Federalne ustawodawstwo normujące kwestię “stref wolnych od broni” (tzw. Gun-Free Zones, potocznie i w skrócie: GFZ) Ameryka zawdzięcza Republikanom w tym sensie, że głosowania za ich ustanowieniem odbywały się zawsze podczas kadencji republikańskiego prezydenta (naturalnie poparcie Demokratów dla tej legislacji było kategoryczne i absolutne). Za Busha Seniora najpierw przepchnięto nieszczęsną Gun-Free School Zones Act (zobacz więcej tu), a potem niejaki Donald J. Atwood, zastępca sekretarza obrony, wydał dyrektywę, nakazującą rozbrojenie praktycznie wszystkich pracowników cywilnych i wojskowych przebywających na terenie obiektów militarnych w USA. Nie trzeba się wielce doktoryzować z nauk społecznych ani legitymować dyplomem ukończenia kryminologii, aby zgadnąć, które cele najczęściej stają się areną egzekucji dokonywanych przez wielokrotnych morderców.

John Lott przy każdej okazji cierpliwie akcentuje znaczenie tego fenomenu w rozmowach ze zwolennikami kontroli broni – motywacja zamachowców może być różna (atak terrorystyczny, zemsta powodowana frustracją, pragnienie zyskania sławy, seksualna niepewność itd.), mogą być oni również emocjonalnie zżyci z danym miejscem, nie zmienia to jednak podstawowego faktu, że oto w ujęciu statystycznym i z perspektywy długoterminowej, licząc od wczesnych lat pięćdziesiątych XX wieku, poza dosłownie paroma wyjątkami [1], do wszystkich publicznych masakr niepowiązanych z działalnością stricte przestępczą (wojny narkotykowe o rynki zbytu, uliczne rozboje, akcje odwetowe rywalizujących ze sobą gangów etc.), w których ginęły więcej niż cztery osoby [2], dochodziło w lokalizacjach, gdzie obowiązywał prywatny, stanowy albo federalny zakaz noszenia broni palnej [3]:

Poniżej uszeregowany z pominięciem chronologii katalog masowych morderstw (także spoza Stanów Zjednoczonych), istotnych w kontekście dyskusji o polityce gun-free zones. Są w tym zbiorze przypadki zamachów nieudanych, tj. zdarzeń z potwierdzoną interwencją uzbrojonego cywila (głównie właściciela licencji na noszenie broni ukrytej, ale okazjonalnie też policyjnego stróża dorabiającego do emerytury, ewentualnie żołnierza w rezerwie), który albo kompletnie zapobiegł rozlewowi krwi, albo zminimalizował liczbę rannych i zabitych. Będę je dodatkowo podkreślał czerwoną linią.

Brunswick, Georgia, rok 1915
Historycznie pierwsza publiczna strzelanina w XX-wiecznej Ameryce, którą badacze potrafią dobrze zidentyfikować (zobacz s. 25). Sprawcą był niejaki Monroe Phillips, lokalny biznesmen oraz handlarz nieruchomościami. Przegrawszy z kretesem serię procesów sądowych, winą za swoje niepowodzenia obarczył senatora, burmistrza i prominentnego adwokata o nazwisku Harry Dunwoody. Doprowadzony do wrzenia, Phillips chwycił za dwururkę i po zdmuchnięciu głowy pana polityka wyszedł na miasto, grzejąc na oślep do przechodniów. Łącznie zginęło sześć osób, a +30 odniosły rany. I teraz najciekawsza rzecz: PIERWSZY MASOWY MORD W XX STULECIU Z UŻYCIEM BRONI PALNEJ ZOSTAŁ STŁUMIONY PRZEZ UZBROJONEGO CYWILA. Ofiar mogło być sporo więcej, gdyby nie przytomna reakcja prawnika, E. C. Buttsa. Draśnięty w nogę przelatującą kulą, pobiegł do sklepu z narzędziami, zakupił strzelbę, zakradł się na tyły apteki, w której przebywał morderca, i z pomocą jakiegoś młodzieńca z pistoletem zdołał trafić Monroe’a w nerki. Obrażenia okazały się śmiertelne.

Strzelnica w Chorzowie, Polska, rok 2014
25-letni mieszkaniec Kielc przyszedł na strzelnicę jak każdy pospolity klient, wpisał się do księgi gości, wypożyczył broń i przez blisko dwie godziny trenował strzelanie pod nadzorem emerytowanego policjanta, wyczekując na odpowiedni moment do ataku. Gdy pomieszczenie się wyludniło, odwrócił się do instruktora i kilkanaście razy nacisnął na spust, z zimną krwią zabijając mężczyznę, po czym spakował do torby sześć egzemplarzy broni i ruszył w stronę wyjścia. Nietypowy odgłos strzałów zaalarmował dziewczynę w biurze. Kobieta sprawdziła monitoring i natychmiast wezwała szefa. Ten kazał jej uciekać i zadzwonić po pomoc, a sam stanął w drzwiach budynku i odpowiadał ogniem, ilekroć napastnik próbował opuścić obiekt. Po paru minutach chłopak stracił wolę walki i oddał się w ręce policji. Wszystko wskazuje na to, że przy użyciu skradzionej broni planował dokonać masakry w centrum handlowym:

Dramatyzmu całej sprawie przydaje fakt, że opisane zajście powinno się raczej rozpatrywać w kategoriach cudu niż normalnej, spodziewanej, rutynowej reakcji na zaistniałe zagrożenie – gospodarz był tamtego dnia nie tylko fizycznie obecny na miejscu zdarzenia (co należy uznać za fartowny zbieg okoliczności), ale również jako jedyny włodarz strzelnicy na Śląsku posiadał zezwolenie na broń palną do ochrony osobistej, które z trudem wyżebrał od decydentów z komendy wojewódzkiej (w tym aspekcie ciągle dominuje w Polsce reglamentacja uznaniowa i wszelkie decyzje orzekane są na niekorzyść petentów).

Restauracja Zona Caliente, Arlington, Teksas, rok 2017
Przy ciele zamachowca znaleziono dwie sztuki broni palnej i dwa noże. Mężczyzna szykował się do przetrzebienia biesiadników. Pytał ludzi, czy należą do meksykańskiej mafii albo czy są członkami kartelu. Zdążył zamordować menadżera restauracji, zanim zginął od kul “dobrego Samarytanina”, który wraz z żoną kończył obiad:

Restauracja McDonald’s, Birmingham, Alabama, rok 2018
Kiedy kierownik fast foodu uchylił drzwi, aby wypuścić ostatnich gości (ojca z dwójką synów), do wnętrza przedostał się recydywista w kominiarce i dosłownie sekundę później rozpoczął ostrzeliwanie lokalu. Jego gwałtowne, irracjonalne zachowanie sugeruje, że motywem ataku była nie tylko napaść rozbójnicza, lecz także chęć zrobienia krzywdy przypadkowym osobom (wiadomo też, że sędzia cofnął mu wyrok w zawieszeniu, co oznaczało dla niego nieuchronny powrót za kratki). Szczęśliwie wychodzący mężczyzna sięgnął po broń i śmiertelnie ugodził furiata, odnosząc przy okazji niegroźne dla życia obrażenia.

Warsztat samochodowy, Rockledge, Floryda, rok 2017
Dwóch posiadaczy licencji na skryte noszenie broni krytycznie raniło niedoszłego kamikadze, który bez ostrzeżenia otworzył ogień do klientów i personelu firmy Schlenker Automotive. W strzelaninę z agresorem wdał się najpierw właściciel serwisu, lecz niebawem pośpieszył mu z odsieczą anonimowy pracownik. Szef policji ujawnił na konferencji prasowej, że podejrzany miał przy sobie zapasowe magazynki do pistoletu i że nic nie łączyło go z warsztatem:

Impreza szkolna w parku, Titusville, Floryda, rok 2018
Napastnik zaatakował w miejscu, w którym bawiło się przeszło 150 dzieci. Natychmiast został powalony przez uzbrojonego cywila strzałem w głowę. Nikt inny fizycznie nie ucierpiał. Policja: We are extremely grateful that nobody else was injured in this incident. This suspect opened fire at a crowded public park, this could have been so much worse. (link)

Gabinet dentystyczny, Kingsport, Tennessee, rok 2019
Mężczyzna wtargnął do poczekalni, zastrzelił swoją żonę, po czym zaczął mierzyć z broni do znajdujących się w środku ludzi. Świadkiem zdarzenia był umówiony na wizytę pacjent, który błyskawicznie zareagował – wyciągnął rewolwer i unieszkodliwił mordercę. Szeryf hrabstwa Sullivan, Jeff Cassidy, nazwał interweniującego starszego pana bohaterem: w porę dostrzegł zagrożenie, podjął działania zgodne z prawem i, nie bacząc na niebezpieczeństwo, próbował zapobiec większemu nieszczęściu.

Restauracja Louie’s Grill & Bar, Oklahoma City, Oklahoma, rok 2018
Licencjonowany ochroniarz cierpiący na urojenia prześladowcze zasypał gradem kul budynek restauracji. Przez frontowe okno trafił trzy losowe dziewczyny, żadnej jednak nie zabił. Nosił stopery do uszu i plastikowe okulary. Atak został przerwany przez dwóch cywilów (na zdjęciu) – żołnierza sił powietrznych w stanie spoczynku, który spacerował akurat z rodziną po okolicy, i ochroniarza z pobliskiego superkameretu (po prawej). Zaraz po usłyszeniu strzałów, obydwaj popędzili na parking do swoich samochodów po broń.

Baza armii amerykańskiej Fort Hood, Killeen, Teksas, rok 2009
Fort Hood jest placówką wojskową, gdzie teoretycznie nie powinno dojść do rzezi, skutkującej 13 ofiarami śmiertelnymi i 29 rannymi. Kompleks nie został wybrany na oślep. Nidal Malik Hasan, służący w armii jako psychiatra, strzelał do bezbronnych żołnierzy oraz pracowników cywilnych przez +dziesięć minut – do momentu aż nie zjawiła się policja. Już po wszystkim wyszło na jaw, że przebywający w bazie personel miał zakaz przenoszenia broni palnej, która była składowana w oddzielnym pomieszczeniu w depozycie pod okiem komendanta żandarmerii wojskowej. Większość dzienników tradycyjnie przemilczała ten detal. Tymczasem generał Robert Cone oświadczył:

W Fort Hood nie nosimy broni – to jest nasz dom. [As a matter of practice, we do not carry weapons — this is our home.]

Kontraktowy specjalista wojskowy, Jerry Richard, którego szczęśliwie nie było wtedy w bazie, wyłożył kawa na ławę, co myśli:

Na misji jesteś gotowy na takie wypadki, a tutaj nie możesz się nawet bronić. [Overseas you are ready for it. But here you can’t even defend yourself.]

Małżonka jednego z postrzelonych żołnierzy, Mandy Foster, na pytanie CNN, co sądzi o tym, że jej mąż ma niebawem wyjechać do Afganistanu, odpowiedziała:

Tam przynajmniej jest bezpieczny i może użyć broni w razie zagrożenia. [At least he’s safe there and he can fire back, right?]

Kościół baptystów, Sutherland Springs, Teksas, rok 2017
Było.

Kościół Jezusa Chrystusa, Nashville, Tennessee, rok 2017
Było.

Boiling Springs, Karolina Południowa, rok 2012
Było.

Kafeteria Luby’ego, Killeen, Teksas, rok 1991
Było.

Centrum handlowe Westgate Mall w Nairobi, Kenia, rok 2013
Było.

Sklep Walmart, Tumwater, Waszyngton, rok 2018
Pastor, ojciec piątki dzieci, zabija szaleńca, który postrzelił trzy osoby przed supermarketem.

Uniwersytet Bacha Khan w prowincji Khyber Pakhtunkhwa, Pakistan, rok 2016
Czasami zdarzają się przypadki, gdy cywilny obrońca ginie w starciu z lepiej wyposażonym i bardziej zdeterminowanym przeciwnikiem. Tak było niedawno – 4 fanatycznych, talibańskich bojówkarzy zaatakowało uniwersytet w Pakistanie, mordując 22 osoby i raniąc kolejne +50. Ich ofensywę wyhamował nauczyciel chemii, 27-letni Syed Hamid Husain, ściskając w dłoni kompaktowy pistolet. Dla porównania: oni mieli kamizelki kuloodporne, karabiny maszynowe i granaty. Ostatecznie mężczyzna poległ na korytarzu uczelni, ale jego poświęcenie nie poszło na marne – zdołał uratować wielu studentów, którzy, wykorzystając okazję, bunkrowali się w pokojach i uciekali przez okna. Jeden ze świadków strzelaniny zeznał potem, że terroryści stracili piętnaście minut na wymianę ognia z Syedem.

Świątynia Sikhów, Oak Creek, Wisconsin, rok 2012
Satwant Singh Kaleka, wymachując nieporadnie nóżem do masła, w akcie desperacji wybiegł naprzeciwko neonazisty, uzbrojonego w Springfielda XD(M), stając się tym samym pierwszą ofiarą masakry w świątyni Sikhów. Jego śmierć – nazwana później w mediach “bohaterską” – spowolniła napastnika, co nie uchroniło jednak od kul sześciu innych osób.

Dlaczego kapłan miał przy sobie nóż kuchenny? Ponieważ wnoszenie broni palnej na teren świątyni było zabronione, a pracownicy zachęcani do przestrzegania tego prawa:

Żadnej broni. Wszyscy wiedzą, że broń jest zabroniona w całej świątyni. [No guns were allowed in the temple. Everyone knows that it’s not allowed, anywhere in the temple.]

Niektórzy spośród członków diaspory, zwłaszcza ci preferujący ceremonialne kirpany jako element stroju religijnego, zaczęli ostrożnie kwestionować sensowność restrykcji i rozważać zabieranie ze sobą także broni palnej.

Kino Century, Aurora, Kolorado, rok 2012
W okolicy czynnych było siedem kin, wyświetlających Mrocznego Rycerza w ramach seansów o północy, rozproszonych w odległości 3-20 minut jazdy od domu zabójcy, ale tylko w jednym ustanowiono zakaz wnoszenia broni – i do niego właśnie wtargnął James Eagan Holmes, masakrując dwanaście osób. W pamiętniku mordercy można przeczytać, że najpierw chciał uderzyć na lotnisku, lecz zorientowawszy się, jak dobrze chroniony jest terminal pasażerski, ostatecznie zaniechał pierwotnej koncepcji. I choć z dalszej lektury diariusza wynika, iż nie traktował GFZ jako czynnika decydującego przy wyborze obiektu kinowego (bardziej liczyły się dla niego takie parametry miejsca jak położenie sali w stosunku do całości multipleksu, rozlokowanie wyjść i korytarzy ewakuacyjnych czy też możliwość łatwego zablokowania drzwi łańcuchem), to trudno polemizować z efektem końcowym jego działań – padło akurat na taki budynek, co do którego istniała największa pewność, że będą w nim bezbronni ludzie. 

Centrum handlowe w pobliżu Happy Valley, Oregon, rok 2012
Gęsto zaludniony pasaż w Clackamas Town Center w szczycie gorączki przedświątecznych zakupów. Do środka wpada 22-letni Jacob Tyler Roberts w masce hokejowej, wyposażony w karabinek AR-15. Morduje dwie osoby, rani jedną, po czym zabija się z własnej broni.

Dlaczego rozjuszony psychopata w zatłoczonej galerii uśmierca ledwo dwoje ludzi? Bo na posterunku był Nick Meli, który skonfrontował się z szaleńcem. Gdy tylko spostrzegł, co się dzieje, schował się za filarem, wyciągnął pistolet i wycelował w zamaskowanego świra, ale na skutek zbyt dużego tłoku nie zdecydował się nacisnąć spustu. Roberts zauważył Nicka, lecz z powodu awarii mechanizmu ryglującego wstrzymał ogień i wycofał się na klatkę schodową. Ponieważ ponowne spotkanie oko w oko z uzbrojonym cywilem było dla niego nieopłacalne, to uporawszy się z defektem w karabinku, popełnił samobójstwo strzałem w głowę.

Pearl, Missisipi, rok 1997
16-letni Luke Woodham zabił matkę, wziął sztucer myśliwski ojca, upchał po kieszeniach tyle amunicji, ile się tylko dało, po czym wsiadł za kółko i zajechał pod ogólniak (The Pearl High School), gdzie zastrzelił dwie osoby (w tym swoją byłą dziewczynę) i zranił siedem innych. Ofiar mogło być bez porównania więcej, gdyby nie szybka reakcja wicedyrektora szkoły, Joela Myricka, eks żołnierza, który wybiegł z budynku po pistolet schowany w samochodzie.

Woodham strzelał i przeładowywał bez opamiętania. Kiedy usłyszał syreny radiowozów, rzucił się w kierunku auta. Jak ustalono w toku śledztwa, chciał zajechać pod położoną niedaleko szkołę i dalej zabijać. Plany pokrzyżował mu Myrick – stanął twardo przy bramie wyjazdowej z parkingu i wycelował w przednią szybę pojazdu. Woodham, widząc lufę wymierzoną w swoją głowę, rozbił samochód. Dyrektor natychmiast podbiegł do dzieciaka i trzymał go na muszce aż do przyjazdu policji.

San Ysidro, San Diego, Kalifornia, rok 1984
8 lipca o godzinie 16:00 James Oliver Huberty, czterdziestoletni bezrobotny w wojskowych spodniach i czarnym trykocie, wszedł do restauracji McDonald’s i przez następne 77 minut zabijał stołujących się w środku klientów. Egzekucja w San Ysidro na zawsze zmieniła sposób działania policyjnych jednostek taktycznych.

Pierwszy zjawił się na wezwanie funkcjonariusz Miguel Rosario, kompletnie nieprzygotowany do interwencji, ze służbowym rewolwerem przy pasie. Chwilę później przybyła kawaleria, jednakże na skutek obowiązujących wówczas regulacji, zabraniających policyjnym oddziałom uderzeniowym otwierać ogień bez zatwierdzenia ataku przez dowódcę, operatorzy SWAT stali bezczynnie przed restauracją i czekali na swojego pryncypała, który utknął gdzieś w korku po drodze. Dotarcie na miejsce rzezi zajęło mu dobre pół godziny. Gdy w końcu zajechał, było praktycznie po wszystkim. Czynnikiem utrudniającym działania była dodatkowo konstrukcja budynku. Terrorysta zajmował obiekt, który podczas budowy podwyższono o ponad metr na specjalnym wspornikowym murze biegnącym wzdłuż trzech stron baru. W rezultacie ekipa ratunkowa dysponowała ograniczoną widocznością – w odróżnieniu od zabójcy, który miał idealny ogląd sytuacji na zewnątrz.

Huberty został ostatecznie zdjęty przez policyjnego snajpera. Zdążył zamordować 21 osób (w tym pięcioro dzieci), a zranić dziewiętnaście. Szaleniec skrupulatnie wybierał punkt na mapie: pierwotnie chciał uderzyć na poczcie, potem w supermarkecie. Teoretycznie w roku 1984 na terenie hrabstwa można było nosić ukrytą broń po otrzymaniu zezwolenia, realnie – uzyskanie kwitu graniczyło z cudem (San Diego to jurysdykcja typu no-issue).

Rynek miejski, Jerozolima, Izrael, rok 1984
O istnieniu tego zamachu w rocznikach statystycznych przypomniał Amerykanom izraelski policjant i prof. kryminologii, Abraham Tennenbaum, na łamach “Baltimore Sun” (artykuł z 26 października 1991 roku) w kontekście masakry w teksańskim Killeen. Oto trzech uzbrojonych w karabiny maszynowe i granaty terrorystów otworzyło ogień do zgromadzonych na placu w Jerozolimie przechodniów. Zdołali śmiertelnie postrzelić tylko pojedynczą osobę. Zanim się rozkręcili, padli od kul cywilów pod bronią. Jeden z ocalałych Arabów wspominał później, że jego ekipa nie miała pojęcia, iż Izraelczycy mogą publicznie nosić ukrytą broń. (Neutralizing the shooter after the first round of shooting could save a lot of innocent lives. A similar case happened a couple of years ago in Jerusalem. Three terrorists carrying automatic weapons and grenades attacked civilians crowded at the city’s densest junction. Only one person was killed, though many were injured. The small number of victims was explained by the quick response of civilians who used their personal handguns against the attackers.)

EDIT: “New York Times” pisał w 1984 roku o jednym zabitym terroryście: Israeli storekeepers and pedestrians pulled pistols, chased one of the terrorists and fatally wounded him. (link)

Blacksburg, Wirginia, rok 2007
W kwietniu 2007 roku Cho Seung-huim, wyposażony w pistolety Walthera P22 i Glocka 19, zastrzelił 32 osoby na terenie Politechniki i Uniwersytetu Stanowego Wirginii. Media ochrzciły tę egzekucję mianem “masakry w Virginia Tech”.

Niecały rok wcześniej Christopher Gilbert, republikański deputowany do stanowej legislatury, przedłożył w parlamencie projekt ustawy, zabraniający publicznym uczelniom zakazywania studentom wnoszenia broni na teren kampusu uniwersyteckiego. Władze VT oprotestowały inicjatywę, która wkrótce potem przepadła w głosowaniu. Ich rzecznik prasowy, Larry Hincker, z ulgą przyjął wiadomość o kasacji uchwały:

Społeczność akademicka docenia działania władz uczelni. Pomogą one przebywającym na terenie uniwersytetu rodzicom, studentom, pracownikom oraz gościom czuć się bezpiecznie. [The university community is appreciative of the General Assembly’s actions because this will help parents, students, faculty and visitors feel safe on our campus.]

Cho Seung-huim nie szukał nikogo konkretnego – po prostu wędrował korytarzami i strzelał. Oprócz studentów, wśród zabitych znaleźli się także wykładowcy. Jak relacjonowały media, “wyjątkowym poświęceniem” wykazał się pochodzący z Rumunii profesor Liviu Librescu, który własnym ciałem zablokował wejście do auli wykładowej, aby studenci mogli uciec przez okna. Napastnik ustrzelił go w końcu przez zamknięte drzwi. Wyczyn starszego pana upamiętniły wszystkie światowe serwisy informacyjne i agencje prasowe. Niestety na terenie Uniwersytetu obowiązywał całkowity zakaz posiadania, noszenia i przechowywania broni palnej zarówno przez studentów, gości z zewnątrz, jak i etatowych pracowników uczelni, dlatego rumuński inżynier jedyne, co mógł zrobić, to w akcie desperacji zatarasować drzwi; użycie broni w celu zabicia psychopaty nie wchodziło w rachubę. 

Miami, Floryda, rok 1982
Na godzinę przed incydentem Carl Robert Brown, żołnierz amerykańskiej marynarki wojennej zwolniony ze służby z honorami, w cywilu nauczyciel historii, odwiedził 10-letniego syna i zapytał, czy nie zechciałby on dołączyć do tatusia, który tamtego ranka zamierzał zabić wielu ludzi, a przejażdżkę po mieście zakończyć wizytą w pobliskim ogólniaku Hialeah Junior. Nie wiadomo, jakiej odpowiedzi udzielił na to pytanie dzieciak, niemniej w swoją ostatnią podróż Brown udał się samotnie.

Około godziny jedenastej czasu lokalnego podjechał na rowerze pod sklep spawalniczy Boba Moore’a ze zwieszoną z pleców na pasku strzelbą. Niemal natychmiast po wejściu do środka zaczął strzelać. W sumie zabił osiem osób, zranił zaś trzy, które jakimś cudem zdołały wybiec ze sklepu na ulicę i uniknąć kolejnych kul. Nikt nie stawiał oporu ani nie odpowiedział ogniem. Brown spokojnie przeładował strzelbę, wyszedł z budynku, wsiadł na rower i popedałował w stronę ogólniaka, gdzie planował dokończyć dzieła zniszczenia. Świadkowie wspominali, że jak na kogoś, kto przed chwilą dokonał masowego mordu, wyglądał na rozluźnionego.

Na nieszczęście dla Browna o egzekucji usłyszał Mark Kram, pracownik pobliskiego sklepu z narzędziami. Nie zastanawiał się długo: chwycił rewolwer, wskoczył do auta i ruszył w pogoń za mordercą. Po drodze zdążył jeszcze zgarnąć z ulicy kumpla, Ernesta Hammetta. Obydwaj dopadli Browna sześć przecznic dalej, niedaleko portu lotniczego Miami. Zgodnie z tym, co później zeznał Kram, najpierw oddał strzał ostrzegawczy w kierunku zabójcy – tyle że zamiast ostrzec, pocisk trafił go w plecy. Rozjuszony wojak nawrócił rowerem i wymierzył strzelbę w swoich prześladowców, lecz oni byli szybsi: wbiegli na niego, wpychając z całym impetem na betonowy słup. Brown zwalił się z roweru i po chwili umarł. W kieszeniach miał pozostawione dwadzieścia nabojów.

Kenilworth, przedmieścia Kapsztadu, RPA, rok 1993
Do kościoła pod wezwaniem św. Jakuba wparowało czterech żołnierzy z militarnego skrzydła Kongresu Panafrykańskiego, zaopatrzonych w broń maszynową (karabiny R4 używane przez siły zbrojne RPA) i ręczne granaty M26. Ich celem była eksterminacja jak największej liczby zgromadzonych w środku wiernych, a znajdowało się tam wtedy prawie tysiąc czterystu ludzi. Żeby dopełnić dzieła zniszczenia, zamierzali obrzucić gmach kościoła koktajlami Mołotowa i spalić budynek na popiół. Ostatecznie zabili 11 osób, ranili 58, po czym… uciekli w popłochu. 

Powodem pośpiesznego odwrotu zamachowców był misjonarz, Charl van Wyk, który sięgnął po rewolwer i ugodził jednego z napastników. Wystarczyło kilka nieszczególnie precyzyjnych strzałów z drugiej strony, by odwrócić bieg wypadków i pokrzyżować plany morderców. Jeden strzał jest czasami tym, co robi różnicę między życiem a śmiercią. 

Skromny misjonarz napisał książkę upamiętniającą tamte wydarzenia – “Shooting Back”; nieco wcześniej w 2004 roku założył organizację działającą na rzecz upowszechnienia broni palnej wśród cywilów w RPA (Gun Owners of South Africa/GOSA):

National Shooting Club w Santa Clara, Kalifornia, rok 1999
Zegar wskazywał dwunastą w południe, gdy ubrany na czarno Richard Gable Stevens, lat 21, po raz pierwszy przekroczył próg strzelnicy w Santa Clara. Spędził kwadrans rozglądając się za bronią, którą mógłby wypożyczyć. Jego uwagę przykuł jeden konkretny egzemplarz – Colt Sporter w kalibrze 9 mm z 32-nabojowym magazynkiem. Obejrzawszy karabinek, wręczył go obsłudze, po czym wyszedł bez słowa.

Wrócił jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, gdy ostatni pracownicy zamykali już strzelnicę i przylegający do niej sklep. Wypożyczył Colta Sportera, zapłacił za dwa pudełka amunicji i poinformowany przez personel, że do zamknięcia pozostało niewiele ponad pół godziny, udał się na stanowisko strzeleckie. Oprócz niego wewnątrz znajdowały się trzy osoby – kasjerka, sprzątacz oraz młody instruktor z ukrytym w kaburze pod koszulą Glockiem. Stevens spytał ich, czy są uzbrojeni. Gdy zaprzeczyli, ruchem broni wskazał na drzwi wyjściowe na parking przed budynkiem. Szedł tyłem w taki sposób, żeby przez cały czas mieć na celowniku trójkę zakładników. Mężczyzna z Glockiem ustawił się na przedzie.

Skręcili za róg. W tym momencie Stevens ujawnił swoje zamiary, oznajmiając bez emocji, że wszystkich zabije. Kiedy na sekundę obejrzał się za siebie, instruktor błyskawicznie chwycił pistolet i wygarnął do niego dwukrotnie, trafiając w ramię i pierś. Niedoszły morderca runął na glebę i w takiej pozycji doczekał do przyjazdu policji. 

Stevens planował kontynuować zabijanie w innym miejscu. W zarejestrowanym na niego samochodzie zaparkowanym nieopodal strzelnicy policja znalazła szczegółowy grafik dnia. Po wrzuceniu ciał pracowników do kontenera na śmieci, jego następnym celem miał być klub nocny The Usual, gdzie swego czasu pracował jako wykidajło.

Relacja z wydarzeń w formie wspomnień nieustraszonego cywila do poczytania tu

Salt Lake City, Utah, rok 2012
News, który oczywiście nie przedostał się do ogólnokrajowych dzienników; puścili go tylko w regionalnych. Krótko – jakiś wariat wszedł do spożywczaka, zakupił nóż i dosłownie po chwili zaczął atakować przypadkowych klientów, dźgając ich bez opamiętania. Dwie osoby zostały ciężko ranne – jedna w klatkę piersiową, druga w głowę. Zanim psychol dopadł do kolejnej, atak powstrzymał anonimowy cywil. Wyciągnął broń i wymierzył w furiata, ostrzegając, że jeśli nie odłoży noża, zabije go. Delikwent posłuchał. W tym momencie pozostali statyści dopadli do niego i unieruchomili mu ręce.

Szkoła The Mercaz HaRav, Jerozolima, Izrael, rok 2008
Alaa Abu Dhein, Palestyńczyk, lat 26, działał sam. Wszedł do budynku szkoły niosąc pudło, w którym schował samoczynną wersję AK-47 i zapas magazynków. Szacuje się, że w ciągu 20 minut wystrzelił 500-600 nabojów, zabijając osiem osób i raniąc 11. Zginął od kul Yitzchaka Dadona, cywila, studenta, który wybiegł z uczelni, wspiął się na dach sąsiedniego budynku i dwoma precyzyjnymi strzałami ze swojego prywatnego karabinu zdjął napastnika:

Wyłonił się z biblioteki, siekając na wszystkie strony z automatu. Gdy zbliżył się do wyjścia, strzeliłem mu dwa razy w głowę. [He came out of the library spraying automatic fire… the terrorist came to the entrance and I shot him twice in the head.]

Uniwersytet Teksański, Austin, rok 1966
Latem roku 1966 w krótkim odstępie czasu odnotowano na terenie USA wybuchy przemocy, które na zawsze zapisały się w zbiorowej świadomości Amerykanów. Najpierw Richard Speck zasztyletował osiem studentek pielęgniarstwa w internacie w południowej części Chicago, a dwa tygodnie później Charles Joseph Whitman wspiął się na wieżę zegarową Uniwersytetu Teksańskiego w Austin i odstrzelił czternaście osób za pomocą powtarzalnego Remingtona 700 z zamontowanym celownikiem optycznym (wcześniej w domu zadźgał jeszcze matkę i żonę). Zginął od kuli policjanta, Houstona McCoya.

O czym się często zapomina, snując narrację o tej konkretnej masakrze, to fakt, że oprócz gliniarzy, którzy wbiegli na 28. piętro wieży uniwersyteckiej, wśród interweniujących był także cywil, Allen Crum. W młodości służył w armii, w siłach powietrznych, jako operator karabinu maszynowego, przy czym w życiu nie wystrzelił ani jednego naboju. W dniu jatki Crum był czterdziestoletnim pracownikiem pobliskiej księgarni należącej do UT Austin, wyglądał jak dorabiający do emerytury ochroniarz supermarketu – nadwaga, łysina, twarz niepodobna do nikogo. Ostatecznie jednak to on tamtego feralnego popołudnia pomagał policji oczyszczać chodnik ze spanikowanych przechodniów, to on uratował życie młodego chłopca, wreszcie – to on chwycił za karabin i ruszył razem z funkcjonariuszami na szczyt wieży ubić Whitmana (w latach 60. XX wieku teksańska policja nie dysponowała regularnymi oddziałami SWAT). Co warte podkreślenia, Crum nie był jedynym członkiem społeczności aktywnie partycypującym w neutralizacji zagrożenia.

Ramiro “Ray” Martinez, jeden z trójki gliniarzy brawurowo szturmujących wieżę, podziękował później ludności cywilnej za wsparcie ogniowe. W swojej autobiografii “They Call Me Ranger Ray” pisał o ogromnym szacunku, jakim darzy przechodniów, którzy sięgnęli wtedy po broń i prując ołowiem w kierunku mordercy maksymalnie utrudnili mu celowanie:

Do teraz ubolewam, że rola zwykłych obywateli, którzy chwycili za karabiny myśliwskie, ciągle nie została należycie udokumentowana. Miasto Austin i cały stan Teksas powinni być im dozgonnie wdzięczni, gdyż tamtego dnia uratowali wiele ludzkich istnień. Snajper czynił niemałe spustoszenia, kiedy mógł strzelać bez przeszkód, ale jak tylko do akcji wkroczyli uzbrojeni cywile, zmuszony był szukać osłony, co ograniczało mu widoczność. Jeszcze raz dziękuję wszystkim cywilom za to, że ułatwili mi pracę.

[I was and am still upset that more recognition has not been given to the citizens who pulled out their hunting rifles and returned the sniper’s fire. The City of Austin and the State of Texas should be forever thankful and grateful to them because of the many lives they saved that day. The sniper did a lot of damage when he could fire freely, but when the armed citizens began to return fire the sniper had to take cover. He had to shoot out of the rainspouts and that limited his targets. I am grateful to the citizens because they made my job easier.]

Wydawana na Uniwersytecie Teksańskim gazeta studencka “The Daily Texan” w czterdziestą rocznicę wydarzeń z Austin opublikowała artykuł ze wspomnieniami uczestników strzelaniny (niestety, nie mogę zlokalizować źródła). Jedną z moich ulubionych historii była opowieść o profesorze, który bez przerwy grzał w stronę Whitmana z okna swojego gabinetu, podczas gdy inni pracownicy uczelni ładowali mu amunicję do karabinu. W zegarze na szczycie wieży było tyle dziur po kulach, że musieli później wymienić całą konstrukcję. Whitman większość swoich ofiar trafił w pierwszych kilku minutach od rozpoczęcia masakry, kiedy nikt w okolicy nie miał jeszcze bladego pojęcia, co się dzieje.

Washington Navy Yard, Waszyngton DC, rok 2013
Drugi kompleks wojskowy na tej liście. Jakiś czas temu dyrektor FBI, James Comey, ujawnił szczegóły, rzucające nieco więcej światła na przebieg wydarzeń w budynku dawnej stoczni marynarki wojennej.

Aaron Alexis bardzo dobrze znał rozkład pomieszczeń w gmachu 197, a co najważniejsze – potrafił przewidzieć, ilu strażników pod bronią może napotkać po drodze. Wrześniowa zbrodnia nie była jego pierwszą wyprawą do centrum administracyjnym marynarki. Wcześniej wykonywał tam zlecenia dla jednego z kontrahentów, zajmując się konserwacją wewnętrznej sieci komputerowej bazy, miał zatem mnóstwo czasu na rekonesans oraz zaplanowanie ataku (Before Monday, Alexis had been working on a server refresh project in Building 197, and that would require movement and access throughout the building).

Na teren placówki wjechał prywatnym samochodem po uprzednim okazaniu przepustki. Przez ramię zawiesił sobie torbę sportową, w której ukrył rozłożoną na części strzelbę ze spiłowaną kolbą (Remington 870). W łazience poskładał broń i bez zbędnej zwłoki rozpoczął strzelaninę. Walił na oślep w tym sensie, że nie interesowała go żadna konkretna grupa osób. Comey powiedział, że Alexis po prostu “wędrował korytarzami, polując na ludzi” (He was wandering the halls and hunting people to shoot).

Konfrontacja w Navy Yard bezlitośnie obnażyła jałowość niektórych propozycji wysuwanych przez zwolenników NRA, zwłaszcza tych dotyczących rozstawiania wszędzie umundurowanej ochrony. W pewnym momencie zamachowiec natknął się bowiem na ochroniarza, Richarda Ridgella (emerytowany policjant z osiemnastoletnim stażem). Ridgell jako jeden z niewielu pracowników Navy Yard miał pozwolenie na noszenie broni palnej w obrębie gmachu, o czym Aaron Alexis doskonale wiedział. Zabiwszy strażnika, zabrał mu Berettę razem z zapasową amunicją i gdy wystrzelił ostatni nabój z Remingtona, kontynuował “polowanie” przy użyciu zdobycznego pistoletu. 

Media donosiły również, że zaskakująco szybko pojawił się oddział SWAT w pełnej gotowości bojowej, ale nie wkroczył do akcji, bo dostał rozkaz wycofania się z miejsca zdarzenia

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, iż mogliśmy uratować parę osób więcej, gdyby zezwolono nam na interwencję. [I don’t think it’s a far stretch to say that some lives may have been saved if we were allowed to intervene.]

Nie obyło się też bez tradycyjnych manipulacji. Zanim poddano go edycji, oryginalny paragraf z reportażu “Daily Mail” wyskakiwał w rozmaitych relacjach medialnych i kopiowany był przez blogerów. Niebawem został jednak zredagowany i w rezultacie z finalnego tekstu powycinano wszystkie nacechowane pozytywnie fragmenty o broni palnej:

statement of a concealed carry permit holder

Na zakończenie krótki wywiad z ojcem jednego z żołnierzy, który w dniu strzelaniny przebywał w Navy Yard na służbie:

Mój syn był wczoraj w koszarach na terenie stoczni. Żołnierze mieli przy sobie broń, ale bez amunicji. “Byliśmy szkoleni pod kątem podobnych sytuacji” – podkreślali. “Gdybyśmy mieli załadowaną broń, wyczyścilibyśmy budynek. Do tego czasu zginęły trzy osoby. Mogliśmy uratować resztę.”

Podsumowując: żołnierze gotowi do akcji po usłyszeniu pierwszych wystrzałów – rozbrojeni, pracownicy cywilni gotowi do odstrzelenia zabójcy – rozbrojeni, oddział SWAT przyjeżdża, po czym dostaje polecenie wycofania się. Ale wiadomo – broń to zło.

Szpital Miłosierdzi, Darby, Pensylwania, rok 2014
Było.

Dzielnica Logan Square, Chicago, Illinois, rok 2015
Brawurowy kierowca Ubera wyciąga broń i sześciokrotnie otwiera ogień w stronę mężczyzny, ostrzeliwującego przechodniów idących chodnikiem. Zero ofiar po stronie cywilów, napastnik zostaje poważnie ranny, jedna z kul grzęźnie w dolnych partiach jego pleców. 

Dzielnica West Pullman, Chicago, Illinois, rok 2014
Żołnierz na przepustce powala dwoma strzałami z pistoletu wściekłego typa atakującego ludzi wychodzących z imprezy. Jedna kobieta zostaje niegroźnie ranna.

Sklep z alkoholem Magnet Bottle Shop, Rockdale, Georgia, rok 2015
Wariat wpada do monopolowego i zabija właściciela oraz jednego z klientów. Inny klient sięga po broń i odpowiada ogniem, zmuszając mordercę do ucieczki. Zapoznawszy się z nagraniem z kamer, policja nie ma wątpliwości, że uzbrojony cywil zapobiegł pełnoskalowej masakrze. Na konferencji prasowej szeryf hrabstwa, Eric Levett, mówi:

Uważam, że gdyby pan Scott nie wyciągnął broni i nie strzelił do podejrzanego, mielibyśmy więcej ofiar. Napastnik nie troszczył się zbytnio o to, do kogo celuje tak długo, dopóki ktoś nie wycelował w niego. W moim odczuciu pan Scott uratował innych ludzi przebywających akurat w tym sklepie.

[I believe that if Mr. Scott did not return fire at the suspect then more of those customers would have hit by a gun. It didn’t appear that he cared who he shot or where he was shooting until someone was shooting back at him. So in my opinion he saved other lives in that store.]

Filadelfia, Pensylwania, rok 2015
Awantura w salonie fryzjerskim – rozlegają się odgłosy wystrzałów. Jeden z przechodniów reaguje i wchodzi do środka z prywatną bronią w pogotowiu. Przewidując rozwój wypadków, strzela furiatowi w klatkę piersiową, po czym zgłasza się na komisariat. Wedle opinii kapitana policji, Franka Llewellyna, swoją postawą mężczyzna udaremnił masowy mord:

Osoba, która ruszyła z pomocą, nosiła broń legalnie, zareagowała na zagrożenie i, jak sądzę, uratowała wielu ludzi. [The person who responded was a legal gun permit carrier. He responded and I guess he saved a lot of people in there.]

New Holland, Południowa Karolina, rok 2015
Dwóch strażaków-wolontariuszy neutralizuje pijanego agresora na parkingu przed budynkiem straży pożarnej.

__________________

[1] Do tych wyjątków zaliczają się na przykład: rozstrzelanie członków Gwardii Narodowej w barze śniadaniowym w Carson City (Nevada, 2011), usiłowanie zabójstwa kongresmenki Gabrielle Giffords na wiecu politycznym w Tuscon (Arizona, 2011) czy seria ataków dokonanych przez kierowcę Ubera w hrabstwie Kalamazoo (Michigan, 2016).

[2] Standardowa definicja masowego mordu w miejscu publicznym, wypracowana przez FBI w latach 70. XX wieku, zobacz → link (Generally, mass murder was described as a number of murders [four or more] occurring during the same incident, with no distinctive time period between the murders. These events typically involved a single location, where the killer murdered a number of victims in an ongoing incident). W innym dokumencie FBI wyraźnie precyzuje, jakie incydenty wyklucza ze zbioru strzelanin: (…) shootings that resulted from gang or drug violence – pervasive, long-tracked, criminal acts were not included. 

[3] Jak nietrudno zgadnąć, pracownicy naukowi zlokalizowanej przy Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa w Baltimore Szkoły Zdrowia Publicznego Bloomberga nie zgadzają się z tym twierdzeniem. Ich zdaniem, do ~90 proc. masakr dochodzi w strefach, gdzie noszenie broni palnej jest dozwolone (s. 2). Skąd bierze się ta rażąca dywergencja?

Po pierwsze, raport przygotowany przez JHSPH nawiązuje obszernie do zawartości chronologicznie wcześniejszej publikacji sporządzonej przez inną organizację Bloomberga – Everytown for Gun Safety. Broszura EGS została poddana skrupulatnej krytyce (case by case link) przez Johna Lotta. Jej autorzy do puli masowych strzelanin zaliczyli morderstwa dokonywane w domach na członkach rodziny. Jakim cudem teren domu zyskuje nagle status miejsca publicznego – tego analitycy opłacani przez nowojorskiego burmistrza-miliardera nie raczyli wyjaśnić.

Rozróżnienie to jest o tyle kluczowe, że wyraźnie separuje otwartą sferę publiczną od tragedii rozgrywających się w ograniczonej przestrzeni prywatnej. Żeby zabić współmałżonka i potomstwo, nie potrzeba wcale broni palnej (ze względu na hałas, który generuje, może być ona wręcz czynnikiem utrudniającym zrealizowanie przestępstwa). Z pamięci: w roku 2009 odkryto największe masowe morderstwo w historii stanu Georgia: siedmiu dorosłych i jedna nieletnia zostało zatłuczonych na śmierć podczas snu przy użyciu tępego przedmiotu; łącznie na ciałach ofiar zidentyfikowano 220 ran miażdżonych (link). Kilkanaście miesięcy temu w Indiach znaleziono martwych czternastu domowników z podciętymi gardłami (link), z kolei dwa lata temu w Australii ujawniono szczegóły największego mordu rodzinnego od czasu rzezi w Hope Forest (1971) – od ciosów nożem zginęło ośmioro dzieci (link).

Po drugie, za strefy, do których można wnosić broń, twórcy propagandówki od EGS uznali budynki wyposażone w uzbrojoną ochronę. Problem w tym, że rola ochroniarza nie należy wcale do łatwych ze względu na przyciągające uwagę umundurowanie. Masowi mordercy eliminują strażników w uniformach w pierwszej kolejności (ostrzelanie gmachu parlamentu w Ottawie [2014], zamach na dyskotekę w Stambule [sylwester 2016/2017]) albo organizują szczegółowy rekonesans jeszcze przed atakiem i dowiadują się, gdzie mogą napotkać opór ze strony gliniarza dorabiającego do emerytury (jatka w bazie Navy Yard [2013], masakra w nocnym klubie dla gejów w Orlando [2016], nieudany zamach na pasaż handlowy w teksańskim Frisco [2018, zobacz tu i tu]). Zaangażowanie ochrony jest zawsze lepsze niż jej deficyt, ale nigdy nie stworzy ona takiej przewagi, jaką gwarantuje anonimowość cywila z bronią palną ukrytą w kaburze pod koszulą.

Trzecia kwestia: według Bloomberga, miasta typu Boston czy San Francisco nie są gun-free zones, bo w teorii lokalne władze wydają pozwolenia na noszenie ukrytej broni w ich granicach. Praktyka przeczy jednak założeniom teoretycznym. Liczba licencjonowanych właścicieli broni krótkiej w obrębie SF wynosi mniej niż dziesięć osób (są to głównie celebryci i przyjaciele szeryfa), natomiast Boston realnie jest jak hawajskie Honolulu – jurysdykcja typu no-issue. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwalifikuje tych metropolii do grona przyjaznych idei noszenia broni.

Po czwarte wreszcie, Lott posługuje się precyzyjną definicją masowej strzelaniny wypracowaną w latach 70. XX wieku przez FBI, która wyklucza wojny gangów oraz wszelkie ataki odwetowe z przejeżdżających samochodów (drive-by-shootings). Tymczasem zespół EGS posiłkuje się własną definicją, zmontowaną ad hoc wyłącznie po to, by dmuchać balon incydentów. Czym innym jest zorganizowana przestępczość narkotykowa tudzież konflikty uliczne w dzielnicach o złej reputacji z udziałem rywalizujących ze sobą gangów, czym innym zaś zaplanowany z wielomiesięcznym wyprzedzeniem wybuch przemocy, popełniony z intencją zamordowania jak największej liczby przypadkowych osób w szkole, kościele czy w centrum handlowym (sprawcami z grubsza 90 proc. “strzelanin” w USA są czarni i Latynosi – w dużej mierze członkowie gangów i/lub młodociani przestępcy). Krótko rzecz ujmując, w statystykach EGS nastąpiło wymieszanie dwóch kompletnie nieprzystających do siebie subkategorii, co świadczy o zamiarze manipulowania wynikami. Remedium na przemoc, będącą produktem ubocznym drug war czy murzyńskiej gettokultury, różni się systemowo od zapobiegania atakom na “łatwe cele”, o których wspominał sekretarz generalny Interpolu, Ronald K. Noble.