Przestrogę w tytule wątku wyartykułowano dobitnie w pewnym szeroko cytowanym studium, sfinansowanym z funduszy federalnych amerykańskiego Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób i wydrukowanym na łamach prestiżowego periodyku “New England Journal of Medicine”, które zrobiło zawrotną karierę w mediach w okresie pierwszej kadencji Clintona i jego pamiętnej ofensywny propagandowo-legislacyjnej, kiedy to na cenzurowanym znalazło się praktycznie całe środowisko strzeleckie w Ameryce. Mowa oczywiście o hitowej publikacji autorstwa prodziekana akademii medycznej przy Uniwersytecie Emory w Atlancie i eksperta medycyny ratunkowej z organizacji RAND, Arthura Kellermanna, pt. “Gun Ownership as a Risk Factor for Homicide in the Home”.

Nie będzie chyba nadużyciem, jeśli napiszę, że każdy, kto interesuje się zagadnieniami na styku socjologii/kryminologii i zdrowia publicznego, musiał słyszeć o tym tekście. Do dzisiaj rozbrojeniowi aktywiści przywołują zawarte w nim memento z niezachwianym przekonaniem o jego ponadczasowej słuszności: że w stosunku do domostw wolnych od broni domy, w których broń się przechowuje, są 2.7 razy bardziej narażone na ryzyko, że jeden z lokatorów padnie ofiarą zabójstwa (aby się upewnić, że czytelnikom nie umkną wnioski z rozprawy, Kellermann powtarza to zdanie pięciokrotnie z modyfikacjami – dwa razy w samym abstrakcie i trzykrotnie dalej w pracy), a co za tym idzie, posiadanie broni palnej w domu nie przynosi żadnych wymiernych korzyści ani właścicielowi takiej broni, ani domownikom, którzy żyją pod tym samym dachem. W związku z tym lekarz zaleca:

W świetle poczynionych przez nas obserwacji i ustaleń ludzie powinni być intensywnie zniechęcani do trzymania broni w swoich domach. [In the light of these observations and our present findings, people should be strongly discouraged from keeping guns in their homes.]

Taka kategoryczna puenta zamieszczona w publikacji naukowej stanowiła oczywiście wodę na młyn dla zwolenników zaostrzania restrykcji. Aby uwierzytelnić tezę, że broń palna to zło, Kellermann sięgnął po instrumenty z epidemiologii analitycznej, a dokładniej – po metodykę badań porównawczych, zwanych także kliniczno-kontrolnymi (case-control), które wcześniej wielokrotnie udowadniały już swoją przydatność w medycynie, umożliwiając skuteczną identyfikację czynników przyczynowych, odpowiadających za zmiany chorobotwórcze. 

Powiedzmy, że szukamy pewności, czy określone rodzaje leków mają korzystny wpływ na pacjentów, którzy je zażywają. W celu sprawdzenia, czy istnieje związek przyczynowy miedzy podawanym lekiem a poprawą stanu zdrowia pacjenta, badacze aranżują eksperyment (randomized controlled trial, skrót: RTC – losowe badanie kontrolowane), w którym jednostki zbliżone do siebie paramentami (wiek, płeć, miejsce zamieszkania, tryb życia etc.) są losowo przypisywane do dwóch grup: grupy, której aplikuje się farmaceutyki (case), oraz do grupy kontrolnej, która leku nie bierze (control). Teoretycznie jedynym elementem różnicującym obydwa kolektywy powinna być właśnie obecność czynnika sprawczego (podawany lek). Jeśli po przeprowadzeniu testu wystąpi dyferencja, badacze mogą wysnuć konkluzje, że to właśnie przebyta kuracja doprowadziła do wygenerowania odmiennych rezultatów.

Co z sytuacjami, gdy nie da się podręcznikowo wykonać pomiarów?

Przypuśćmy, że chcemy się dowiedzieć, czy palenie tytoniu powoduje raka płuc. Nie możemy na chybił trafił przypisać ludzi do grona palących i niepalących. Co natomiast można zrobić, to zaprojektować doświadczenie i zestawić ze sobą dwie grupy: rakowców (case) i tych, co nie mają raka (control), po czym sprawdzić, czy palenie jest nawykiem bardziej powszechnym w grupie chorujących na nowotwór czy w grupie pacjentów zdrowych. Identyczny mechanizm weryfikacyjny wykorzystał w 1950 roku sir Richard Doll, inicjator pionierskich odkryć, potwierdzających hipotezę o zależności między konsumowaniem produktów tytoniowych a zachorowalnością na nowotwory. Doll porównał 1732 pacjentów cierpiących na raka płuc, żołądka i jelita grubego z grupą 743 ludzi zdrowych, i po wstępnej ewaluacji wyników sam rzucił palenie.

Teoria podpowiada, że podobne metody i narzędzia powinny być łatwo aplikowalne do broni palnej traktowanej jako czynnik ryzyka, zagrażający zdrowiu jej właściciela tudzież ludzi w jego najbliższym otoczeniu. Analogicznie jak to było w przykładzie z papierosami, również w eksperymencie z bronią nie można jednak wyodrębnić dowolnej grupy osób, połowy z nich uzbroić, a potem rozsiąść się wygodnie za pulpitem w laboratorium i czekać na rozwój wydarzeń. To, co przydało rewelacjom Dolla wiarygodności, podnosząc je powyżej poziomu dowodu poszlakowego, było wykazanie, że ryzyko pojawienia się komórek nowotworowych w tkance płuca rosło wraz ze zwiększoną liczbą wypalanych papierosów i długością okresu palenia, słowem, było silnie pozytywnie skorelowane z dawką. Takich solidnych podstaw do wnioskowania brakuje w odniesieniu do innych sfer ludzkiej aktywności (przestępczość), co istotnie utrudnia poprawne wyizolowanie wszystkich potencjalnych ekspozycji występujących w przeszłości określonej populacji. Tylko od rzetelności indywidualnego badacza zależy, ile spośród “zmiennych zakłócających” włączy on do swojej analizy.

Dlatego podkreślam raz jeszcze: absolutnie newralgiczną kwestią przy zaprzęganiu metod epidemiologicznych do objaśniania zagadnień z pogranicza kryminologii i socjologii jest maksymalne dopasowanie próby kontrolnej do obserwowanych przypadków – najlepiej, żeby jej przedstawiciele pochodzili z tego samego środowiska, a poszukiwany czynnik ryzyka był jedyną rzeczą, która odróżnia ich od badanej kohorty. O nieusuwalnych mankamentach CCS ładnie opowiada poniższa animacja: 

TED-Ed: “Not All Scientific Studies Are Created Equal”

Na swoją społeczność do samplowania Kellermann wybrał rezydentów trzech mocno zurbanizowanych hrabstw: Shelby w Tennessee, Cuyahoga w Ohio i King County w stanie Waszyngton (razem z Seattle). Ponieważ eksperyment lekarza z Atlanty miał z konieczności charakter retrospektywny, tzn. wychodząc od skutku (morderstwo), próbował ustalić czynniki ryzyka, wiodące do śmierci, następnym logicznym krokiem było zdefiniowanie badanej grupy, tj. ofiar zabójstw, które zginęły we własnych domach w latach 1987-1992. W kwerendowanym okresie w granicach trzech wspomnianych hrabstw odnotowano łącznie 1860 morderstw. Kellermann wypreparował z tej puli 444 popełnione w prywatnych domach. Po odsianiu 19 incydentów sklasyfikowanych jako podwójne zabójstwo z udziałem niepełnoletnich i 37 dalszych z powodu zmian w aktach zgonu, niejasności w policyjnych raportach bądź niemożności skontaktowania się ze współlokatorem zamieszkującym dom/mieszkanie, gdzie dokonano zbrodni – w konsekwencji stanęło na 388 parach, które ostatecznie włączono do finalnej publikacji i które stanowiły 87.4 proc. wszystkich zabójstw z puli początkowej.

Faza druga: wybór grupy kontrolnej pasującej pod względem wieku, płci, rasy oraz miejsca zmieszania do wyselekcjonowanej grupy ofiar. W tym celu Kellermann zrealizował serię wywiadów środowiskowych. Dla próby kontrolnej przeprowadzono rozmowy bezpośrednio z domownikami (głowa rodziny plus osoba towarzysząca). Dla gospodarstw domowych, w których dokonano morderstwa, z przyczyn oczywistych nie dało się zaaranżować wywiadu z zabitymi, dlatego w zastępstwie rozmawiano z rodziną zmarłego lub osobami bliskimi, okupującymi tę samą przestrzeń mieszkalną co ofiary (case-proxy – “proxy” znaczy dosłownie pełnomocnik). Aby nakłonić ludzi do dialogu, oferowano zachętę pieniężną w postaci $10. Korzystano również z innych źródeł zastępczych: raportów policyjnych, artykułów z prasy papierowej, nekrologów, dokumentacji pogrzebowej etc.

Poniżej zbiorcza charakterystyka demograficzna grupy ofiar i grupy kontrolnej (zwraca uwagę nadreprezentacja czarnych – stanowią niemal 2/3 całości; w kategorii “White” mieszczą się zarówno biali pochodzenia europejskiego, jak i przybysze z Ameryki Środkowej, Południowej oraz krajów karaibskich):

kellermann1Po sporządzeniu ankiet i ukończeniu zaplanowanych rozmów przyszła pora na oszacowanie prawdopodobieństwa wystąpienia niepożądanego zdarzenia u osób badanych w porównaniu do osób z grupy kontrolnej. Mówiąc inaczej, Kellermann, dysponując wiedzą z wywiadów środowiskowych, mógł w końcu ocenić, jak zmieniała się szansa padnięcia ofiarą zabójstwa dla mieszkańców wystawionych na działanie konkretnego czynnika ryzyka w opozycji do osób, które prowadziły inny (w domyśle: wyraźnie bezpieczniejszy lub zdrowszy) tryb życia. Łopatologicznie – “osoba narażona na działanie czynnika X ma Y razy większą szansę, że doświadczy Z”, gdzie X to czynnik ryzyka, Z to rezultat zwiększonej ekspozycji na ryzyko, a Y to uzyskany wskaźnik. Wyniki przedstawiały się następująco (w rubryce po lewej mamy “zmienne” [variable], po prawej “skorygowany iloraz szans” [adjusted odds ratio]):

kellermann2

  • Szansa padnięcia ofiarą zabójstwa wśród osób wynajmujących mieszkanie/dom (home rented) była 4.4x większa niż dla osób, które nie płaciły za wynajem.
  • Szansa padnięcia ofiarą zabójstwa wśród osób żyjących samotnie (live alone) była 3.7x większa niż dla osób dzielących przestrzeń mieszkalną ze współlokatorem/rodziną.
  • Szansa padnięcia ofiarą zabójstwa w miejscu, w którym używano przemocy fizycznej (household member hit or hurt in a fight), była 4.4x większa niż w domach, gdzie nie stosowano przemocy.
  • Szansa padnięcia ofiarą zabójstwa w miejscu, w którym aresztowano w przeszłości jednego z lokatorów (household member arrested), była 2.5x większa niż w przypadku domów/mieszkań bez historii aresztowań.
  • Szansa padnięcia ofiarą zabójstwa w miejscu, w którym zażywano nielegalne narkotyki (household member used illicit drugs), była 5.7x większa niż w domach wolnych od narkotyków.
  • Szansa padnięcia ofiarą zabójstwa w miejscu, w którym trzymano broń palną (guns kept in the home), była 2.7x większa niż w domach bez broni.

W następnym wpisie zamierzam przybliżyć kontrowersje, jakie przez lata narosły wokół pracy Kellermanna, oraz przedstawić krytykę głównych tez zawartych w jego tekście.