Federalne Biuro Śledcze postanowiło dosypać węgla do pieca i podłączyć się do debaty na temat masowych mordów dokonywanych bronią palną w przestrzeni publicznej na amerykańskiej ziemi. Niestety – zamiast wyklarować pewne sporne kwestie, agenci rządowi spotęgowali tylko jeszcze większy semantyczny chaos. I przy okazji wyszło też na jaw, że mają niedoinwestowaną komórkę odpowiedzialną za risercz.

“Analiza incydentów z udziałem aktywnego strzelca w Stanach Zjednoczonych w latach 2000-2013” (“A Study of Active Shooter Incidents in the United States between 2000 and 2013”) – tak brzmi tytuł raportu, który w środowisku dziennikarskim wywołał zainteresowanie, jakim nie mógł dotychczas poszczycić się żaden inny dokument wypuszczany cyklicznie przez Biuro. Nawet doroczne sprawozdania o przestępczości w USA nigdy nie były tak rozchwytywane przez media jak ta konkretna publikacja.

W rozprawie mowa jest o tym, że pomiędzy rokiem 2000 a 2013 zidentyfikowano na terenie USA dokładnie 160 “aktywnych strzelców” działających w miejscach publicznych. Co gorsza, w wyznaczonym okresie zauważalnie zwiększyła się częstotliwość pojawiania się tych osobników: od raptem jednego przypadku w roku 2000 do aż siedemnastu w 2013. Poprawiła się także ich skuteczność w zabijaniu: od siedmiu morderstw do bagatela osiemdziesięciu sześciu. W rezultacie średni roczny przyrost zarówno ataków, jak i zgonów wyniósł 16 proc.:

szacunki_fbi_wykresy

Po takim sformułowaniu wniosków media były wniebowzięte: wreszcie “ktoś” z samej góry dostarczył mocnych empirycznych dowodów na to, że fala krwawych masakr przetacza się przez kraj. Jak Ameryka długa i szeroka, nagłówki gazet i portali, powołując się na autorytet federalnych śledczych, biły na alarm:

W kontekście zbiorowego powielania memów przez wiodące serwisy informacyjne genialną przenikliwością wykazał się jeden osamotniony dziennikarz, który na tle kolegów po fachu zatytułował swój felieton wręcz prowokacyjnie:

Referat FBI jest w istocie mocno bałamutny i stanowi łatwą pożywkę dla wyrachowanych krzykaczy. Oczywiście, media swoje radośnie dośpiewały i ponoszą lwią część winy za powstały bałagan, ale gdyby federalni ciut bardziej rzetelnie przyłożyli się do roboty i nie dopuścili się rażących uchybień technicznych, prawdopodobnie dałoby się uniknąć wielu nieporozumień, wyciągania nieuprawnionych konkluzji i perpetuum mobile dezinformacji zostałoby w porę wyhamowane.  

Na starcie warto sobie uzmysłowić, że “aktywny strzelec” to termin relatywnie nowy, który dopiero wchodzi pomału do języka “czwartej władzy”. Normalnie stosowany jest przez siły porządkowe na określenie osoby niestabilnej psychicznie i emocjonalnie, usiłującej zabić przy pomocy broni palnej jak najwięcej otaczających ją ludzi (bez konkretnego profilu ofiar) na gęsto zaludnionym obszarze uznawanym powszechnie za tzw. łatwy cel (soft target). Takie obszary to tradycyjnie placówki oświatowe, centra handlowe, zakłady pracy tudzież inne podobne, słabo chronione obiekty cywilne [1]. “Aktywni strzelcy” rzadko planują ucieczkę z miejsca zbrodni. Zazwyczaj padają w starciu z policją albo zapędzeni w kozi róg, popełniają samobójstwa.

Dalej: obecność “aktywnego strzelca” wcale nie gwarantuje, że dany zamach uzyska status masowej “strzelaniny”. Albo inaczej: każda publiczna “strzelanina” ma swojego “aktywnego strzelca”, ale nie każdemu “strzelcowi” udaje się zamordować dostatecznie dużo ludzi. “Mass shootings” to precyzyjnie zdefiniowane sytuacje, w których giną plus cztery osoby [2], nieskorelowane z mordami rodzinnymi, zabójstwami o charakterze sekciarsko-okultystycznym czy wreszcie działalnością stricte kryminalną (wojny narkotykowe o rynki zbytu, uliczne rozboje, akcje odwetowe rywalizujących ze sobą gangów). Rozróżnienie to wydaje się być absolutnie newralgiczne i stosowane jest przez FBI od lat 70. XX wieku (link); trafiło również do rządowego sprawozdania z roku 2013, przygotowanego na zlecenie Kongresowej Służby Badawczej (Congressional Research Service/CRS). W środku na stronie dwunastej widnieje graficzny schemat przedstawiający podział “wielokrotnych morderstw” na subkategorie; jedną z nich jest właśnie to, co w mediach potocznie nazywa się “strzelaniną”.

I teraz tak: skoro studium FBI – zgodnie z tytułem – zawiera wypadki zakwalifikowane jako incydenty z udziałem “aktywnego strzelca”, to spokojnie można było założyć, iż pokaźny odsetek z nich nie będzie miał nic wspólnego ze “strzelaninami”, które tak bardzo rozpalają wyobraźnię podatnego na egzaltację ludu. I lektura raportu to potwierdziła; za wypełnienie ziejących w nim dziur oraz naniesienie poprawek zabrał się John Lott w krótkiej, acz treściwej publikacjiThe FBI’s Misrepresentation of the Change in Mass Public Shootings”

Spośród 160 rozpoznanych przez FBI zdarzeń z lat 2000-2013, w które zaangażowany był “aktywny strzelec”, w 32 przypadkach nikt nie zginął, a w 11 z nich obyło się nawet bez rannych; kolejne 35 to klasyczne morderstwa z jedną osobą zabitą w miejscu publicznym. Łącznie obydwie kategorie przestępstw odpowiadają za 42 proc. wszystkich skompilowanych przez FBI spraw. Najbardziej podejrzane jest jednak to, że dokładnie pięćdziesiąt z nich trafiło na ostatnią “siedmiolatkę”, a tylko siedemnaście na pierwszą, co implikuje, że późniejszy odcinek skontrolowanego przedziału czasowego jest znacznie bardziej obciążony “drobnicą” niż segment początkowy. Konsekwencje takiego skrzywienia statystyk są doniosłe, bo odkształcają w górę linię trendu na wykresie. 

Lott zwraca uwagę, że nadaktywność “strzelców” zarejestrowana w ostatnich latach w porównaniu do ich manifestacji wcześniejszych jest pozorna. Federalni rachmistrzowie sami przyznają, że sporo z uwzględnionych w raporcie pomniejszych zdarzeń (zwłaszcza tych bez ofiar śmiertelnych) zostało zaczerpniętych z doniesień medialnych ze względu na brak ogólnonarodowej bazy danych, która by je katalogowała. W dodatku policja w słabiej zurbanizowanych jurysdykcjach rzadko przechowuje rekordy dotyczące tego typu zajść i kiedy jakiś badacz podejmie się historycznej rekonstrukcji statystyk, to w miarę zbliżania się do teraźniejszości coraz częściej napotykać będzie nienaturalne spiętrzenia tych incydentów. Dzisiaj najdrobniejszy wypadek z bronią ma szansę na uwiecznienie w internetowych archiwach, choćby jakiegoś lokalnego portalu, czego nie da się powiedzieć o przełomie stuleci, nie wspominając o dekadach lat 80. czy 70. ubiegłego wieku.

Co jeszcze dziwniejsze, FBI nie zaraportowało dwudziestu “strzelanin” z minimum dwiema osobami zabitymi. Dwadzieścia zdarzeń z udziałem “aktywnego strzelca”, do których zdołał dokopać się John Lott (załącznik nr 1, s. 13-14), a których nie była w stanie zidentyfikować dysponująca niewspółmiernie większymi zasobami rządowa instytucja, nie znalazło się na sporządzonym przez nią finalnym diagramie. I pech chciał, że daty 3/4 z brakujących pozycji przypadają na okres między rokiem 2000 a 2006! Ponownie więc mamy do czynienia z podejrzanym odkształceniem linii regresji na korzyść sensacyjnej narracji o “rosnącej liczbie strzelanin”. Jeśli sztucznie się coś zaniży w pierwszej połówce wykresu – dajmy na to, w skutek (nie)umyślnego pominięcia kilkudziesięciu incydentów – w konsekwencji powstanie wrażenie, jakby zachodziła tendencja zwyżkowa w badanym zjawisku, podczas gdy w rzeczywistości to wyłącznie iluzja, będąca wynikiem niechlujstwa zespołu nadzorującego projekt, a w najgorszym razie – świadomego fałszerstwa.

Kluczowe pytanie: dlaczego wynajęci przez FBI pracownicy Uniwersytetu Teksańskiego za punkt startowy wybrali akurat rok 2000? Jedna z reguł manipulowania statystykami głosi, że w zależności od przyjętego roku bazowego, większość zmiennych może zawsze wykazać albo trend wznoszący, albo spadkowy. Cofając się głębiej w przeszłość (tak jak zrobił to James Alan Fox w celu uzyskania szerszej perspektywy poznawczej), a następnie eliminując ze zbioru wszystkie zdarzenia bez poszkodowanych oraz pojedyncze morderstwa i dokładając do puli dwadzieścia “przeoczonych” aktów przemocy z co najmniej dwiema ofiarami, dostajemy wykres z płaską linią regresji, ujawniającą statystycznie nieistotne odchylenie na przestrzeni paru dekad (nastąpiła redukcja wskaźnika przyrostu z 16 proc. rocznie do wartości 0.98, przy czym ułożenie krzywej i tak determinuje jeden szczególnie tragiczny rok 2012, kiedy śmierć poniosło 91 cywilów):

US_CRIME_RATESLott kontaktował się ze wszystkimi redakcjami, które na pierwszych stronach dały info o wzmagającej fali “strzelanin”, powołując się na odkrycia FBI, z prośbą, czy nie chcieliby wypuścić sprostowania. Nikt nie był zainteresowany opublikowaniem merytorycznej korekty. Poniżej w rozmowie z Daną Loesch autor raportu debunkującego rewelacje agentów federalnych odkrywa skalę tej “zmowy milczenia”:

  • AKTUALIZACJA 03/07/2015

Panowie Blair i Martaindale, współtwórcy omawianego wyżej dokumentu sporządzonego na zlecenie FBI, przyznali wreszcie, iż w kwestii analizowanego zjawiska wyprowadzili opinię publiczną na manowce. Niestety, lapidarnego sprostowania nie raczyli nawet wysłać do żadnego z największych dzienników w kraju, a jedynie opublikowali je na łamach “ACJS Today”, pisma branżowego będącego organem wydawniczym “The Academy of Criminal Justice Sciences”. John Lott próbował dotrzeć do sygnatariuszy elaboratu i nakłonić ich do korekty tekstu przez ponad rok. Dopiero gdy sam zamieścił replikę w recenzowanym publikatorze, druga strona poczuła się w obowiązku zareagować. Osoby zainteresowane szczegółami historii odsyłam do WSJ i felietonu Jasona R. Rileya “Obama’s Gun-Control Misfire” z 09/06/2015.

________________

[1] Jak zwiększyć bezpieczeństwo takich “enklaw”, patrz propozycja sekretarza generalnego Interpolu.

[2] Niebawem to kryterium klasyfikacyjne będzie można odłożyć do lamusa za sprawą nowegrozporządzenia administracji Obamy, które orzeka, iż masowy mord jest wtedy, gdy w pojedynczym zamachu życie tracą trzy osoby lub więcej.