Czyli rzecz o tym, jak legalne posiadanie i/lub publiczne noszenie broni palnej w ukryciu przez praworządnych cywilów nakręca spiralę przemocy po stronie bandytów. Czysto spekulatywna dedukcja przebiega następująco: do zaatakowania bezbronnej i przeciętnie sprawnej osoby wystarczą pięści. Jeżeli ofiara dysponuje potencjałem fizycznym, pozwalającym na skuteczny opór – przewagę w ofensywie zapewnia nóż, ewentualnie gazrurka. Jeśli natomiast człowiek będzie miał dostęp do broni palnej, wówczas zbój, aby wyrównać bądź też zwiększyć swoje szanse w takiej konfrontacji, sięgnie po pistolet. I krwawa jatka gotowa. Logikę tę doprowadził na skraj makabrycznej groteski najsławniejszy polski antyterrorysta, Jerzy Dziewulski, który w wywiadzie dla “Newsweeka” powiedział: Czy bandyta wiedzący, że ja w domu mam broń, nie wejdzie do niego? Byłem policjantem wiele lat i proszę mi wierzyć, bandyta nie zrezygnuje tylko dlatego, że ktoś trzyma w domu broń, lecz wyposaży się w bazookę lub granatnik. Co więcej, kwestionowanie wyłuszczonego toku rozumowania – jak to elokwentnie ujął nasz inny rodzimy konsultant do spraw bezpieczeństwa, Kazimierz Turaliński – sprowadza dyskusję do “intelektualnego poziomu Braci BE z kreskówek Disneya”.

Łez nad jakością debaty o broni w Polsce nie będę tu ronić. Bardziej interesuje mnie geneza powyższego wnioskowania, bo ciężko wskazać empiryczne źródło tych zapatrywań. Nie mam stuprocentowej pewności, ale chyba pierwszy raz pomysł ten zakiełkował nieco na marginesie artykułu Gary’ego S. Greena (cytat), wkrótce potem wrócili do niego panowie McDowall, Loftin i Wiersema (cytat), po kilku latach zaś przypomnieli sobie o nim Cook & Ludwig w zbiorczej publikacji Instytutu Brookingsa. Ci dwaj ostatni skorzystali z dosadnej metafory, która na stałe weszła do języka hoplofobów. Otóż napisali, że upowszechnienie w społeczeństwie zwyczaju noszenia broni może sprowokować wyścig zbrojeń z przestępcami na ulicach (an increase in gun carrying could prompt an arms race).

Kłopot w tym, że wszyscy spośród wymienionych autorów za merytoryczne uzasadnienie dla swoich obaw wybrali identyczny fragment badania sondażowego, które wykonano w połowie lat 80. XX wieku pod nadzorem duetu socjologów z Uniwersytetu w Massachusetts-Amherst. Czołowi animatorzy eksperymentu, James Wright i Peter Rossi (dalej WR, zobacz też → link), odwiedzili dziesięć różnych zakładów karnych, ulokowanych w dziesięciu stanach Ameryki, i przeprowadzili tam serię wywiadów środowiskowych na grupie przeszło 1800 kryminalistów, prawomocnie skazanych za przestępstwa w powiązaniu z użyciem broni palnej.

Powołując się na ustalenia WR, Cook i Ludwig argumentują, że oto dwie-trzecie osadzonych przyznało w rozmowie z ankieterami, iż realna możliwość wejścia w interakcję z uzbrojoną ofiarą była dla nich “bardzo ważnym” (very important) albo “w pewnym stopniu ważnym” (w oryginale: somewhat important) czynnikiem motywującym do zdobycia broni. Stąd już tylko krótki przeskok do puenty, że broń palna w rękach przestrzegających prawa obywateli działa niczym katalizator, napędzający kolektywną paranoję.

W czym tkwi haczyk? Otóż Cook wraz z kolegą (a wcześniej pozostali badacze) zataili przed czytelnikami niezwykle doniosły szczegół (tak doniosły, że przewraca do góry nogami całą ich misterną dialektykę), mianowicie perspektywa kontaktu z uzbrojoną ofiarą była zaledwie jednym z czternastu (14) powodów uwzględnionych na kartach kwestionariusza, które przedstawiono respondentom, i z listy tych czternastu łącznie aż dziewięć (9) zostało ocenionych przez większość skazańców jako “bardzo ważne” bądź “w pewnym stopniu ważne” w ich procesie decyzyjnym. Rozwiązanie zagadki, ilu bandytów nosi broń palną, bo ich ofiary też noszą broń palną, ma zatem kompletnie drugorzędne znaczenie. Pytanie, które powinno się zadać w kontekście uzyskanych przez WR odpowiedzi, należy zmodyfikować: ilu kryminalistów zrezygnowałoby z używania broni w sytuacji braku uzbrojonych ofiar? Jeśli bowiem ci sami przestępcy, zatroskani ewentualnością, że mogą trafić na opór w postaci strzelającego obywatela, i tak nosiliby “klamki” nawet pod nieobecność uzbrojonej populacji, wówczas wyższe wskaźniki cywilnego posiadania broni nie będą miały żadnego przełożenia na decyzje podejmowane przez ogół sprawców przestępstw. Rzetelna ewaluacja formularzy kodujących przesłanych do archiwum ICPSR [1] sugeruje dokładnie taki scenariusz.

Z puli 609 więźniów, co do których potwierdzono, że więcej niż raz w życiu dopuścili się czynu karalnego z udziałem broni (wspaniałomyślna definicja gun criminal), dwie-trzecie z nich (377 albo 62 proc.) rzeczywiście wskazało szeroką dostępność oręża strzeleckiego jako mniej lub bardziej istotną przesłankę do noszenia broni palnej w trakcie dokonywania rabunku/napaści. O czym jednak Cook oraz inni komentatorzy nie wspomnieli, to niebagatelny fakt, że na równi z uzbrojoną ludnością niemal wszyscy kryminaliści w tym podzbiorze (376 albo 99.7 proc.) za bodziec przesądzający o wyciągnięciu pistoletu/rewolweru uznali również średnio dziewięć alternatywnych przyczyn wypunktowanych w sondażu. Krótko mówiąc, kwerenda danych wsadowych WR wyraźnie implikuje, że bandyci sięgający po broń palną z intencją popełnienia przestępstwa, którzy kalkulują możliwość konfrontacji z uzbrojonym cywilem, zdradzają wiele “ważnych” czy też “w pewnym stopniu ważnych” powodów [2] do noszenia tejże broni, a co za tym idzie, wspomagaliby się nią niezależnie od zewnętrznych okoliczności.

Long story short: interpretacja rezultatów badań WR, spopularyzowana zarówno przez Cooka i Ludwiga, jak i ich szanowanych poprzedników, jest w najlepszym razie zwodniczo nieścisła. Ani odpowiedzi udzielane przez respondentów ankiety z 1986 roku, ani materiały dowodowe z innych naukowych źródeł nie sankcjonują konkluzji, które wspierałyby zarysowaną na wstępie narrację o praworządnych cywilach eskalujących agresywne zachowania u bandytów poprzez sam fakt posiadania broni. Dorobek literatury przedmiotu pokazuje raczej coś odwrotnego – że noszenie broni ma albo przyzerowy wpływ na przestępczość (link), albo może sprzyjać jej redukcji (link), albo nie jest nawet skojarzone geograficznie z obszarami, w których przemoc występuje w największym nasileniu (link).

Na zakończenie chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię, która w twórczości panów Cooka i Ludwiga utonęła głęboko w odmętach przypisów bibliograficznych. W eseju opublikowanym na łamach magazynu studenckiego “UCLA Law Review” z okazji ogłoszenia przełomowego werdyktu w sprawie Dystrykt Kolumbia v. Heller autorzy zauważyli – przytaczając statystyki z narodowego sondażu wiktymizacyjnego Departamentu Sprawiedliwości (NCVS) – że w roku 2007 na terenie Stanów Zjednoczonych broni palnej użyto w ~7 proc. wszystkich przestępstw. Z ciekawości sprawdziłem szacunki dla dekad wcześniejszych.

Na przestrzeni lat 1993-2001 odsetek osób konfrontujących się z napastnikiem posiadającym broń palną wyniósł przeciętnie: dla rozbojów – 27 proc., dla napaści – 8 proc., dla gwałtów – 3 proc. (zobacz tabela 1). Przez następne dziesięciolecie wartości te nie uległy zmianie i tak w 2010 roku wskaźniki zbrojnych napadów rabunkowych, napaści oraz zgwałceń, mierzone w stosunku do całkowitej liczby tych deliktów, zatrzymały się na poziomie odpowiednio: 29, 6 i 2 proc. (tabela 4). W okresie 1993-2011 przemoc z udziałem broni palnej nigdy nie przekroczyła 10 proc. ogółu przestępstw bez ofiar śmiertelnych. Ten trend jest wysoce stabilny. Wbrew fatalistycznym prognozom Cooka i Ludwiga, uzbrojeni bandyci wcale nie mnożą się wraz ze wzrostem nasycenia bronią populacji [3].

__________________

[1] Skrót od the Inter-university Consortium for Political and Social Research, czyli Międzyuczelniane Konsorcjum Badań Społecznych i Politycznych. Z zasobów tego cyfrowego banku (ponad osiem tysięcy artykułów i przeszło 65 tysięcy agregatów surowych statystyk, gotowych do pobrania) korzystają naukowcy z uniwersytetów zrzeszonych w strukturach ICPSR.

[2] Najczęściej deklarowanym pojedynczym motywem było: “Nosiłem broń, żebym nie musiał krzywdzić ofiary” (link). Istnieje pokaźny rezerwuar danych empirycznych, które sugerują, że broń palna w rękach osoby atakującej może hamować agresję. Teoretyczne wytłumaczenie tego pozornie paradoksalnego zjawiska jest dwojakie: z jednej strony uzbrojony bandyta zdaje sobie sprawę, że dysponując, dajmy na to, pistoletem zwiększa swoją przewagę nad ofiarą i dzięki temu łatwiej mu będzie zrealizować zamierzony cel, z drugiej zaś strony sama ofiara, sparaliżowana strachem na widok broni, rezygnuje z walki, zapobiegając w ten sposób eskalacji konfliktu.

[3] Najnowszy raport SAS z roku 2018 ocenia rozmiary amerykańskiego cywilnego rynku broni palnej na blisko 400 milionów egzemplarzy (dokładnie 393 miliony 300 tysięcy). W ciągu ćwierćwiecza przybyło tam zatem ponad 200 milionów dodatkowych jednostek. Równocześnie postępują dwa inne zjawiska: odsetek gospodarstw domowych pod bronią dobił do rekordowego pułapu i nastąpiła eksplozja wskaźnika wydawanych pozwoleń na noszenie broni w miejscach publicznych.