca donosicielstwo blokuje wiele śledztw, utrzymuje wskaźniki wykrywalności na niskim poziomie i przekształca niektóre rewiry miejskie w strefy bezprawia. 

[Arguments start on Facebook and Twitter between young people age 12 to 17 and are frequently settled with guns. They are targeted for seemingly innocuous insults on social media about a girl, a family member or a pair of sneakers. One shooting often begets another and another. “Every time you go outside, you have to think about it: Is somebody gonna shoot you today? Are you gonna get robbed today?” asked a 17-year-old who has lost a brother and a best friend to the city’s gun violence. (…) No one says anything because telling authorities about shootings they’ve witnessed – including those in broad daylight – could make them a target in a city of 72,000 people. (…) The city’s infamous no-snitch culture thwarts investigations by law enforcement, keeps shooting clearance rates low and renders some inner-city streets lawless.]

[4] Katherine A. Fowler, doktor nauk behawioralnych w CDC, komentując artykuł “Pediatrów” (→ link):

Nie ma czegoś takiego jak jeden odosobniony czynnik, który zwiększa szanse śmierci w kontakcie z bronią palną. [There isn’t a single issue in isolation that increases the likelihood of gun death.]

[5] Koniecznie do posłuchania: David M. Kennedy → link 1 / link 2 i lektura: Jill Leovy → link.