W największych metropoliach Ameryki. Fascynująca rzecz – z naukowego punktu widzenia. Pozwala umiejscowić Rutynową, Śmiercionośną, Dziesiątkującą Amerykańską Ludność Cywilną Epidemię Przemocy (ja naprawdę nie wymyślam tych epitetów) w odpowiednim kontekście demograficznym. Każdą statystykę można bowiem ekstrapolować do momentu, aż wykaże ona katastrofę [1]. W przypadku broni palnej mediom wyjątkowo zależy na prezentacji danych w sposób sugerujący, iż wszystkie rasy, nacje i wspólnoty etniczne w USA są w zbliżonym stopniu narażone na ryzyko postrzału. Nie ma nic dalszego od prawdy. 

U wybrzeży Kalifornii w południowej części stanu leży skupisko dzielnic i zaułków otoczone nimbem legendy; obszar z własną historią, ogrzewany surrealistycznym, pustynnym słońcem – South Central albo po prostu South L.A. Miejskie statystyki przestępczości, ze szczególnym wskazaniem na zabójstwa, wykrzywiane są potężnie w górę z powodu nadaktywności działających w tamtym rejonie kolorowych gangów. Ciągnący się nieprzerwanie od dwóch pokoleń konflikt między tubylcami, choć w ostatnich latach wyraźnie stracił na zaciekłości w skutek sukcesywnego wypychania czarnych rezydentów poza granice hrabstwa przez iberoamerykańskich imigrantów [2] oraz wzmożonych deportacji członków maras, zdążył już pochłonąć pięciokrotnie więcej ofiar niż trwająca trzy dekady i formalnie zakończona w 1998 roku polityczno-etniczno-religijna zawierucha w Irlandii Północnej:

“Crips and Bloods: Made in America” (2008, reż. Stacy Peralta)

 “L.A. Gang Wars” (2007, reż. Steven Hoggard)

South Central to najbardziej jaskrawy przykład ekstremalnej koncentracji przestępczości na relatywnie niewielkim kawałku przestrzeni, lecz wcale nie jedyny w obrębie Los Angeles. Antropolog Jeffrey Brantingham z Uniwersytetu Kalifornijskiego stworzył model statystyczny prognozujący zmiany w funkcjonowaniu gangów okupujących latynoską dzielnicę Boyle Heights i ukazujący związek między ich rozmieszczeniem a wskaźnikami przemocy. Skorzystał w tym celu z równania Lotki-Volterry, opracowanego niezależnie przez dwóch matematyków w latach dwudziestych zeszłego stulecia i służącego biologom do symulowania zachowań populacji ofiar i drapieżników zasiedlających rozmaite ekosystemy. 

Nie wdając się zbytnio w niuanse techniczne – Brantingham zidentyfikował trzynaście grup przestępczych o podobnej liczbie rekrutów i porównywalnym zapleczu bojowym. Na podstawie policyjnych materiałów każdej z nich przypisał symboliczny punkt pełniący rolę swoistej bazy wypadowej, względnie centrum dowodzenia. Takim punktem mogła być opuszczona nieruchomość albo narożnik ulicy. Następnie, posługując się równaniem Lotki-Volterry, wykoncypował, jak powinny przebiegać teoretyczne linie demarkacyjne oddzielające od siebie rywalizujące strony. Model zakładał, że dwa gangi o zbliżonym potencjale ofensywnym, mogące ze sobą konkurować na równych prawach, będą miały granicę ustawioną w połowie drogi łączącej ich główne ośrodki i jednocześnie będzie ona przylegała prostopadle do odcinka zawierającego obydwa te punkty, tworząc klarowną, geometryczną płaszczyznę, co z kolei pozwoli oszacować prawdopodobieństwo wybuchu przemocy w zależności od dystansu między bazą a krańcem zdominowanego przez dany gang terytorium.

Zgodnie z apriorycznymi założeniami, 58.8 proc. strzelanin miało wystąpić w odległości nie większej niż 320 metrów od tychże granic (trochę mniej niż dwie przecznice), 87.5 proc. w odległości 650 metrów (nieco ponad trzy przecznice), a 99.8 proc. – w odległości pełnej mili (1609 metrów). Po naniesieniu na abstrakcyjny schemat wszystkich zaraportowanych starć między lokalnymi gangami, które wydarzyły się w sąsiedztwie w latach 1999-2002 (w sumie 563 incydenty), okazało się, że komputerowe symulacje pokryły się z rzeczywistością niemal idealnie. Dystrybucja strzelanin w realnym życiu była następująca: 58.2 proc, 83.1 proc i 97.7 proc. Inaczej mówiąc, im dalej od centrum dowodzenia, tym rzadziej dochodziło do rozlewu krwi.

Żeby była jasność: Brantingham nie dokonał swoim odkryciem żadnego kopernikańskiego przewrotu w kryminologii. Przez całe dekady departamenty policji w USA postrzegały niebezpieczeństwo w kategoriach przestrzennych: ten kwartał ma paskudną reputację – nie zapuszczaj się tam, na tym winklu zabito pięć osób i ukradziono trzy samochody – nie parkuj w okolicy. Badania Brantinghama dorzuciły jedynie kolejną cegiełkę do tego gmachu wiedzy i potwierdziły starą prawdę – że wbrew hoplofobicznym fantazjom o chaotycznych atakach na randomowych przechodniów (“Wszyscy się pozabijamy i nie będzie niczego”), z wyjątkiem odizolowanych od sfery publicznej incydentów domowych, znakomita większość strzelanin w Ameryce nie jest produktem ubocznym afektu, “skołatanych nerwów” czy przypadkowych antagonizmów. Częstością występowania konfliktów rządzi wewnętrzna logika, umożliwiająca rozpoznanie wzorca zachowań cechującego uczestników poszczególnych zajść oraz – co równie istotne – stratyfikację ryzyka w ramach społeczności zamieszkujących dany region.

Tragedie takie jak masakra w Newtown albo zabójstwo 15-letniej Hadiyi Pendleton w Chicago skupiają uwagę opinii publicznej i polityków na problemie przemocy popełnianej z broni palnej. (…) Tego rodzaju statystyki w połączeniu z obrazami niewinnych ofiar stanowią wodę na młyn dla ludzi twierdzących, że zjawiska te dotykają losowych osób i są wszechobecne w społeczeństwie. Bo jeśli kule mogą dosięgnąć uczniów szkoły podstawowej czy też nastoletnią dziewczynę przebywającą w parku miejskim z przyjaciółmi, powstaje wrażenie, iż każdy w dowolnej chwili może paść ofiarą postrzału. A jednak – bez względu na to, jak bardzo traumatyczne nie byłyby przywołane incydenty, przemoc z użyciem broni daleka jest od losowości. Przeciwnie: jest ona wysoce skondensowana w obrębie ściśle określonych segmentów populacji i w ściśle określonych miejscach.

[Tragic acts of violence like the Sandy Hook shooting in Newtown, CT or the slaying of 15-year old Hadiya Pendleton in Chicago, IL redirect political and public attention towards gun violence. (…) Statistics like these and images of innocent victims fuel the notion that violence is both pervasive and random. If gun violence can happen in an elementary school classroom or to an innocent adolescent girl standing in a public park with her friends, it can happen anywhere or to anyone. Yet tragic as these events and statistics are, gun violence is far from random. Gun violence is highly concentrated among particular segments of the population and in particular places.]       

Powyższy fragment powinno się do znudzenia maglować ze studentami wszystkich kierunków humanistycznych, którzy kiedykolwiek w przyszłości zamierzają brać udział w debatach dotyczących broni. Cytat pochodzi z pracyTragic, but Not Random: The Social Contagion of Nonfatal Gunshot Injuries” autorstwa Andrew Papachristosa, socjologa z Uniwersytetu Yale. W odróżnieniu od Brantinghama zagłębia on fenomen przemocy z wykorzystaniem broni palnej nie w ujęciu topograficznym, lecz z perspektywy sieci społecznych. Bo tak naprawdę rzecz nie w tym – tłumaczy Papachristos – jakie dzielnice odwiedzasz i po jakich ulicach się włóczysz, ale z kim utrzymujesz kontakt (i dalej: z kim utrzymują kontakt osoby, które znasz). Dopiero uchwycenie i scharakteryzowanie tych relacji pozwala przewidzieć, kto zginie albo trafi na ostry dyżur – z dokładnością nieosiągalną dla innych instrumentów analitycznych. 

Papachristos urodził się i dorastał w Chicago w wielorasowej dzielnicy Rogers Park na North Side w najgorszym dla miasta okresie w historii. Wskaźniki przestępczości biły wtedy rekordy, epidemia cracku znajdowała się w szczytowej fazie. Jego ojciec, grecki imigrant, prowadził knajpę serwującą gorące posiłki, matka pracowała jako wolontariuszka w obywatelskiej organizacji Aniołów Stróży (Guardian Angels), pilnującej razem z policją bezpieczeństwa przechodniów. Drobne biznesy, takie jak rodzinna jadłodajnia, stanowiły tradycyjnie łatwy cel dla gangsterów ściągających haracze, przy których cyngle epoki Capone’a to byli dżentelmeni do rany przyłóż. A gdy dodatkowo lokal pełnił jeszcze funkcję azylu dla dzieciaków (praca po szkole na zmywaku albo miejsce do odrabiania lekcji), atak odwetowy ze strony bandytów groził wszystkim zaangażowanym w niesienie pomocy. Wybór kariery naukowej był zatem w przypadku Papachristosa pokłosiem doświadczeń nabytych w młodości, a problematyka gangów nigdy nie redukowała się u niego do abstrakcyjnej idei czy tabeli ze statystykami. He’s been there, done that. 

Prezentacja wygłoszona przez Papachristosa na
spotkaniu w Akademii Kryminologicznej w Illinois (3/12/2014)

Krótkie wprowadzenie do teorii: sieci społeczne wizualizowane są najczęściej w postaci grafów, będących zbiorem węzłów i połączeń między nimi. Węzeł to podstawowy element każdej struktury i nazywany jest aktorem. Aktorami mogą być pojedyncze osoby bądź większe zrzeszenia. Połączenia (relacje) powstają wtedy, kiedy dochodzi do przepływu zasobów (materialnych i niematerialnych) między jednostkami w sieci, a mówiąc prościej – gdy dochodzi do kontaktu na niwie towarzyskiej, zawodowej, biznesowej, kryminalnej, nawet trywialna wymiana numerów telefonu czy też przelotny uścisk dłoni mogą ukonstytuować nitkę połączenia.

Pierwszym krokiem na drodze budowania rozgałęzień sieci jest wyznaczenie lokalizacji do samplowania. W publikacji z 2012 roku Papachristos wybrał dwie murzyńskie dzielnice w Bostonie słynące z dużego nasycenia przestępczością – Bowdoin-Geneva oraz Upham’s Corner. W analogicznym badaniu, przeprowadzonym rok później, wziął pod mikroskop inną czarną enklawę, tym razem sześć mil kwadratowych chicagowskiego West Garfield Park. 

Etap drugi polega na zdefiniowaniu aktorów dzielących wspólną historię kryminalną, a także identyfikacji osób pozostających w zależności towarzyskiej z ich znajomymi albo bezpośrednio z samymi przestępcami. Przez “wspólną historię kryminalną” Papachristos rozumie ludzi, którzy dopuścili się razem przestępstwa, po czym dali się złapać i aresztować (co-offending arrest), słusznie dedukując, że prawdziwe życie to nie scenariusz “Wściekłych psów” i współpracujący ze sobą przestępcy generalnie znają siebie nawzajem. Posiłkując się informacjami zaczerpniętymi z policyjnych kartotek i rejestrów obserwacji wywiadowczych (Field Intelligence Observation, FIOs) udało mu się ustalić tożsamość 238 osób, które w 2008 roku znane były bostońskim służbom z aktywnego członkostwa w gangach na kwerendowanym obszarze. Po skombinowaniu pozostałych 525 “wspólników zbrodni” schemat graficzny przybrał ostatecznie formę 763 powiązanych ze sobą ogniw. Ekwiwalentny proces formowania struktury sieciowej został powtórzony w odniesieniu do West Garfield Park w Chicago – dwóch lub więcej ciemnoskórych mężczyzn aresztowanych za to samo przewinienie w przeciągu pięciu lat (2006-2011) przełożyło się na pulę 24 110 aktorów, stanowiących 30 proc. populacji zamieszkującej wyselekcjonowaną jurysdykcję, co oznacza, że plus minus 1/3 tubylców trafiła za kratki w owym czasie.  

Rezultaty eksperymentów, choć spodziewane, mogą wydać się szokującą anomalią dla kogoś, kto wiedzę o przestępczości w Ameryce absorbuje przez filtr mediów głównego nurtu.

Po zsumowaniu wyników okazało się, że ~6 proc. rezydentów okupujących rewiry Bowdoin-Geneva i Upham’s Corner odniosło łącznie 85 proc. urazów z broni palnej (również tych skutkujących śmiercią) zgłoszonych policji w obu dzielnicach w roku 2008. Dalsze 15 proc. to były przypadki przemocy domowej i dwie zabłąkane kule. Ale to jeszcze nic. Przez niemal trzydzieści lat (od stycznia 1980 do grudnia 2008) na 4.5 proc. miejskich ulic, alejek, zaułków i skrzyżowań w Bostonie odnotowano 75 proc. wszystkich strzelanin. Ujmując to, co przed chwilą napisałem, z innej perspektywy: blisko 90 proc. bostońskich ulic nie doświadczyło w analizowanym okresie, czyli na przestrzeni 29 lat, ani jednej strzelaniny, w której ktokolwiek zostałby ranny, zabity czy choćby draśnięty rykoszetem [3]. 

W Chicago podobna regularność: aż 41 proc. ofiar zabójstw skoncentrowało się w obrębie sieci, ale uwaga – tylko w jej niewielkim segmencie, składającym się z 3178 osób (raptem 4 proc. ludności West Garfield Park). Dla strzelanin bez ofiar śmiertelnych Papachristos przeprowadził dodatkowe pomiary, obejmujące od razu całą metropolię, i rozkład incydentów wykazał znacznie silniejsze zagęszczenie aniżeli w przypadku zgonów. W latach 2006-2012 względnie niewielka murzyńsko-latynoska grupa (6 proc. miejskiej populacji) uczestniczyła w 70 proc. zbrojnych konfliktów na terenie miasta, z czego 89 proc. strzelanin wydarzyło się w granicach jednej sieci społecznej – największego komponentu liczącego 107 740 osób. Te niewiarygodne dysproporcje dotyczą wszystkich największych ośrodków urbanistycznych w Ameryce. Biali nowojorczycy dokonują każdego roku średnio ~2 proc. przestępstw z użyciem broni palnej; ledwo łapią się na skali w statystykach.

fatal_shooting_rates_chicago

non-fatal_shooting_rates_chicago

Dystrybucja strzelanin w ramach sieci, zawierającej jednostki “spięte” rekordem aresztowań, fundamentalnie zmienia sposób postrzegania ryzyka. W artykule “Social Networks and the Risk of Gunshot Injury”, eksplorującym czarne dzielnice w Bostonie, Papachristos umieścił takie zdanie: 

Im bliżej ofiary postrzału ktoś się znajduje, tym większe prawdopodobieństwo, że sam stanie się ofiarą. [The closer one is to a gunshot victim, the greater the probability of one’s own victimization.]

Empiryczna prawdziwość tego rozumowania, pomimo że brzmi ono banalnie (coś jak rada Brantinghama, by trzymać się na dystans od siedlisk gangów), jest doniosła. Koniecznie należy podkreślić, że nawet ludzie, którzy w komunikatach medialnych wyglądają na z pozoru randomowe ofiary bezsensownej przemocy, mogli ucierpieć w strzelaninie tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze z powodu zawartej wcześniej znajomości albo stopnia pokrewieństwa (więzów krwi). Weźmy absolutnie skrajny przykład zabójstwa Jonylah Watkins, sześciomiesięcznej dziewczynki, na której ciele po przewiezieniu do szpitala i trwającej kilka godzin operacji lekarze odkryli pięć otworów wlotowych po kulach. 

Jej ojciec zatrzymał minivana na poboczu, żeby zmienić córce pieluszkę. Za moment nadjechało drugie auto z plutonem egzekucyjnym w środku. Celem był oczywiście kierowca, nie dziecko. W mediach rozpętała się burza. Gun violence epidemic – wiadomo. Mer Chicago był w swoim żywiole, na konferencji prasowej sadził smuty o potrzebie zaostrzenia prawa. Tymczasem Papachristos postanowił pochylić się nad incydentem i zbadać przeszłość kryminalną Jonathana Watkinsa. Zgodnie z przewidywaniami, niemowlę zginęło, bo stanowiło najbliższy element w sieci społecznej ojca, który miał długą kartotekę (w ciągu ostatnich trzech lat poprzedzających zamach aresztowano go 28x z siedemnastoma różnymi osobami) i wokół którego systematycznie narastała liczba ofiar. Gość dosłownie otaczał się śmiercią:  

Z zaprezentowanego materiału dowodowego można wyciągnąć następujące konkluzje: na przekór fobiom, wynikającym w dużej mierze z błędów poznawczychprzemocą z użyciem broni w Ameryce nie kieruje mechanika ślepego trafu. Nie jest to również patogen przenoszony drogą powietrzną. Wielkomiejskie zabójstwa i strzelaniny ograniczają się do mikro-świata konkretnych jednostek o konkretnym profilu rasowym zespolonych ze sobą konkretnymi relacjami i tworzących konkretną subpopulację wysokiego ryzyka. Czyli zupełnie inaczej niż usiłują to przedstawiać ideologicznie skrzywione media, żerujące na anegdotycznych dramatach i operujące kwantyfikatorami i retoryką hiperboli [4]. W forsowaniu ich wizji chodzi wyłącznie o podsycanie niepokoju w odbiorcach – że są na celowniku, że nie znają dnia ani godziny. Strach to jedyny oręż, jakim dysponuje lobby rozbrojeniowe.

__________________

[1] Zostało wielokrotne empirycznie zaobserwowane w badaniach z zakresu psychologii poznawczej, że ludzie przejawiają wyraźną skłonność do podwyższania poziomu ryzyka, względnie do emocjonalnych reakcji, gdy konkretne zagrożenie przedstawia się na “dużych liczbach”. W 1997 roku Kimihiko Yamagishi przeprowadził głośny eksperyment z udziałem 41 studentów Uniwersytetu Waszyngtońskiego, których poproszono o przyporządkowanie poziomu ryzyka w skali od 1 (bez ryzyka) do 25 (maksymalne ryzyko) do jedenastu różnych przyczyn śmierci (astma, nowotwór, zabójstwo etc.). Raz przyczynę zgonu opisywano jako liczbę ofiar na stu mieszkańców, a za drugim razem w postaci wskaźnika na dziesięć tysięcy. Okazało się, że wzór uznawania za bardziej ryzykowne zagrożenia opisanego “dużymi liczbami” zarejestrowano u 3/4 badanych osób. Przykładowo, uczestnicy doświadczenia oceniali, że nowotwór, który zabija 1286 ludzi na dziesięć tysięcy, jest rzekomo groźniejszy od tego, który zabija 24.14 na stu. Podobne wyniki uzyskali Carissa Bonner i Ben Newell. Testowani przez nich ochotnicy twierdzili, że ryzyko śmierci jest większe, jeśli zostało wyrażone w formie “każdego roku umiera x ludzi” zamiast “każdego dnia umiera x łamane przez 365”. Aktywiści, zrzeszeni w strukturach waszyngtońskich organizacji lobbujących za ścisłą reglamentacją broni palnej, doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tego fenomenu i w kontaktach z mediami czy w ulotkach propagandowych prawie zawsze operują na dużych wartościach bezwzględnych.

[2] Proces wyludniania się miast Zachodniego Wybrzeża z czarnej populacji stanowi dobrze udokumentowany fakt. Jest taka świetna scena w “End of Watch” Ayera (u nas puszczali ten film pod tytułem “Bogowie ulicy”), kiedy grupka murzyńskich recydywistów w bardzo niepoprawnym politycznie tonie wymienia między sobą poglądy na temat aktualnej sytuacji panującej w Los Angeles z naciskiem na jej rasowy kontekst. Najstarszy z ekipy poucza swoich młodszych ziomali, że “czarnuch” to w tym mieście pomału gatunek zagrożony wyginięciem i z tego powodu potrzebny jest jakiś gest wewnątrzrasowej solidarności, by przywrócić dzielnicy wczorajszy koloryt: 

Ten cały pierdolnik jest jak zmiana warty. Dawniej wszystkie dzielnice były czarne, a dzisiaj co? Na rogu stały budki z kurczakami, a teraz wszędzie pierdolone tacos. Sprawa jest poważna i jeśli nie połączymy sił, wkrótce jako czarnuchy wyginiemy.

[This whole fucking thing is like changing of the guard. Back in the day, all these neighborhoods used to be black, and what are they now? There used to be chicken stands on the corner, and now there’s fucking taco stands on every corner. We’re in some real shit and if we don’t come together, we’re going to be some extinct niggers pretty soon.]

Terry Anderson, czarnoskóry mechanik z South Central, który w 1999 roku zasłynął ostrym przemówieniem w Kongresie dotyczącym kwestii niekontrolowanego napływu latynoskich imigrantów, obserwował te zmiany na własne oczy i nazwał je inwazją. Kluczowym zjawiskiem jest tu jednak co innego: napór meksykańskiej diaspory spowodował relokację murzyńskiej przestępczości, która wyemigrowała na peryferia w pakiecie z wędrującą ludnością. Za FBI:

Członkowie gangów przenoszą się z terenów miejskich na przedmieścia; zasiedlają też obszary wiejskie, gdzie umacniają swoje wpływy w regionie. Dzieje się tak z rozmaitych powodów: poszerzanie rynków zbytu dla narkotyków, rosnące przychody z nielegalnych, alternatywnych źródeł, rekrutacja nowych żołnierzy, ukrywanie się przed wymiarem sprawiedliwości, ucieczka od lokalnych konfliktów z konkurencją. Wiele podmiejskich i wiejskich społeczności doświadcza wzmożonej aktywności gangów.

[Gang members are migrating from urban to suburban and rural areas, expanding the gangs’ influence in most regions. They are doing so for a variety of reasons, including expanding drug distribution territories, increasing illicit revenue, recruiting new members, hiding from law enforcement, and escaping from other gangs. Many suburban and rural communities are experiencing increasing gang-related crime and violence because of expanding gang influence.]

Szeregowi cyngle kalifornijskich organizacji przestępczych gotowi są uciekać nawet na Alaskę w poszukiwaniu bardziej sprzyjającego “klimatu” dla prowadzenia działalności kryminalnej, względnie w celu uniknięcia aresztowania bądź nadzoru kuratorskiego.

[3] Anthony Braga, kryminolog wykładający na Uniwersytecie Rutgersa w New Jersey, ujawnił, że w latach 1980-2008 na zaledwie ~5 proc. miejskich przecznic wydarzyło się ~75 proc. wszystkich strzelanin – z ofiarami śmiertelnymi włącznie – z czego 60 (słownie sześćdziesiąt) odcinków ulic doznało szczególnie intensywnego natężenia tych incydentów – ponad tysiąc przypadków w badanym okresie (link).

[4] Epidemia przemocy z udziałem broni palnej osiągnęła w naszym kraju punkt kryzysowy. Zgony i urazy spowodowane jej użyciem stanowią jedno z największych zagrożeń dla zdrowia publicznego i bezpieczeństwa amerykańskich obywateli. (Barack Obama, link)