Potwierdzone raz jeszcze: więcej broni, mniej zabijania

Kolejna szalenie rygorystyczna i drobiazgowa aż do przesady, quasi-eksperymentalna praca badawcza (65 stron, łącznie z tabelkami oraz wykazem cytowanego piśmiennictwa), w której systematycznej analizie przyczynowej poddano dwukierunkowy wpływ powszechności broni palnej w amerykańskim społeczeństwie na lokalne wskaźniki zabójstw. Panowie KSK wyszli na starcie od kilku generalnych założeń, co do których z grubsza panuje zgoda w środowisku naukowym, bez względu na to, czy ktoś oręduje za luzowaniem restrykcji w dostępie do broni palnej dla cywilów czy domaga się jej ścisłej kontroli. Oto i one:

  • Na najbardziej fundamentalnym poziomie wszystko sprowadza się do osoby naciskającej na spust. Skutki użycia broni będą się różnić w zależności od tego, kto trzyma ją w rękach – recydywista czy człowiek bez przeszłości kryminalnej. Dotychczas zwykło się domyślnie przyjmować, że efekt, jaki broń palna wywiera na częstość popełniania morderstw, można uśrednić, po czym opisać taką pojedynczą liczbą całą populację kraju. Jest to perspektywa uproszczona i fałszywa [1].
  • Za przemoc z udziałem broni palnej odpowiada relatywnie niewielka grupa patologicznych jednostek. Zabójstwa dokonywane przez ludzi z “czystą kartoteką” należą statystycznie do rzadkości. Zwięźle podsumował to David M. Kennedy, profesor kryminologii z nowojorskiej Wyższej Szkoły Prawa Karnego im. Johna Jaya, cytuję: Normalni obywatele, posiadający broń, nie dopuszczają się rozbojów, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich współmałżonków ( link).
  • Sondaże robione na skazańcach ujawniają, że przestępcy zaopatrują się w broń palną do ochrony przed innymi przestępcami oraz żeby ułatwić sobie działalność kryminalną.
  • Większość ofiar zabójstw składa się z notowanych lub aktywnych kryminalistów.
  • Korzystanie z broni w celach defensywnych minimalizuje szanse, że potencjalna ofiara dozna fizycznych obrażeń w konfrontacji z napastnikiem ( link).

(Kovandzic et al., str. 3)

(str. 16)

Kwestia najważniejsza – wspomniana w początkowym akapicie dwukierunkowość. Absolutnie kluczowy element w modelu statystycznym KSK, niestety, nagminnie bagatelizowany przez innych autorów, publikujących uczone artykuły na wiadomy temat. W konsekwencji lwia część tytułów z tej dziedziny literatury obciążona jest krytycznymi usterkami (w sensie: nie nadaje się do interpretacji). Zagwozdka ta była roztrząsana przy okazji komentarza do tekstu Bilgela, ale nie zaszkodzi powtórzyć: zwiększona liczba broni palnej w szerokim obiegu społecznym może podnosić wskaźniki przemocy, lecz z drugiej strony, faktyczne zagrożenie przemocą, która już występuje w granicach określonego terytorium, może też skłaniać mieszkańców do profilaktycznego uzbrajania się. Logika implikacji nie jest zatem oczywista. Za uniwersalnie racjonalne przesłanki, mobilizujące tubylców do odwiedzania sklepów z bronią, tradycyjnie uchodzą: strach przed islamskim terrorem oraz murzyński bandytyzm (patrz ostatnie przykłady z Niemiec, Austrii i Czech, jak również wydarzenia z Miami przełomu lat 70. i 80. XX wieku [2] czy ataki na tle rasowym w RPA po upadku apartheidu [3]). Mamy tu generalnie do czynienia z doskonale znanym w ekonometrii mechanizmem sprzężenia zwrotnego (endogeneity bias). Przywołany fenomen jest do tego stopnia trywialny, że rutynowo nie zwracamy uwagi na jego manifestacje w życiu codziennym.

Kompletne zignorowanie problemu endogeniczności (ewentualnie skonfrontowanie się z nim, ale przy zastosowaniu źle dobranego zestawu instrumentów weryfikacyjnych) nieuchronnie spowoduje, że to, co postrzegamy jako wpływ broni palnej na przestępczość, zawierać będzie w sobie także oddziaływanie przestępczości na wskaźniki posiadania tejże broni, zakrzywiając w górę wartość pierwszej korelacji i tym samym motywując nieostrożnych albo nieuczciwych badaczy do pochopnego wnioskowania na bazie cząstkowej wiedzy.

(str. 3)

KSK byli w pełni świadomi istnienia tych zależności, dlatego zademonstrowali wprost, co się stanie, gdy broń palną potraktuje się tylko i wyłącznie w kategoriach egzogenicznych. Otóż współczynnik skorelowania z morderstwami wyniesie dodatnie 0.696 i będzie statystycznie istotny w 1-procentowym przedziale ufności. Czytaj: bezdyskusyjnie more guns = more crime. Obliczenia te nie są jednak realistyczne, albowiem nie uwzględniają zjawiska wzajemnego, równoczesnego, obustronnego skomunikowania zmiennych. Po wdrożeniu korekt rezultaty ulegają odwróceniu: związek między bronią a zabijaniem przechodzi z mocno pozytywnego w wyraźnie negatywny (współczynnik -2.41) na 5-procentowym poziomie ufności. Czytaj: MORE GUNS = LESS CRIME.

(str. 30-31)

Z pracy Kovandzica et al. można wyciągnąć następujące konkluzje:

  • Broń palna w rękach kryminalistów prowadzi do wzrostu liczby zabójstw.
  • Broń palna w rękach nie-kryminalistów redukuje liczbę zabójstw.
  • Redukcja morderstw w wyniku uzbrojenia populacji nie-kryminalistów jest większa aniżeli odpowiadająca jej eskalacja zabijania w przypadku uzbrojenia subpopulacji kryminalistów.
  • W skali Stanów Zjednoczonych oznacza to mniej zabójstw ogółem.
  • Przestępczość w USA rzutuje przyczynowo na sprzedaż broni w tym kraju.

Na koniec warto jeszcze podkreślić, że autorzy samplowali statystyki z najbardziej obfitujących w morderstwa okresów w historii Ameryki. Podstawowy interwał obejmował szczytową fazę epidemii cracku, czyli lata 1987-1993, zaś w ramach testów odpornościowych (robi się je w celu sprawdzenia, jak bardzo uzyskane szacunki są wrażliwe na odchylenia od założeń, przy których były otrzymane) KSK sięgnęli po dwa pięcioletnie odcinki czasowe: 1968-1972 oraz 1978-1982, kiedy to przestępczość uliczna w USA znajdowała się w swoich kulminacyjnych momentach. Za jednostki administracyjne posłużyły im hrabstwa z ludnością powyżej 25 tys. mieszkańców (~90 proc. kraju, bez obszaru Alaski i Dystryktu Kolumbii).

____________________

[1] Klasyczna pułapka agregacji (aggregation bias). Wiedzie ona w linii prostej do błędu ekologicznego (ecological fallacy), czyli sytuacji, w której badacz dokonuje syntezy kilku grup społecznych o odmiennej ekspozycji na ryzyko (dane zagregowane), a następnie wnioski z takiej uogólnionej syntezy przenosi w sposób nieuzasadniony na wszystkich reprezentantów owej zbiorowości. Typowy przykład: w mieście Madison (Wisconsin) szacunkowo od 40 do 80 młodych, czarnych mężczyzn odpowiada za 99 proc. strzelanin skutkujących zabójstwem.

[2] Południowe rubieże Florydy zalało wtedy tsunami przemocy narkotykowej, więc ludność rzuciła się do sklepów uzupełniać deficyty w uzbrojeniu. Strzelnice wyrastały jak grzyby po deszczu, mało kto wychodził z domu bez rewolweru za pasem. W międzyczasie Fidel Castro uwolnił z więzień i wysłał w kierunku półwyspu na kutrach i barkach tysiące skazańców, w tym gwałcicieli i dzieciobójców. Bez ceregieli oznajmił, że oto “spuścił wodę w kubańskich toaletach na Stany Zjednoczone” (I have flushed the toilets of Cuba in the United States). Na efekty wzmożonego napływu zagranicznego elementu przestępczego nie trzeba było długo czekać. Jeśli dołożyć do tego kolumbijskich sicarios, urządzających dzikie strzelaniny w środku dnia w Miami, i wyjątkowo krwawe zamieszki w czarnych dzielnicach hrabstwa, to odpowiedź na pytanie z okładki magazynu “Time” nasuwa się samoistnie.

[3] W RPA operuje mnóstwo prywatnych firm ochroniarskich, zaś cywile (głównie biali) inwestują krocie w rozmaite zabezpieczenia. Wysokie mury i palisady pod napięciem (dokładnie takie same, jakich używa się do ogradzania farm dla zwierząt) skanery na podczerwień, czujniki ciepła, centralny monitoring oraz kamery przemysłowe przy bramie wjazdowej i przy drzwiach frontowych, wykrywacze ruchu instalowane wewnątrz i na zewnątrz budynku w komplecie ze schronem – izolowanym, samowystarczalnym pokojem, do którego można uciec w razie wtargnięcia intruzów – tak wygląda smutna rzeczywistość większości domów i osiedli w Południowej Afryce. Nawet sypialnie muszą być oddzielane od reszty pomieszczeń za pomocą stali zbrojeniowej dla ochrony przed gwałcicielami (tzw. rape gates). O tych makabrycznych sprawach pisał otwarcie swego czasu “New York Times”.