W szpitalu, gdzie obowiązuje polityka “no guns allowed”. Tak, dobrze dedukujecie – to będzie kolejny wątek usiłujący przeniknąć logikę (albo jej brak) stojącą za koncepcją stref wolnych od broni.

Aleja Lansdowne w okręgu Darby, hrabstwo Delaware, Pensylwania. Jest czwartek, 24 lipca 2014 roku, dochodzi druga po południu czasu lokalnego. Na parkingu pod katolickim Szpitalem Miłosierdzia, ufundowanym przez małżeństwo Thomasa i May Fitzgeraldów, zatrzymuje się samochód, z którego wysiada Richard Plotts, pacjent sporadycznie leczący się w tej klinice, cierpiący na zaburzenia psychiczne, z kartoteką kryminalną sięgającą początków lat 90. XX wieku (w 1996 roku skazano go na równe osiemdziesiąt miesięcy za napad na bank, wcześniej zgarniano za drobnice, w tym nielegalne posiadanie broni) i długą historią przemocy domowej (wielokrotnie groził śmiercią byłej żonie, po rozwodzie prześladował ją przez ponad dekadę). Za paskiem spodni Plotts ukrywa staroświecki rewolwer marki Iver Johnson kaliber .32 ACP, a w kieszeniach kurtki zapasową amunicję (39 sztuk). Przekracza próg budynku, mija recepcję i kieruje się na oddział psychiatrii, a potem schodami na trzecie piętro, gdzie wyczekuje go w swoim gabinecie dr Lee Silverman. Wizyta była umówiona. 

Silverman wzywa do siebie pracownicę opieki społecznej, Therese Hunt, by towarzyszyła mu w trakcie spotkania. To rutynowa procedura. Plotts jest wyraźnie rozdrażniony, pada prośba, by usiadł, ten jednak stanowczo odmawia, krzątając się niespokojnie po pokoju. Od słowa do słowa i niespodziewanie wybucha kłótnia. Pacjent zaczyna się skarżyć z powodu obecności na drzwiach przy wejściu do instytutu tabliczki informującej, że jest to strefa wolna od broni; czuje się osobiście urażony treścią zakazu. Jego stan poirytowania nasila się. W końcu puszczają mu hamulce: wyciąga rewolwer i jeszcze w tej samej sekundzie strzela Hunt w twarz i mózg z bliskiej odległości. Kobieta ginie na miejscu. Następnie odwraca się z wycelowaną bronią w stronę Silvermana, który zrywa się z krzesła, chowa za biurkiem, po czym wydobywa z kieszeni kompaktowy pistolet.

Wymiana ognia między lekarzem a rozjuszonym gościem trwa kilkanaście sekund. Silverman oddaje sześć niezbyt precyzyjnych strzałów zza pulpitu, krytycznie raniąc napastnika w klatkę piersiową i ramię. Plotts, zanim osuwa się na podłogę gabinetu, naciska chaotycznie spust. Większość kul dziurawi szybę w oknie na tyłach pomieszczenia, jedna uszkadza kciuk Silvermana, a inna szczęśliwie ociera się mu o czubek głowy, zostawiając drobną bruzdę. Po chwili do Plottsa dopadają dwaj inni członkowie personelu – John D’Alanzo i Jeffrey Dekret – unieruchamiając mordercę i zabezpieczając rewolwer do przyjazdu policji.

Po prawej córka Silvermana z rysunkiem przedstawiającym
ojca i podpisem “Mój tata jest bohaterem”.

Silverman miał sporego farta. Życiorys jego niedoszłego oprawcy to sinusoida epizodów względnego spokoju przeplatających się z okresami wzmożonej przemocy. W tej całej historii dobra wiadomość jest taka, że tym razem “good guy” zwyciężył, zła natomiast – że zwyciężył tylko dlatego, iż ryzykując utratą pracy oraz cofnięciem pozwolenia na noszenie broni, postanowił świadomie złamać administracyjny zakaz i wnieść do gmachu centrum medycznego Fitzgeraldów prywatny pistolet. Musiał orientować się w meandrach mrocznej przeszłości swojego pacjenta i raczej nie był to pierwszy raz, kiedy pogwałcił wewnętrzny regulamin placówki. Szef policji w hrabstwie, w którym doszło do incydentu, Donald Molineux, zapewniał stłoczonych przed szpitalem dziennikarzy, że wedle najlepszej wiedzy, jaką posiada, psychiatra, ignorując ostrzeżenie o “gun free zone”, zapobiegł większej tragedii, minimalizując straty ludzkie do jednej ofiary:   

Uważam bez cienia wątpliwości, że lekarz uratował życie wielu ludziom. Gdyby nie jego broń, ten facet mógłby wyjść na korytarz i chodzić po pokojach aż do wyczerpania amunicji.

[Without a doubt, I believe the doctor saved lives. Without that firearm, this guy could have went out in the hallway and just walked down the offices until he ran out of ammunition.]

Prokurator okręgowy hrabstwa Delaware, Jack Whelan, wtórował:

Gdyby doktor nie miał przy sobie broni i gdyby nie zdecydował się jej użyć, byłby teraz martwy i sądzę, że inne osoby przebywające w budynku też byłyby martwe.

[If the doctor did not have a firearm, and the doctor did not utilize the firearm, he’d be dead today, and I believe that other people in that facility would also be dead.]

Dawna partnerka Plottsa, Kimberley Heron, w wywiadzie dla portalu “Daily Mail” wyraziła wdzięczność Silvermanowi, że swoją brawurową interwencją przyczynił się do schwytania jej eksmałżonka-psychopaty: 

Chcę się tylko spotkać z tym lekarzem i mu podziękować. Nie twierdzę, że chciałabym śmierci mojego byłego. Do nikogo nie żywię takich uczuć. Ale świat, w którym nie ma go już w pobliżu, jest światem bez porównania bezpieczniejszym. Oby nigdy nie wypuścili go z więzienia. Jeśli to zrobią, znowu kogoś skrzywdzi.

[I just want to meet the doctor and thank him. I am not saying I wish he had killed him, I would never feel that way about anyone, but a world where my ex is not around will be a much safer world. I hope he never gets out of prison — we will all be in trouble if he does.]

Najważniejsze info wyszło jednak od dyrekcji ośrodka. Rzecznik prasowy szpitala potwierdził, że bohaterski psychiatra będzie mógł podjąć przerwaną praktykę i nie będą wobec niego wyciągane żadne konsekwencje. Nieco później facebookowy profil Mercy Health System zaktualizowano o następującą deklarację:

Jesteśmy pełni wdzięczności za szybkie i odważne działania, których podjęli się dr Lee Silverman, dr Jeffrey Dekret, John D’Alonzo oraz inni pracownicy i goście podczas wczorajszego tragicznego zajścia. (…) Nie możemy się doczekać powrotu dr Silvermana do pracy z pacjentami naszego szpitala.

[We are thankful for the swift action of Dr. Lee Silverman, Dr. Jeffrey Dekret, John D’Alonzo and the other colleagues and visitors who took brave and difficult action during yesterday’s tragic event. (…) We look forward to Dr. Silverman’s return to serving patients at our hospital.]

Czy zarząd ostatecznie zdecydował się na zdjęcie tabliczki GFZ z frontowych drzwi – tego nie wiem. W oświadczeniu mowa jest tylko o tym, że proces rewidowania zasad polityki bezpieczeństwa placówki jest w toku, cokolwiek miałoby to oznaczać (We are reviewing our policies and procedures to ensure a safe environment). Duże zmiany szykują się natomiast na publicznych uniwersytetach w The Gunshine State w związku z wydarzeniami z 21 listopada 2014 roku.

Parę minut po północy z czwartku na piątek w całodobowej bibliotece Uniwersytetu stanowego Florydy w Tallahassee jakiś mężczyzna otworzył ogień do zgromadzonych w środku studentów (w sumie było ich tam ponad trzystu, przygotowujących się do kończących semestr egzaminów). Nikt nie zginął, trzy osoby zostały ranne (jedną w stanie krytycznym przewieziono na urazówkę, inna cudem uniknęła kontaktu z kulami, które utkwiły w książkach schowanych w plecaku), a policja wyjątkowo zdążyła na czas i zdjęła zamachowca ze sceny. Napastnikiem był niejaki Myron May, niezrównoważony psychicznie absolwent wydziału prawa tejże uczelni, utrzymujący, że jest śledzony przez rząd USA. Na swoim profilu na Facebooku zamieszczał linki do tekstów sugerujących, jakoby władze potrafiły czytać w umysłach i posługiwały się telepatią.

W momencie ataku w kompleksie bibliotecznym Stroziera znajdowało się również dwóch członków organizacji Students for Concealed Carry – oddolnego ruchu powstałego w 2007 roku świeżo po masakrze w Virginia Tech i zrzeszającego studentów-aktywistów działających na rzecz upowszechnienia prawa do noszenia broni ukrytej – anonimowy weteran amerykańskiej piechoty oraz cywil nazwiskiem Nathank Scott (odniósł niegroźny uraz nogi w konfrontacji z Mayem). Obydwaj zgodnie twierdzą, że mogli zneutralizować strzelca na długo przed przybyciem policji – gdyby dysponowali bronią osobistą. Wojskowy miał zamachowca podanego jak “na tacy”, wystarczyło jedynie nacisnąć spust pistoletu (którego nie posiadał), z kolei Scott, mimo doznanych obrażeń, nie spanikował i nie uciekł z pomieszczenia, zamiast tego alarmował innych uczniów o grasującym w bibliotece uzbrojonym psychopacie. Niestety, ich, jak to się ładnie określa w żargonie mówców motywacyjnych, proaktywna postawa, na skutek absurdalnych przeszkód ustawowych, z konieczności ograniczała się do biegania po sali i robienia uników. 

Obecne stanowe regulacje na Florydzie zezwalają gościom, pracownikom i absolwentom państwowych szkół wyższych na trzymanie broni palnej w granicach kampusów, ale tylko pod warunkiem, że zostawią ją w samochodzie na parkingu, zamkniętą i rozładowaną. Z oczywistych względów prawo w takim kształcie całkowicie uniemożliwia jakąkolwiek skuteczną interwencję w sytuacji kryzysowej, kiedy liczą się sekundy, a najbliższy radiowóz jest o pięć minut drogi od epicentrum zdarzeń. Liderzy SCC opublikowali nawet list otwarty, w którym wyłożyli kawa na ławę, co sądzą o legislacji sprowadzającej studentów do roli ofiar. Reakcja prawników była zaskakująco szybka – już dwa projekty ustaw depenalizujące noszenie broni na obszarze osiedli uniwersyteckich przez posiadaczy stosownej licencji czekają na przyjęcie do porządku obrad, co zaplanowano na przyszłoroczną sesję parlamentu. Oby tylko tym razem skończyło się inaczej niż w roku 2011, gdy podobna inicjatywa przepadła za sprawą republikańskiego weta.

Jeśli szukać prawdy w internetowych ankietach [1] (które, że przypomnę, są nienaukowe, niereprezentatywne i niemiarodajne), poparcie dla luzowania przepisów jest znaczące. Dzień po incydencie w bibliotece FSU portal News4Jax (serwis informacyjny miasta Jacksonville, największej aglomeracji na Florydzie) uruchomił na swoich stronach bardzo racjonalnie skonstruowaną sondę. Rzadko można spotkać ankietę dotyczącą kwestii broni palnej wyrażoną za pomocą tak nieemocjonalnego języka i z tak logicznym zestawem pytań. Zazwyczaj bowiem wszelkie tego typu badania apelują do sfery odczuć respondentów (patrz sonda dla mieszkańców Michigan przy artykule na temat pośredników handlu nieruchomościami, którzy noszą broń w pracy), w tym wypadku zaś mamy do czynienia z koncentracją uwagi odbiorcy na rozwiązaniach stricte systemowych, w dodatku spory kawał tekstu poświęcono wypowiedziom adwokatów “campus carry”, dzięki czemu felieton nie wykazuje jakże charakterystycznego dla mediów hoplofobicznego odchylenia. W efekcie rozkład odpowiedzi generuje stosunek 15 do 1 na korzyść zwolenników broni (normalnie w sondach internetowych wskaźnik ten oscyluje w przedziale 3-4:1). Poniżej zrzuta ekranowa z wczoraj, tj. z 14/12/2014: 

bron_palna_ankieta

Czyli wszystko zależy od selekcji pytań i ogólnego “feelu” artykułu, który towarzyszy ankiecie. Podejrzewam, że gdyby dla odmiany wstawić obrazek płaczącej (białej) kobiety i dać tytuł w klimatach “straciła dziecko w strzelaninie”, po czym puścić ciurkiem tekst sumujący zło wyrządzone przez broń palną i ułożyć sondę odwołującą się do poczucia strachu/obaw/wzruszeń czytelników portalu, wyniki z pewnością byłyby bardziej skrzywione w kierunku hoplofobii. Hoplofobia – słownikowo – to irracjonalny lęk przed bronią, który, aby istnieć w masowej świadomości, musi być regularnie podsycany.

_________________

[1] Kto szuka prawdy, nie powinien liczyć głosów [Er, der die Wahrheit sucht, darf nicht die Stimmen zählen] – polecam pod rozwagę. Cytat za Gotthold Ephraim Lessing, “Dzieła wybrane”.