Mimo iż tytuł wątku jest przynętą, to temat, który zamierzam w nim poruszyć, nie schodzi z pierwszych stron mediów społecznościowych i posiada niesłabnący potencjał wzbudzania skrajnych emocji co najmniej od czasu “rasistowskiej egzekucji” Potulnego Olbrzyma na przedmieściach Saint Louis. Jest bowiem dobrze udokumentowanym faktem, że na tle innych zachodnich demokracji zarówno w wartościach absolutnych, jak i relatywnych amerykańskie służby porządkowe spektakularnie przodują w zabijaniu ludności cywilnej [1].

W okresie od 31/03/2013 do 31/03/2014 we wszystkich operacjach na terenie Anglii i Walii, które dostały autoryzację na wykorzystanie ręcznej broni palnej (łącznie 14 864 incydenty bez uwzględnienia zgłoszeń do chorej i/lub agresywnej zwierzyny), brytyjska policja musiała faktycznie użyć tej broni raptem w dwóch przypadkach. Też nie mogłem w to uwierzyć, dopóki nie zapoznałem się z treścią biuletynu wydanego przez Home OfficeI jak się okazuje, nie było to wcale odchylenie od normy: w minionych latach sumaryczna liczba zbrojnych interwencji zwieńczonych strzelaniem nigdy nie przekroczyła sześciu przy maksymalnie parunastu wyrzuconych łuskach. Dla porównania: w jednej tylko akcji i w jednym tylko dniu ponad trzydziestu funkcjonariuszy policji z kalifornijskiego Stockton wygarnęło sześćset nabojów w kierunku nieruchomego, uszkodzonego SUV-a, którym uciekali przestępcy z napadu na bank. Zrobili to przy pełnej świadomości, że w środku znajduje się uprowadzona wcześniej zakładniczka. Kobieta nie miałaby szans, nawet gdyby chroniła ją peleryna Supermena – sekcja zwłok oraz testy balistyczne ujawniły na jej ciele dziesięć otworów wlotowych po kulach wyplutych z policyjnej broni.

Skąd ta dywergencja? The Economist” praprzyczyn zabójczej impulsywności amerykańskiej policji dopatruje się w Drugiej Poprawce do Konstytucji (link):

Wyjaśnienie tej asymetrii jest banalne. Na Wyspach Brytyjskich broń to rzadkość. Noszą ją wyłącznie specjalne jednostki policyjne, a kryminaliści mają do niej dostęp sporadyczny. (…) Dla odmiany w Ameryce nikogo nie dziwi, że policja sięga po ten ostateczny środek tak często.

[The explanation for this gap is simple. In Britain, guns are rare. Only specialist firearms officers carry them; and criminals rarely have access to them. (…) In America, by contrast, it is hardly surprising that cops resort to their weapons more frequently.]

I tak oto Szatan progresywnej publicystyki, chowający się pod postacią “lobby broni palnej”, został po raz kolejny zdemaskowany i wspaniale przygwożdżony. Na ślad tej hipotezy można spokojnie trafić w co drugim artykule, roztrząsającym problematykę brutalności niebieskich, sygnowanym nazwiskiem felietonisty o liberalnych sympatiach. Żeby nie szukać daleko: wykładowca prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, Adam Winkler, identyfikuje zjawisko niekontrolowanego przepływu broni wśród mieszkańców USA jako głównego winowajcę permanentnego napięcia na styku policjant-obywatel (link).

Potężnie nasycona bronią palną populacja katalizuje wyścig zbrojeń; sprawia, iż lokalne siły porządkowe nie tylko dążą do militaryzacji własnych struktur i metod operacyjnych, ale także wpajają rekrutom w akademii, względnie na szkoleniach, że dobry glina to balansująca na krawędzi, pozostająca w stanie podwyższonej czujności, naładowana strachem i adrenaliną maszyna do zabijania. W tym sensie – konkluduje Winkler – działania mundurowych, którzy przebywając w “nieprzyjaznym środowisku” nie chcą się bawić w ceregiele, stanowią po prostu nieuniknioną reakcję na wszechobecne zagrożenie ze strony puszczonej na żywioł, amerykańskiej kultury broni [2].

Podsumujmy wyłuszczony tok rozumowania: Brytyjczycy zdołali do minimum zredukować wskaźniki śmiertelności w konfrontacjach policji z ludem, bo do minimum ograniczyła obieg broni palnej w społeczeństwie (“The Economist”). Odwrotnie niż w USA, gdzie z powodu powszechności broni szalenie wzrasta ryzyko związane z pracą gliniarza, co winduje statystyki zabójstw (“The Huffington Post”). Mamy zatem dwa wzajemnie się dopełniające twierdzenia, z których starym zwyczajem usunięto wszelkie odnośniki do jakiejkolwiek analizy długookresowych danych empirycznych – analizy mogącej podważyć albo chociaż zachwiać fundamentami intelektualnej pewności hoplofobów.

U zarania XIX stulecia angielska opinia publiczna ostro sprzeciwiała się powołaniu zawodowej policji, obawiając się, że podlegające władzy centralnej, paramilitarne formacje zagrożą swobodom obywatelskim w kraju. Niektórzy sądzili wręcz, iż stopniowo wykształci się z nich siatka policyjnych szpiegów, podobnie jak to było w napoleońskiej Francji za panowania “Kata z Lyonu”, wszechwładnego Josepha Fouché. Popularne stało się powiedzenie, że pół tuzina gardeł podcinanych rocznie w Whitechapel jest niską ceną za utrzymanie takiego instrumentu potencjalnej tyranii poza zasięgiem urzędników państwowych. Ostatecznie jednak w końcówce roku 1829, w obliczu rosnącego radykalizmu ruchów robotniczych, antyrządowych manifestacji i zamieszek ulicznych, pod uporczywym naciskiem ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, sir Roberta Peela, parlament wreszcie się ugiął i niebawem w określonych rejonach Londynu swoje piesze patrole rozpoczęli odziani na granatowo funkcjonariusze policji metropolitalnej (Metropolitan Police Service/MPS), przejmując schedę po ochotniczej straży nocnej.

Proponuję przyjrzeć się tej konkretnej jednostce z bliska, gdyż Londyn był w tamtym czasie największą aglomeracją Europy (dużo większą niż, przykładowo, Nowy Jork) i ze wszystkich ośrodków miejskich dysponuje najlepiej zachowanymi archiwami z epoki. 

“Peelersi” – bo takim oryginalnym przezwiskiem ochrzczono członków debiutującego naboru – od samego początku istnienia stołecznych służb byli skutecznie odwodzeni od pomysłów rutynowego noszenia przy sobie broni palnej. Najpierw prymitywne, mieszczące się w kieszeniach płaszcza pistolety skałkowe, a potem pięciostrzałowe rewolwery odprzodowe marki Beaumont-Adams wydawano im jedynie w drodze wyjątku po pozytywnym rozpatrzeniu indywidualnej prośby przez dyżurnego na posterunku.

Niepowtarzalny klimat do gruntownej przebudowy starego systemu, tj. kasacji uznaniowości i uzbrajania londyńskich konstabli z urzędu, nadszedł równo z nastaniem dekady lat 80., kiedy to anonimowy włamywacz (nigdy go nie złapali) wmanewrował w zasadzkę i trzykrotnie postrzelił funkcjonariusza Fredericka Atkinsa w trakcie kontrolnego obchodu wokół jednej z rezydencji mieszkalnych położonych w bogatej dzielnicy Kingston Hill. Na pogrzeb zmarłego kolegi przybyło 1500 mundurowych, a gazety sensacyjnie rozdmuchały incydent. Ścisłe dowództwo postanowiło wtedy, że policjanci oddelegowani do patrolowania nocą stolicy, zwłaszcza jej peryferyjnych rewirów, jeśli zechcą (i jeśli wyrazi na to zgodę ich przełożony), będą mogli zabierać ze sobą broń w pakiecie z pałką i grzechotką sygnałową [3]. Procedury te przeciągnięto oficjalnie do połowy lat 30. XX wieku, lecz w praktyce cały nieformalny układ przestał obowiązywać już u schyłku stulecia ([…] by the turn of the century only a handful of officers in the Met still carried a firearm at night and none at all by 1905).

Zwyczaj nienoszenia broni palnej przez londyńską czy szerzej – brytyjską policję pierwszego kontaktu nie jest więc fenomenem współczesnym. Tradycja ta – z niewielkimi przerwami – funkcjonowała z powodzeniem od dnia zero, czyli utworzenia MPS. “Anomalią” w stosunku do ery powojennej była natomiast polityka regulująca dostęp do tejże broni, a raczej jej kompletny brak. Przez pełny wiek XIX i początek XX Londyn (podobnie jak reszta europejskiej części imperium) nie wytworzył żadnych wewnętrznych przepisów normujących ten segment rynku. Paradoksalnie każdy z wyjątkiem policjantów w czynnej służbie [4], bez znaczenia, czy był to dystyngowany dżentelmen, łotewski anarchista, irlandzki bojownik z IRA, rosyjski bolszewik, pospolity przestępca czy osoba niepoczytalna, mógł odwiedzić zakład rusznikarski albo wejść do dowolnego sklepu i wyposażyć się w cokolwiek tylko zapragnął, od tanich bębenkowców sprzedawanych na East End po kosztowne, ręcznie zdobione strzelby Purdeya oferowane na rogu ulic South Audley i Mount; nawet żołnierzom wracającym do swoich rodzin po opuszczeniu szeregów armii zezwalano na zachowanie pistoletów. 

Mając w pamięci powyższy akapit, rozważmy na szybko porównanie z Nowym Jorkiem, podkreślam – miastem gabarytowo istotnie mniejszym niż Londyn, które w odróżnieniu od angielskiej stolicy prekursorskie akty prawne ograniczające noszenie broni krótkiej w miejscach publicznych uchwaliło dziewięć lat przed Brytyjczykami. I tak w latach 1845-1920 [5] na obszarze 32 londyńskich gmin (razem z The City) od kul wystrzelonych z broni palnej należącej do cywilów zginęło zaledwie dwunastu policjantów [6], z czego aż trzech jednego dnia w feralnej interwencji w salonie jubilerskim, która przerodziła się później w regularną wymianę ognia z udziałem szkockiej artylerii polowej (oblężenie Sidney Street, przełom 1910/1911). W analogicznym okresie po drugiej stronie Atlantyku w “Big Apple” z powodu ran postrzałowych śmierć poniosło pięćdziesięciu funkcjonariuszy [7]. Zagregowane wskaźniki zgonów w starciach z przestępcami z uwzględnieniem wszystkich okoliczności były we wczesnej fazie XX stulecia wśród pracowników londyńskiej policji metropolitalnej generalnie niższe niż po wojnie (w ramach ciekawostki wrzucam też wykres z wypadkami):

“Police Deaths in New York and London during the Twentieth Century” (link)

Współczynnik równy ‘2’ dla Londynu i ’20’ dla Nowego Jorku w dekadzie 1910-1919. Tej gigantycznej rozbieżności nie da się wytłumaczyć tak jak życzyłby sobie “The Economist”, tzn. faktem, że w Wielkiej Brytanii broń palna i amunicja były “sporadycznie dostępne”, bo wiadomo doskonale, że nie były; stali rezydenci i przyjezdni mieli nielimitowane dojścia do tych dóbr, a systemowa reglamentacja nie istniała wtedy na żadnym szczeblu, czy to municypalnym, regionalnym, czy ogólnokrajowym. Redakcja magazynu popełniła dokładnie ten sam rodzaj fallacy, co wszyscy inni dziennikarze piszący o broni z pozycji ideologicznych, węsząc doraźne polityczne korzyści – celowo zignorowała dłuższą perspektywę czasową, wyciągając wygodne dla siebie wnioski w oparciu o bezkontekstowe statystyki.

Winkler (który, niespodzianka, prywatnie nie jest przeciwny posiadaniu broni) również zabrnął w ślepy zaułek tendencyjnej, spekulatywnej retoryki, nie przedstawiając choćby skrawka dowodu uwiarygadniającego postawioną tezę. Potrafię zrozumieć eseistyczną konwencję blognotki, ale zawarte w tekście opinie autora o ryzyku towarzyszącym pracy przeciętnego amerykańskiego gliny ani trochę nie przyczyniają się do wydźwignięcia ogólnego poziomu wiedzy w temacie ponad merytoryczną miernotę nagłówków portalozy. I potem wielkie zdziwienie i załamywanie rąk, że między społeczną percepcją krytycznych zagadnień a rzeczywistością rozpościera się przepaść. Nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę łańcuch argumentów Winklera, że odczuwanie strachu przez mundurowych i wynikające z niego nadmierne stosowanie przemocy w interakcjach z obywatelami sprzężone jest z rosnącą liczbą broni cyrkulującej w obiegu cywilnym, to w jakim kierunku i z jaką siłą ta zależność zachodzi? To są kluczowe pytania: czy bycie policjantem w Stanach Zjednoczonych jest współcześnie bardziej niebezpiecznym zajęciem niż, dajmy na to, w latach 70. XX wieku oraz czy more guns przekłada się na more dead cops?

Najbardziej logiczne będzie porównanie zgromadzonych przez Amerykanów na przestrzeni dekad zasobów uzbrojenia [8] ze wskaźnikami zabójstw dokonywanych na pracownikach służb porządkowych [9]:

cops_vs_guns

Wykres pokazuje czarno na białym to, co przed swoimi czytelnikami próbował ukryć Winkler. Zabójstwa mundurowych popełniane z broni palnej ustabilizowały się na poziomie zarejestrowanym po raz ostatni w końcówce lat 80. XIX stulecia. W 1973 roku zgon spowodowany postrzałem orzeczono w 144 przypadkach napaści, w 2014 – w 47, co daje spadek o 67 proc. Korelacja między bronią a morderstwami funkcjonariuszy policji jest wyraźnie negatywna. Szansa, że obie te wielkości są ze sobą przyczynowo skojarzone, wydaje się nikła; szansa, że bloger HuffPo z premedytacją zataił informacje o tych trendach graniczy z pewnością. 

Co z incydentami bez ofiar śmiertelnych? W tej kategorii także zaobserwować można obniżkę indeksów, która postępuje nieprzerwanie od kilkunastu lat. Lwia część ataków to pobicia sprowadzające się do kopania i uderzania pięściami. Napaści z bronią palną statystycznie zaliczają się do zdarzeń niesłychanie rzadkich. W latach 2004-2013 ledwo 4 proc. (słownie: cztery procent) wszystkich konfrontacji z policją kończyło się wyeksponowaniem broni przez agresora i raptem 9 proc. (dziewięć procent) funkcjonariuszy zaatakowanych w ten sposób doświadczyło fizycznych obrażeń:

Wydział kontroli plotek: policja w USA ma dzisiaj pod sobą znacznie więcej potencjalnie uzbrojonych obywateli “do upilnowania” niż kiedykolwiek wcześniej w historii przy rekordowo niskich stratach własnych. Jakby jej nie mierzyć, przestępczość jest w odwrocie, a razem z nią maleje odsetek starć z siłami porządkowymi. Przeciętny glina nigdy nie był bezpieczniejszy wykonując swoją robotę. Cieszący się złą sławą program 1033, który umożliwił nieodpłatne przejmowanie od Pentagonu sprzętu wojskowego, dając początek zjawisku militaryzacji policji, wystartował w 1997 roku, a rozkręcił się na dobre dopiero po 9/11 i ofensywach w Iraku i Afganistanie, czyli na długo po tym, jak śmiertelność wśród niebieskich zaczęła pikować. Jego wdrożenie nie wyjaśnia zatem sukcesów na odcinku zwalczania przestępczości ani tym bardziej poprawy “warunków pracy” w zawodzie. Już większe zasługi w ratowaniu życia należałoby zapisać na konto wynalazców kevlaru. 

police_deaths

  • AKTUALIZACJA 14/12/2015

Logika wnioskowania “The Economist” i Adama Winklera nie ma sensu nawet w kompletnym oderwaniu od historycznego kontekstu. Licząc od roku 2013, amerykańska policja zabiła ponad 575 osób trzymających nóż albo inne narzędzie niebędące bronią palną. W tym samym czasie służby brytyjskie śmiertelnie raniły 1 (słownie: jedną osobę):

 The Young Turks, “US Police Vs. Good Police: A Comparison”

  • AKTUALIZACJA 13/03/2016

Człowiek, który zrewolucjonizował pracę alaskańskich oddziałów specjalnych, sierżant Ronald “Ted” Smith (w 2013 roku zginął w katastrofie lotniczej, pilotując własną maszynę), na pytanie dziennikarza, czy nie przeszkadza mu sytuacja, że potencjalnie wszyscy dorośli rezydenci stanu mogą nosić broń, odpowiedział: Ani trochę mi nie przeszkadza. Jako funkcjonariusze policji często w trakcie pełnienia służby otrzymujemy wsparcie od uzbrojonych cywilów. 

CCTV Americas Now, “Gun Control in Alaska”

  • AKTUALIZACJA 15/07/2016

Ważne słowa Nicka Selby’ego, teksańskiego detektywa, który wspomina zniesmaczenie, jakie odczuwało wielu jego kolegów, gdy Obama zaczął nagle wciskać hoplofobiczną propagandę o książkach i pistoletach w trakcie uroczystego przemówienia na pogrzebie zamordowanych gliniarzy z Dallas:

Pomimo że straciliśmy w zamachu pięciu braci, policja w Teksasie nigdy nie obarczała broni palnej winą za takie zdarzenia. [Although we had lost five brothers, Texas law enforcement had never blamed the gun.]

____________________

[1] Przodują w zabijaniu, ale nie wiadomo, jak dalece. Sytuacja mocno kuriozalna i chyba też bez precedensu w kręgu państw wysoko rozwiniętych: nikt tak naprawdę nie potrafi powiedzieć, ilu Amerykanów ginie z rąk policji każdego roku. Pisząc “nikt”, mam na myśli instytucje federalne (organy ścigania i biurokrację medyczną), zajmujące się gromadzeniem materiałów o przestępczości i fizycznych obrażeniach doznawanych przez mieszkańców USA. Zarówno sprawozdania uzupełniające wypuszczane przez FBI (Supplementary Homicide Report/SHR), jak i dane ściągnięte z narodowej bazy urazów zarządzanej przez CDC (National Vital Statistics System/NVSS) oraz statystyki zawarte w tabelach BJS podają zbliżoną liczbę, oscylującą w granicach 400 zabitych rocznie. Poszczególne agencje różnicują nazewnictwo tych czynów: dla FBI śmierć cywila spowodowana działaniem policji to “usprawiedliwione zabójstwo” (justifiable homicide), dla CDC “interwencja dozwolona przez prawo” (legal intervention), a dla Departamentu Sprawiedliwości – “zgon przy aresztowaniu” (arrest-related death):

killed by police

W przypadku CDC problem leży w wadliwej klasyfikacji zabójstw – lekarze medycyny sądowej, wydający certyfikaty zgonów, notorycznie nie wspominają o zaangażowaniu policji – dla FBI natomiast w sposobie aktualizowania statystyk, a raczej w zaniechaniu aktualizacji. Zdarzenia z “szarej strefy”, na styku legalności i przestępstwa, nie są zgłaszane tak długo, dopóki śledztwo nie wykaże ich zgodności z literą prawa. Jeżeli rozstrzygnięcie zapadnie po publikacji raportu, nikt już nie zaprząta sobie głowy kwestią winy lub niewinności i nie rewiduje zapisów. Geoff Alpert, kryminolog z Uniwersytetu w Południowej Karolinie, ekspert od policyjnej przemocy, przyznaje, że nigdy w życiu nie widział departamentu, który korygowałby swoje wstępne ustalenia. Koniecznie należy zaznaczyć, że zabójstwa w obronie popełniane przez ludność cywilną obciążone są identycznym błędem niedoszacowania. Każdy taki incydent zaraz na starcie kodowany jest jako “criminal homicide”, czyli zabójstwo na tle kryminalnym, i gdy później w toku śledztwa albo rozprawy sądowej dochodzi do zmiany pierwotnej kwalifikacji czynu, detal ten nie trafia do corocznych podsumowań, tj. nie zostaje przeprowadzona żadna wtórna korekta. Istniejące dowody wskazują, że przynajmniej połowa jurysdykcji w USA nie informuje FBI o “cywilnych usprawiedliwionych zabójstwach”, z kolei te placówki, które to robią, wykonują robotę bardzo niechlujnie, w stopniu uniemożliwiającym traktowanie przesyłanej przez nie dokumentacji jako wiarygodnej miary zjawiska.

Jedynym kompletnym źródłem wiedzy na temat tego, kto ginie w Ameryce, są zatem ogólne szacunki odnośnie całkowitej liczby zabójstw. Przy czym tutaj również występują odstępstwa w zależności od agencji, która zajmuje się liczeniem. W skrócie: FBI zaniża, CDC – zawyża. Biorąc pod uwagę fakt, że CDC opiera swoje kalkulacje na obligatoryjnie wypełnianych certyfikatach zgonów, a Federalne Biuro Śledcze na dobrowolnej partycypacji lokalnych komisariatów policji, wyniki generowane przez CDC wydają się być ufundowane na solidniejszych podstawach (aczkolwiek FBI przekonuje, że 95 proc. populacji obsługiwana jest przez departamenty uczestniczące w programie UCR). Jak można zobaczyć na wykresie, średnia liczba zabójstw w latach 1999-2013 zaraportowana przez NVSS wyniosła coś około 18 tysięcy, podczas gdy średnia w SHR – 15 tysięcy. Między obiema instytucjami zieje więc luka wielkości z grubsza 3000 osób (załamanie krzywej w roku 2001 wywołane zostało zamachami z 9/11):

number of homicides cdc fbi

W tych “brakujących” trzech tysiącach zabitych z pewnością “ukrywają się” poszukiwane ofiary policji. Jak wiele ich jest – trudno stwierdzić. Coraz głośniej mówi się, że federalne indeksy mogą pomijać nawet 50-60 proc. zabójstw (s. 15, paragraf 3.3.6 “Results”).

[2] Parę lat temu były mer Nowego Jorku, Michael Bloomberg, dziwił się na antenie CNN, jak to możliwe, że policja nie wywiera presji na waszyngtońskiej legislaturze i nie ogłosi strajku generalnego w proteście przeciwko masowej dostępności broni. Przecież to leży w ich interesie. Abstrahując od kwestii legalności policyjnych strajków (w USA siły bezpieczeństwa nie mogą strajkować), rozwiązanie zagadki jest bezczelnie proste i być może ze względu na tę prostotę wykracza poza pole widzenia Bloomberga. Otóż policja w Ameryce nie protestuje, bo nie ma nic przeciwko cywilom uzbrojonym w broń palną. Dotyczy to zwłaszcza szeregowych funkcjonariuszy bez koneksji politycznych, pracujących w terenie i stykających się z przestępczością na co dzień. Jak wynika z sondaży przeprowadzanych przez czołowe instytucje zrzeszające mundurowych (aktywnych i na emeryturze), poparcie dla Drugiej Poprawki u “street cops” jest czymś normalnym i sięga 80-90 proc. 

Narodowe Stowarzyszenie Komendantów Policji (The National Association of Chiefs of Police/NACOP) od 26 lat rozsyła ankiety do ponad 22 tysięcy szeryfów i dowódców miejskich departamentów rozlokowanych na obszarze USA i od 26 lat uzyskuje konsekwentnie te same rezultaty: +80 proc. respondentów zgadza się, że każdy praworządny obywatel po weryfikacji niekaralności powinien mieć prawo do nabycia broni palnej bez dalszych przeszkód (ostatni formularz wraz z odpowiedziami do podejrzenia tu). Dalej: w marcu 2013 roku portal PoliceOne.com rozpisał obszerny, trwający dziewięć dni sondaż na grupie ponad 15 tysięcy funkcjonariuszy, reprezentujących różne stopnie policyjnej hierarchii, od patrolowych poprzez detektywów, a na członkach jednostek specjalnych kończąc, zatrudnionych w komisariatach różnej wielkości, rozproszonych wzdłuż i wszerz po całym kraju. Zadano w sumie 28 pytań. Nigdy przedtem żadna inna organizacja w USA nie podjęła się przygotowania tak wyczerpującego badania. Efekty? Na przekór rządowej propagandzie znakomita większość ankietowanych nie tylko odniosła się sceptycznie do promowanych przez administrację Obamy inicjatyw ustawodawczych, ale opowiedziała się także zdecydowanie za prawem zwykłych ludzi do posiadania i noszenia broni.  

[3] Żeby uzmysłowić sobie, jak surowo karano w epoce wiktoriańskiej tych spośród “bobbies”, którzy mimo wszystko zdecydowali się nacisnąć spust rewolweru, warto rozważyć następujące wydarzenia z udziałem posterunkowych Dadsona (1850) i Owena (1887).

George Dadson, stójkowy z miasteczka Cranbrook w hrabstwie Kent, obserwował zagajnik, z którego regularnie podkradano drewno. Zauważywszy złodzieja, wynoszącego chrust, krzyknął w jego kierunku, aby się nie ruszał. Facet nie posłuchał, upuścił fanty i rzucił się do ucieczki. Wiedząc, że go nie złapie, konstabl wyciągnął służbową broń i “po amerykańsku” strzelił delikwentowi w nogę. Strzelanie do uciekającego przestępcy samo w sobie nie było czynem karalnym, sęk w tym, że ówczesne prawo głosiło, iż kradzież drewna podpada pod coś więcej niż błahe przewinienie, dopuszczające możliwość zastosowania nadzwyczajnych środków zapobiegawczych, lecz tylko w sytuacji, gdy recydywista miał już na swoim koncie dwa wyroki skazujące. Jak się okazało po fakcie, ten konkretny złodziei był wielokrotnie aresztowany za przywłaszczanie cudzego mienia, ale Dadson z przyczyn oczywistych nie mógł tego wiedzieć w chwili oddawania strzału. Ta linia obrony mu nie pomogła – oskarżono go o przekroczenie uprawnień i nielegalne zranienie człowieka z intencją spowodowania poważnych uszkodzeń ciała ofiary (unlawful wounding with intent to cause grievous bodily harm). Po serii procesów odwoławczych wyrok utrzymano w mocy, a policjanta finalnie wydalono z posterunku i na cały tydzień roboczy wtrącono za kratki.

Drugi incydent miał miejsce 18 lutego 1887 roku w okolicach piątej nad ranem. O tej godzinie funkcjonariusz Henry Owen zapisał się w annałach metropolitalnej policji jako pierwszy glina w dziejach, który wystrzelił nabój z rewolweru Webleya (przypominam: kilka lat wcześniej w reakcji na zabójstwo patrolowego Atkinsa popełnione na obrzeżach Londynu centrala wydała instrukcje odnośnie zaopatrywania konstabli w te właśnie modele). I bynajmniej nie zrobił tego w akcie samoobrony czy bohatersko walcząc z uliczną przestępczością, ale w celu zaalarmowania lokatorów płonącego budynku. Owen wypalił sześć kul tuż nad zadaszeniem domostwa, za co został później sromotnie zrugany przez zwierzchnika, który użycie broni uznał za lekkomyślne i nieuzasadnione.

[4] W 1909 roku wybuchła strzelanina w londyńskiej dzielnicy Tottenham między dwoma rosyjskimi anarchistami a policją. Ponieważ mundurowi byli rozbrojeni, wielu z nich pożyczało w biegu rewolwery i pistolety od napotkanych po drodze cywilów-przechodniów. Don Kates: Ironically, the only gun control in 19th century England was the policy forbidding police to have arms while on duty.

[5] 1845 – rok założenia nowojorskiej policji (New York Police Department/NYPD), wzorowanej zresztą na londyńskiej MPS. 1920 – kres wolnego rynku broni palnej w Anglii. Na mocy The Firearms Act of 1920 parlament nałożył na obywateli obowiązek pozyskania licencji przed zakupem broni i/lub amunicji (z wyłączeniem strzelb gładkolufowych). System był uznaniowy i wymagał od petenta “podania przyczyny”. Za niedopełnienie formalności groziła grzywna w wysokości 50 funtów, a dla recydywy trzymiesięczne uwięzienie. Reguły te zaostrzono w roku 1936, definitywnie eliminując z listy “przyczyn” broń do ochrony osobistej. 

[6] Historyczne dane o zastrzelonych policjantach w Londynie (wyjąwszy The City) z lat 1829-1899 i 1900-1949, uzupełnione o szkicowe opisy okoliczności poszczególnych zabójstw, pochodzą z “Księgi Pamięci” MPS. Ponieważ The City jako autonomiczna jednostka administracyjna nie podlega pod żadną ze stołecznych gmin, obszar ten wykształcił własne służby bezpieczeństwa i listę ich poległych można zobaczyć tu.

[7] Historyczne dane o zastrzelonych policjantach nowojorskich za agregatorem Officer Down Memorial Page (ODMP). Najpierw wybieramy stan (New York/NY), potem placówkę (New York City Police Department).

[8] Statystyki ilustrujące przyrost liczby sztuk broni palnej skompilowałem z dwóch źródeł: dla przedziału 1945-1987 z książki Gary’ego Klecka “Point Blank: Guns and Violence in America” (patrz tabela 2.1), dla dekad późniejszych – z najnowszego raportu ATF. Metodykę zaproponowaną przez Klecka (skumulowana produkcja krajowa z kolejnych lat plus import minus eksport z wykluczeniem zamówień dla armii) zaaplikowałem do zestawień zaczerpniętych z federalnego bilansu, po czym zaokrągliłem je do najbliższego miliona. Z uwagi na obiektywny deficyt informacji dane liczbowe nie zostały skorygowane o broń palną, która uległa destrukcji tudzież mechanicznemu zużyciu w analizowanym okresie ani o jednostki zgubione czy nielegalnie wyprowadzone za granicę. Z tych samych powodów nie skorygowałem pomiarów o broń nielegalnie zaimportowaną do USA, broń pochodzenia wojskowego, która mogła przeniknąć do sektora cywilnego, czy wreszcie o broń wytworzoną legalnie, ale nieposiadającą numerów seryjnych (wbrew pozorom jest to gigantyczny i bardzo dochodowy rynek zbytu – Dimitrios Karras, właściciel sklepu Ares Armor z siedzibą w Oceanside w hrabstwie San Diego, potrafi miesięcznie “rzucić na ulice” tysiące egzemplarzy nieoznakowanych komór spustowych do karabinów AR-15; zbudowanie potem w pełni funkcjonalnej broni na bazie takiego bloku aluminium czy polimeru nie nastręcza kłopotów).

Chciałbym podkreślić, że specjalnie podałem szacunki w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców, a nie np. wyrażone w formie odsetka uzbrojonych domów. Raz, że sugerowanie się wskaźnikiem gospodarstw domowych obarczone jest zbyt dużym marginesem błędu, a dwa, tylko wartości per capita są w stanie uchwycić “mobilny” charakter broni palnej w Ameryce. Wiadomo przecież, że przeważająca większość stanów zezwala na prywatne transakcje całkowicie poza radarem systemu; wiadomo też, że broń bywa kradziona albo przepada bez wieści i w wielu jurysdykcjach nie ma obowiązku komunikowania faktu kradzieży organom ścigania. Gary Kleck i Kevin Wang skalkulowali, że co roku w USA kryminaliści pozyskują wszelkimi możliwymi metodami grubo ponad pół miliona sztuk broni krótkiej (400-600 tys) i że są to estymacje konserwatywne ([…] even conservative estimates indicate that the number of handguns annually obtained by criminals by all methods exceeds 600,000 even in low-crime years). Autorzy zaznaczają, że to wystarczająca ilość do wyposażenia w broń całej populacji przestępców działających na terenie Ameryki Północnej, nawet gdyby 1 stycznia każdego roku zerować ich stan posiadania. Puenta jest następująca: w USA broń palna krąży między ludźmi i nie musi być trwale przypisana do początkowego nabywcy, który na ladzie w sklepie wypełnił druk 4473.

[9] ODMP, 1945-2014. Mnożnik w postaci liczby zaprzysiężonych funkcjonariuszy, wykorzystany przez autorów “Police Deaths in New York and London during the Twentieth Century”, zastąpiłem na wykresie przelicznikiem na dziesięć milionów mieszkańców. Nie jest to żaden mój kaprys. Publikacje FBI dot. ataków na mundurowych zawsze biorą poprawkę na rozmiar populacji, która jest chroniona przez sondowane agencje. Jeśli zgony policjantów utrzymują się na niskim poziomie tylko dlatego, że patrolowany obszar zasiedlony jest przez niewielki procent ludności, żyjącej dodatkowo w rozproszeniu, wówczas zignorowanie wpływu tego czynnika na częstość popełniania zabójstw byłoby poważnym uchybieniem w przyjętej metodyce.