Federalne Biuro Śledcze oficjalnie podłączyło się do debaty na temat masowych morderstw dokonywanych bronią palną w przestrzeni publicznej. Niestety, zamiast wyklarować sporne kwestie, agencja spotęgowała tylko jeszcze większy semantyczny chaos. I przy okazji wyszło na jaw, że ma niedoinwestowaną komórkę odpowiedzialną za risercz.

A Study of Active Shooter Incidents in the United States between 2000 and 2013 – tak w oryginale brzmi tytuł dokumentu, który w środowisku dziennikarskim wywołał zainteresowanie, jakim nie mógł dotychczas poszczycić się żaden inny raport wypuszczany przez Biuro. Nawet doroczne sprawozdania o przestępczości nigdy nie były bardziej rozchwytywane przez media jak ta konkretna publikacja.

W rozprawie mowa jest o tym, że pomiędzy rokiem 2000 a 2013 zidentyfikowano na terenie USA dokładnie 160 “aktywnych strzelców”. Co gorsza, w wyznaczonym okresie zauważalnie zwiększyła się też częstotliwość pojawiania się tych osobników: od raptem jednego przypadku w roku 2000 do aż siedemnastu w 2013. Poprawiła się także ich skuteczność w zabijaniu: od siedmiu morderstw do bagatela osiemdziesięciu sześciu. W rezultacie średni roczny przyrost zarówno ataków, jak i zgonów wyniósł 16 proc.:

szacunki_fbi_wykresy

Po takim kategorycznym sformułowaniu wniosków media były wniebowzięte: wreszcie ktoś z samej góry dostarczył twardych empirycznych dowodów na potwierdzenie tego, co “wszyscy” wiedzieli – że oto tsunami krwawych masakr przetacza się przez kraj. Czołówki gazet i portali, powołując się na autorytet federalnych śledczych, biły na alarm:

  • Mass Shootings on the Rise, FBI says” (Devlin Barrett, WSJ);
  • “FBI Confirms a Sharp Rise in Mass Shootings” (Michael S. Schmidt, NYT);
  • “FBI: Mass shooting incidents occurring more frequently” (Even Perez, CNN); 
  • “FBI study: Deaths in mass shootings increasing” (BBC);
  • “FBI Study Finds Mass Shootings On The Rise” (Ryan J. Reilly, “The Huffington Post”);
  • “FBI report shows increase in mass shootings” (Fox News);
  • “Mass shootings in U.S. have tripled in recent years” (Richard A. Serrano, “LA Times”);

W kontekście zbiorowego reprodukowania nagłówków przez wiodące serwisy informacyjne genialną przenikliwością wykazał się jeden osamotniony dziennikarz, który na tle koleżanek i kolegów po fachu nazwał swój felieton wręcz prowokacyjnie:

Referat FBI jest w istocie nieco zbyt zagmatwany, przez co stanowi łatwą pożywkę dla całego panoptikum wyrachowanych krzykaczy czy też wszelkiej maści paranoików. Naturalnie media swoje radośnie dośpiewały i ponoszą lwią część winy za powstały bałagan, ale gdyby tylko pracownicy Uniwersytetu Teksańskiego, którym federalni zlecili sporządzenie i zredagowanie finalnej wersji dokumentu, trochę rzetelniej przyłożyli się do roboty i nie dopuścili się rażących uchybień technicznych, prawdopodobnie dałoby się uniknąć wielu nieporozumień, wyciągania przesadzonych konkluzji i perpetuum mobile dezinformacji zostałoby w porę wyhamowane.

Na starcie warto sobie uzmysłowić, że termin “aktywny strzelec” (kulawe tłumaczenie i kalka z angielskiego) stosowany jest przez siły porządkowe na określenie strzelaniny, która znajduje się w toku, co oznacza, że zarówno policja, jak i interweniujący z pomocą cywile mają ciągle potencjalną możliwość odwrócenia przebiegu wydarzeń (powstrzymania ataku). FBI: Active shooter is a term used by law enforcement to describe a situation in which a shooting is in progress (…) the active aspect inherently implies that both law enforcement personnel and citizens have the potential to affect the outcome of the event based upon their responses.

Co się zaś tyczy cech charakterystycznych sprawcy, to wedle federalnych wytycznych jest to osoba czynnie zaangażowana w zabijanie albo próbę zabójstwa ludzi na gęsto zaludnionym obszarze (za FBI: An individual actively engaged in killing or attempting to kill people in a populated area). Takim obszarem może być tradycyjnie jarmark bożonarodzeniowy, placówka oświatowa, centrum handlowe, zakład pracy tudzież inny podobny, słabo chroniony obiekt [1].

Dalej: obecność “aktywnego strzelca” wcale nie gwarantuje, że dany incydent uzyska status masowego morderstwa. Mówiąc inaczej, każda “active shooter situation” wymaga na miejscu “aktywnego strzelca”, ale nie każdy “strzelec” kasuje dostatecznie dużo ludzi, by wywindować zajście do poziomu publicznej strzelaniny [2]. Przyczyn tej “powściągliwości” może być wiele: zabójca upatrzył sobie wyłącznie bardzo konkretny cel, ignorując resztę ofiar, albo zwyczajnie nie udało mu się zrealizować zamierzeń, gdyż został przed czasem zneutralizowany. Dlatego też FBI uczciwie wyjaśniło: This is not a study of mass killings or mass shootings, but rather a study of a specific type of shooting situation law enforcement and the public may face.

Do tego momentu wszystko wydaje się w miarę logiczne. Wątpliwości zaczynają się piętrzyć, gdy trzeba poskładać do kupy dane wsadowe.

Spośród 160 przypadków z lat 2000-2013, w których uczestniczył “active shooter”, w 32 nikt nie zginął (w jedenastu obyło się nawet bez obrażeń), a w kolejnych 35 zabito pojedynczego człowieka [3] (dodatek nr 2 → link). Łącznie obie subkategorie przestępstw odpowiadają za 42 proc. wszystkich spraw skompilowanych przez FBI. Podejrzane jest zaś to, że dokładnie pięćdziesiąt z nich trafiło na ostatnią “siedmiolatkę”, a tylko siedemnaście na pierwszą, co implikuje, że późniejszy odcinek skontrolowanego przedziału czasowego musi być znacznie bardziej obciążony “drobnicą” niż segment początkowy. Konsekwencje takiego skrzywienia statystyk są doniosłe, bo odkształcają w górę linię trendu na wykresie. 

John Lott zwraca uwagę, że nadaktywność “strzelców” zarejestrowana w ostatnich latach w porównaniu do ich manifestacji wcześniejszych jest pozorna. Federalni rachmistrzowie sami przyznają, że sporo uwzględnionych w raporcie pomniejszych zdarzeń (zwłaszcza tych bez ofiar śmiertelnych) zaczerpnięto wprost z doniesień medialnych z powodu braku narodowej bazy danych, która by je katalogowała. W dodatku w słabiej zurbanizowanych jurysdykcjach policja rzadko przechowuje rekordy dotyczące tego typu zajść i kiedy jakiś badacz podejmie się historycznej rekonstrukcji statystyk, to w miarę zbliżania się do teraźniejszości częściej napotykać będzie nienaturalne spiętrzenia tych incydentów. Dzisiaj niegroźny wypadek z udziałem załadowanej broni ma szansę na uwiecznienie w internetowych archiwach, choćby jakiegoś lokalnego portalu, czego nie da się powiedzieć o przełomie stuleci, nie wspominając o dekadach lat 80. czy 70. ubiegłego wieku.

Co jeszcze dziwniejsze, FBI nie zakodowało u siebie dwudziestu “active shooter situations” z minimum dwiema osobami zabitymi. Dwadzieścia “strzelanin” z “aktywnym strzelcem” w roli głównej, do których zdołał dokopać się John Lott (załącznik nr 1), a których nie była w stanie zidentyfikować dysponująca niewspółmiernie większymi zasobami rządowa instytucja, nie znalazło się na sporządzonym przez nią diagramie słupkowym. I pech chciał, że daty 3/4 z brakujących pozycji przypadają na okres między rokiem 2000 a 2006. Ponownie mamy więc do czynienia z artefaktem – sfingowanym odkształceniem linii regresji na korzyść sensacyjnej narracji o rosnącej liczbie masakr. Jeśli sztucznie się coś zaniży w pierwszej połówce wykresu – dajmy na to, w skutek (nie)umyślnego pominięcia kilkudziesięciu incydentów – w efekcie powstanie wrażenie, jakby zachodziła tendencja zwyżkowa w badanym zjawisku, podczas gdy realnie jest to wyłącznie iluzja, będąca wynikiem niechlujstwa zespołu nadzorującego projekt, a w najgorszym razie – świadomego fałszerstwa.

Kluczowe pytanie: dlaczego wynajęci przez FBI analitycy z Uniwersytetu Teksańskiego za punkt startowy wybrali akurat rok 2000? Jedna z reguł manipulowania statystykami głosi, że w zależności od przyjętego roku bazowego, większość zmiennych może zawsze wykazać albo trend wznoszący, albo spadkowy. Cofając się głębiej w przeszłość (tak jak zrobił to James Alan Fox w celu uzyskania szerszej perspektywy), a następnie eliminując ze zbioru wszystkie zdarzenia bez poszkodowanych oraz pojedyncze morderstwa i dokładając do puli dwadzieścia “przeoczonych” aktów przemocy z dwiema ofiarami, dostajemy wykres z płaską linią regresji, ujawniającą nieistotne (w granicach błędu statystycznego) odchylenie na przestrzeni dekad (nastąpiła redukcja wskaźnika z 16 proc. rocznie do wartości 0.98, przy czym ułożenie krzywej i tak determinuje jeden szczególnie tragiczny rok 2012, kiedy śmierć poniosło 91 cywilów):

US_CRIME_RATESLott kontaktował się ze wszystkimi redakcjami, które puściły w ruch info o wzmagającej fali “strzelanin”, z prośbą, czy nie zechciałyby dla odmiany wypuścić sprostowania. Nikt nie był zainteresowany opublikowaniem korekty:


The Dana Show, 10/20/2014

  • AKTUALIZACJA 03/07/2015

Panowie Blair i Martaindale, współtwórcy omawianego wyżej dokumentu sporządzonego na zlecenie FBI, postanowili wreszcie zareagować na zamieszanie, do którego przyczynili się w zeszłym roku. Najpierw skarżyli media o sianie dezinformacji (co jest prawdą), potem Lotta o uparte znęcanie się nad “chochołem” (co jest w dużej mierze nieprawdą), a na końcu oczyścili samych z siebie z wszelkich zarzutów robienia fuszerki, twierdząc, że korzystali z najlepszych dostępnych źródeł (co jest prawdą tylko połowicznie). Niestety, lapidarnego sprostowania nie raczyli wysłać do żadnego z największych dzienników w kraju, a jedynie opublikowali je na łamach “ACJS Today”, pisma branżowego będącego organem wydawniczym “The Academy of Criminal Justice Sciences”. Najważniejszy fragment ich repliki (pogrubienie moje):

We agree with Lott’s assessment that some media outlets got it wrong. At the press conference releasing the report, we went to great lengths to clarify how active shooter events were different from mass murders and mass shootings. (…) While we went to great efforts to avoid misrepresentations by the media, they unfortunately happened anyway. We have little control over this. We wonder if some members of the media intentionally misreported findings in an attempt to generate a bigger headline or advance their own agendas. (…) The FBI report never claims mass murders or shootings are on the rise.

Określenie, że “some media outlets got it wrong” jest zbyt dobroduszne i nie oddaje powagi sytuacji. Powinno być raczej: “the vast majority of media outlets got it wrong”. Ponadto, jak wykazał Lott, nie tylko nie wzrosła liczba masowych publicznych strzelanin, ale także nie było wzrostu w statystykach “aktywnych strzelców”. Nie ma takiej możliwości, żeby w roku 2000 służby zarejestrowały jeden incydent, a dziesięć lat później już 25.

  • AKTUALIZACJA 06/07/2015

James Alan Fox również wypowiedział się krytycznie o raporcie FBI na łamach oficjalnego biuletynu Amerykańskiego Stowarzyszenia Kryminologii (ASC):

Unlike mass killings, there is no routine data source for active shooters. Many cases were identified by searching news archives, which have expanded in recent years. It is not clear whether the increase in active shooter events is completely related to the actual case count or at least partially to the availability and accessibility of news reports to identify such events, particularly those in which few if any victims died. In fact, there is some evidence that several cases from the more remote years were overlooked, which would have dramatically altered the trend. (…) These events are exceptionally rare and not necessarily on the increase. It is critical that we avoid carelessly scaring the American public with questionable statements about a surge in active shooter events.

________________

[1] Jak zwiększyć bezpieczeństwo takich “enklaw”, patrz propozycja sekretarza generalnego Interpolu.

[2] “Mass shootings” to precyzyjnie zdefiniowane sytuacje, w których giną od kul plus cztery osoby, nieskorelowane z mordami rodzinnymi, zabójstwami o charakterze sekciarsko-okultystycznym czy działalnością typowo kryminalną (wojny narkotykowe o rynki zbytu, uliczne rozboje, akcje odwetowe rywalizujących ze sobą gangów). Rozróżnienie to jest absolutnie newralgiczne i stosowane jest przez FBI od lat 70. XX wieku → link (Generally, mass murder was described as a number of murders [four or more] occurring during the same incident, with no distinctive time period between the murders. These events typically involved a single location, where the killer murdered a number of victims in an ongoing incident). Niebawem to kryterium klasyfikacyjne będzie można odłożyć do lamusa za sprawą nowegrozporządzenia administracji Obamy, które orzeka, iż masowy mord jest wtedy, gdy w ataku życie tracą trzy osoby lub więcej.

[3] Aktualizacja: Of the 220 active shooter events between 2000 and 2016 identified by the FBI, as many as 50 resulted in no one being murdered and another 51 claiming the life of just one victim. (link)