Część I

U wybrzeży Kalifornii w południowej części stanu leży skupisko dzielnic i zaułków otoczone nimbem legendy; kraina z własną historią, ogrzewana surrealistycznym, pustynnym słońcem – South Central albo po prostu South L.A. Miejskie statystyki przestępczości, ze szczególnym wskazaniem na zabójstwa, wykrzywiane są niebotycznie w górę z powodu nadaktywności działających w tamtym rejonie kolorowych gangów. Ciągnący się nieprzerwanie od dwóch pokoleń konflikt między tubylcami, choć w ostatnich latach wyraźnie stracił na zaciekłości w skutek sukcesywnego wypychania czarnych mieszkańców poza granice hrabstwa przez iberoamerykańskich imigrantów [1] oraz wzmożonych deportacji członków maras, zdążył już pochłonąć pięciokrotnie więcej ofiar niż trwająca trzy dekady i formalnie zakończona w 1998 roku polityczno-etniczno-religijna zawierucha w Irlandii Północnej:

“Crips and Bloods: Made in America” (2008, reż. Stacy Peralta)

 “L.A. Gang Wars” (2007, reż. Steven Hoggard)

Rejon South Central – jako najbardziej znany w Ameryce przykład ekstremalnej koncentracji przestępczości na relatywnie niewielkim wycinku przestrzeni – odsłania niezwykle ważny aspekt zjawiska gun violence, o którym ciągle zbyt rzadko się mówi. Na przekór krwawym, hoplofobicznym fantazjom o atakach na przechodniów ogromna większość strzelanin w USA nie jest produktem ubocznym przypadkowych antagonizmów ani pokłosiem spuszczonych ze smyczy furiatów. Rządzi nią wewnętrzna logika, umożliwiająca rozpoznanie wzorca zachowań uczestników poszczególnych zajść oraz stratyfikację ryzyka dla ludności zasiedlającej dany obszar geograficzny:

Tragedie takie jak masakra w Newtown albo zabójstwo 15-letniej Hadiyi Pendleton w Chicago skupiają uwagę opinii publicznej i polityków na problemie przemocy z udziałem broni palnej. (…) Obrazy niewinnych ofiar podsycają przekonanie, że dotyka ona losowych osób i jest wszechobecna w społeczeństwie. Jeśli kule mogą dosięgnąć uczniów podstawówki czy też nastoletnią dziewczynę przebywającą w parku z przyjaciółmi, powstaje wrażenie, iż każdy w dowolnej chwili może paść ofiarą postrzału. A jednak – bez względu na to, jak bardzo traumatyczne nie byłyby przywołane wydarzenia, przemoc z użyciem broni daleka jest od losowości. Przeciwnie: jest ona wysoce skondensowana w obrębie ściśle określonych segmentów populacji i w ściśle określonych miejscach.

[Tragic acts of violence like the Sandy Hook shooting in Newtown, CT or the slaying of 15-year old Hadiya Pendleton in Chicago, IL redirect political and public attention towards gun violence. (…) Images of innocent victims fuel the notion that violence is both pervasive and random. If gun violence can happen in an elementary school classroom or to an innocent adolescent girl standing in a public park with her friends, it can happen anywhere or to anyone. Yet tragic as these events and statistics are, gun violence is far from random. Gun violence is highly concentrated among particular segments of the population and in particular places.]       

Powyższy fragment powinno się do znudzenia maglować ze studentami wszystkich kierunków humanistycznych, którzy kiedykolwiek w przyszłości zamierzają brać udział w debatach dotyczących broni. Cytat pochodzi z pracyTragic, but Not Random: The Social Contagion of Nonfatal Gunshot Injuries” i jest autorstwa Andrew Papachristosa, socjologa z Uniwersytetu Yale, który przemoc bada z perspektywy sieci społecznych. Tak naprawdę rzecz nie w tym – tłumaczy Papachristos – jakie dzielnice odwiedzasz i po jakich ulicach się włóczysz, ale z kim nawiązujesz lub utrzymujesz kontakt (i dalej: z kim utrzymują kontakt osoby, które znasz). Dopiero uchwycenie i scharakteryzowanie tych relacji pozwala przewidzieć, kto zginie albo trafi na urazówkę – z dokładnością nieosiągalną dla innych instrumentów analitycznych. 

Papachristos urodził się i dorastał w Chicago w wielorasowej dzielnicy Rogers Park na North Side w najgorszym dla miasta okresie w historii. Wskaźniki przestępczości biły wtedy rekordy, epidemia cracku znajdowała się w szczytowej fazie. Jego ojciec, grecki imigrant, prowadził jadłodajnię serwującą gorące posiłki, matka pracowała jako wolontariuszka w obywatelskiej organizacji Aniołów Stróży (Guardian Angels), pilnującej do spółki z policją bezpieczeństwa przechodniów. Drobne interesy, takie jak rodzinna garkuchnia, stanowiły tradycyjnie łatwy cel dla gangsterów ściągających haracze, przy których cyngle epoki Capone’a to byli dżentelmeni do rany przyłóż. A gdy dodatkowo lokal pełnił jeszcze funkcję azylu dla dzieciaków (praca po szkole na zmywaku albo miejsce do odrabiania lekcji), atak odwetowy ze strony bandytów groził wszystkim zaangażowanym w niesienie pomocy. Wybór kariery naukowej był zatem w przypadku Papachristosa pokłosiem doświadczeń nabytych w młodości, a problematyka gangów nigdy nie redukowała się u niego do abstrakcyjnej idei czy tabeli ze statystykami.

Prezentacja wygłoszona przez Papachristosa na
spotkaniu w Akademii Kryminologicznej w Illinois (3/12/2014)

Krótkie wprowadzenie do teorii: sieci społeczne wizualizowane są najczęściej w postaci grafów, będących zbiorem (kłębem) węzłów i połączeń między nimi. Węzeł to podstawowy element każdej struktury i nazywany jest aktorem. Aktorami mogą być pojedyncze osoby bądź większe zrzeszenia. Połączenia (relacje) powstają wtedy, kiedy dochodzi do przepływu zasobów (materialnych i niematerialnych) między jednostkami w sieci, a mówiąc prościej – gdy dochodzi do kontaktu na niwie towarzyskiej, rodzinnej, zawodowej, kryminalnej, nawet trywialna wymiana numerów telefonu czy też przelotny uścisk dłoni mogą ukonstytuować nitkę połączenia.

Pierwszym krokiem na drodze budowania rozgałęzień sieci jest wyznaczenie lokalizacji do samplowania. W publikacji z 2012 roku Papachristos wybrał dwie murzyńskie dzielnice w Bostonie słynące z dużego nasycenia przestępczością – Bowdoin-Geneva oraz Upham’s Corner. W analogicznym badaniu, przeprowadzonym rok później, wziął pod mikroskop inną czarną enklawę, tym razem sześć mil kwadratowych chicagowskiego West Garfield Park. 

Etap drugi polega na zdefiniowaniu aktorów, dzielących wspólną historię kryminalną, a także identyfikacji osób pozostających w zależności biznesowo-towarzyskiej z ich znajomymi albo bezpośrednio z przestępcami. Przez “wspólną historię kryminalną” Papachristos rozumie ludzi, którzy dopuścili się razem przestępstwa, po czym zostali schwytani i aresztowani (co-offending arrest), słusznie dedukując, że prawdziwe życie to nie scenariusz “Wściekłych psów” i współpracujący ze sobą przestępcy generalnie znają siebie nawzajem.

Posiłkując się informacjami z policyjnych kartotek i rejestrami obserwacji wywiadowczych (Field Intelligence Observation, FIOs) udało mu się ustalić tożsamość 238 osób, które w 2008 roku znane były bostońskim służbom porządkowym z aktywnego członkostwa w gangach na kwerendowanym obszarze. Po skombinowaniu pozostałych 525 “partnerów zbrodni” schemat graficzny przybrał ostatecznie formę 763 powiązanych ze sobą ogniw. Ekwiwalentny proces formowania struktury sieciowej został powtórzony w odniesieniu do chicagowskiego West Garfield Park – dwóch lub więcej mężczyzn o ciemnej karnacji aresztowanych za to samo przewinienie w przeciągu pięciu lat (2006-2011) przełożyło się na pulę ponad 24 tysięcy aktorów, stanowiących 30 proc. populacji zamieszkującej wyselekcjonowaną jurysdykcję, co oznacza, że plus minus 1/3 tubylców trafiła za kratki w owym czasie.  

Po zsumowaniu wyników okazało się, że ok. 6 proc. rezydentów okupujących rewiry Bowdoin-Geneva i Upham’s Corner odniosło łącznie 85 proc. urazów z broni palnej (również tych skutkujących śmiercią) zgłoszonych policji w obu dzielnicach w roku 2008. Dalsze 15 proc. to były przypadki przemocy domowej i dwie zabłąkane kule. Ale to jeszcze nic.

Przez niemal trzydzieści lat (od stycznia 1980 do grudnia 2008) na 3.5 proc. miejskich ulic, alejek, zaułków i skrzyżowań w Bostonie odnotowano 75 proc. wszystkich strzelanin. Ujmując to, co przed chwilą napisałem, z innej perspektywy: blisko 90 proc. bostońskich ulic nie doświadczyło w analizowanym okresie, czyli na przestrzeni 29 lat, ani jednej strzelaniny, w której ktokolwiek zostałby ranny, zabity czy choćby draśnięty rykoszetem [2]. Pracą badawczą kierował Anthony Braga, kryminolog z Uniwersytetu Północno-Wschodniego:

Konferencja “Understanding the Nature of Urban Gun Violence
Problems” na Uniwersytecie George’a Masona (2/22/2012)

W Chicago podobna regularność: 41 proc. ofiar zabójstw skoncentrowało się w obrębie sieci, ale uwaga – tylko w jej niewielkim segmencie, składającym się z 3178 osób (raptem 4 proc. ludności dystryktu West Garfield Park). Dla postrzeleń bez ofiar śmiertelnych Papachristos przeprowadził dodatkowe pomiary, obejmujące od razu całą metropolię, i rozkład incydentów wykazał znacznie silniejsze zagęszczenie aniżeli w przypadku zgonów. W latach 2006-2012 względnie niewielka murzyńsko-latynoska grupa (6 proc. miejskiej populacji) uczestniczyła w 70 proc. zbrojnych konfliktów na terenie miasta, z czego 89 proc. strzelanin wydarzyło się w granicach jednej sieci społecznej – największego komponentu liczącego 107 740 osób. Te niewiarygodne dysproporcje dotyczą wszystkich ośrodków urbanistycznych w Ameryce. Biali nowojorczycy dokonują każdego roku średnio ~2 proc. przestępstw z użyciem broni palnej; ledwo łapią się na skali w statystykach.

Dystrybucja strzelanin w ramach sieci, zawierającej jednostki “spięte” rekordem aresztowań, fundamentalnie zmienia sposób postrzegania ryzyka. W artykule “Social Networks and the Risk of Gunshot Injury”, eksplorującym czarne dzielnice w Bostonie, Papachristos zamieścił taką złotą myśl: 

Im bliżej ofiary postrzału ktoś się znajduje, tym większe prawdopodobieństwo, że sam stanie się ofiarą. [The closer one is to a gunshot victim, the greater the probability of one’s own victimization.]

Empiryczna prawdziwość tego rozumowania, pomimo że brzmi ono banalnie, jest doniosła. Koniecznie należy podkreślić, że nawet ludzie, którzy w komunikatach medialnych wyglądają na z pozoru randomowe ofiary bezsensownej przemocy, mogli ucierpieć w strzelaninie tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze z powodu zawartej wcześniej znajomości albo stopnia pokrewieństwa (więzów krwi). Weźmy absolutnie skrajny przykład zabójstwa Jonylah Watkins, sześciomiesięcznej dziewczynki, na której ciele, po przewiezieniu na ostry dyżur i trwającej kilka godzin operacji, lekarze odkryli aż pięć otworów wlotowych po kulach.

Jej ojciec zaparkował minivana na poboczu, by zmienić córce pieluchę. Niebawem nadjechało drugie auto z plutonem egzekucyjnym w środku. Celem był oczywiście kierowca, nie dziecko. Papachristos zagłębił się w przeszłość Jonathana Watkinsa. Zgodnie z przewidywaniami, niemowlę zginęło, bo stanowiło najbliższy element (link) w sieci społecznej ojca, który miał długą kartotekę (w ciągu ostatnich trzech lat poprzedzających zamach aresztowano go 28x z siedemnastoma różnymi osobami) i wokół którego systematycznie narastała liczba ofiar. Gość dosłownie otaczał się śmiercią:  

Ze zgromadzonego materiału dowodowego można wyciągnąć proste konkluzje: przemocą z użyciem broni palnej nie kieruje wcale mechanika ślepego trafu; nie jest to również patogen przenoszony drogą powietrzną, jak fałszywie sugerował prezydent Obama [3]. Wielkomiejskie zabójstwa i strzelaniny ograniczają się do mikro-świata konkretnych jednostek o konkretnym profilu rasowym, połączonych relacjami o charakterze patologiczno-kryminalnym.

Przemoc w Ameryce – PODSUMOWANIE

__________________

[1] Proces wyludniania się miast Zachodniego Wybrzeża z czarnej populacji stanowi dobrze udokumentowany fakt. Jest taka świetna scena w “End of Watch” Ayera (u nas puszczali ten film pod tytułem “Bogowie ulicy”), kiedy grupka murzyńskich recydywistów w bardzo niepoprawnym politycznie tonie wymienia między sobą poglądy na temat aktualnej sytuacji panującej w Los Angeles z naciskiem na jej rasowy kontekst. Najstarszy z ekipy poucza swoich młodszych ziomali, że “czarnuch” to w tym mieście pomału gatunek zagrożony wyginięciem i z tego powodu potrzebny jest jakiś gest wewnątrzrasowej solidarności, by przywrócić dzielnicy wczorajszy koloryt. Terry Anderson, czarnoskóry mechanik z South Central, który w 1999 roku zasłynął ostrym przemówieniem w Kongresie dotyczącym kwestii niekontrolowanego napływu latynoskich imigrantów, obserwował te zmiany na własne oczy i nazwał je bez ogródek inwazją.

[2] In this analysis, almost 89% of Boston street segments and intersections never experienced a single ABDW-firearm incident between 1980 and 2008. Some 6% of street segments and intersections experienced a single ABDW-firearm incident during this same time period. Boston gun violence trends were largely generated by repeated incidents at less than 5% of its street segments and intersection; the gun violence epidemic and sudden downturn was almost completely driven by trends at about 3% of the city’s micro places that exhibited volatile concentrations of serious gun violence over time. (str. 16-17)

[3] Epidemia przemocy z udziałem broni palnej osiągnęła w naszym kraju punkt kryzysowy. Zgony i urazy spowodowane jej użyciem stanowią jedno z największych zagrożeń dla zdrowia publicznego i bezpieczeństwa amerykańskich obywateli. (Barack Obama, link)