Strzelaniny w USA: kłamstwa magazynu “Mother Jones”

Rewolucyjna koncepcja, że oto żyjemy w fazie największego nasilenia “krwawych strzelanin” zakwitła w mateczniku progresywnego dziennikarstwa internetowego, tj. na stronach portalu Mother Jones w nieprzyzwoicie spopularyzowanym artykule Marka Follmana pt. “More Guns, More Mass Shootings – Coincidence?” Szczęśliwie istnieje banalnie prosty sposób na szybką weryfikację tej tezy: wystarczy spytać, co sądzą na jej temat ludzie, którzy fenomen masowej przemocy studiują zawodowo i potrafią ulokować go w dłuższym kontekście czasowym.

James Alan Fox, kryminolog z Uniwersytetu Północno-Wschodniego w Bostonie, komentując wyniki prac analityków z Kongresowej Służby Badawczej, stwierdził:

Nie da się wyznaczyć stabilnego trendu. (…) W gruncie rzeczy nie ma wzrostu. Niektóre lata prezentują się lepiej, inne gorzej, lecz jakby tego nie interpretować, nie ma żadnej epidemii. Raport powinien uspokoić tych, którzy uważają, że te zdarzenia wymknęły się spod kontroli.

W innym miejscu odniósł się natomiast do pojęciowego chaosu generowanego przez media:

Największy problem z wypracowaniem spójnego podejścia do masowych strzelanin polega na tym, że w obliczu tragedii media zawsze sięgają po statystyki gromadzone w archiwach internetowych. U niewyrobionego odbiorcy wytwarza to przekonanie, że codziennie gdzieś na terenie Stanów Zjednoczonych grasuje psychopata, uzbrojony w karabinek szturmowy, siekający na wszystkie strony kulami w spanikowanych przechodniów i mordujący tłumy cywilów. Tymczasem 1/3 zdarzeń, katalogowanych przez banki sieciowe, są to incydenty, w których obyło się bez zabitych, natomiast w pozostałych aż 95 proc. stanowią przestępstwa zwieńczone śmiertelnym zranieniem pojedynczej osoby. Znakomita większość masowych morderstw dokonywanych za pomocą broni palnej nie jest wynikiem działania ślepego trafu ani nie dzieje się nawet w sferze publicznej; ponad połowa z nich to zabójstwa rodzinne. Takie dane cierpią także na deficyt historycznej perspektywy. Celem uzupełnienia wiedzy o strzelaninach sprzed paru dekad, autorzy filtrują cyfrowe biblioteki materiałów prasowych, które w miarę oddalania się od współczesności robią się coraz bardziej ubogie w szczegóły. W efekcie ich oszacowania fałszywie sugerują, że liczba masakr rośnie.

US_CRIME_RATES

Niezależnie od bostońskiego profesora do analogicznych konkluzji doszli Grant Duwe i John Lott. Obydwaj są zgodni, że relatywnie niewielki przyrost częstości występowania wybuchów przemocy w ostatnich pięciu latach to efekt skrzywienia wywołanego przez jeden szczególnie tragiczny rok 2012 (Duwe dla CRS: If 2012 were excluded, the averages would actually have been lower than the preceding five-year period).

US_CRIME_RATES

Rekonstruując dane długookresowe, sięgające wstecz roku 1977, ekonomista z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, John Lott, otrzymał linię regresji, ujawniającą jedynie drobne odchylenie na przestrzeni czterech dekad (po usunięciu aberracyjnego roku 2012 linia robi się niemal całkowicie płaska):

US_CRIME_RATES

Redakcja Mother Jones oczywiście zauważyła wzbierającą falę krytyki. Ale zamiast posypać głowy popiołem i przyznać się do dziennikarskiej fuszerki, zespół MoJo postanowił dalej iść w zaparte i niebawem na ich stronach wylądował kolejny “szokujący” tekst o strzelaninach, tym razem o jeszcze bardziej absurdalnej wymowie: “Rate of Mass Shootings Has Tripled Since 2011”. Sensacyjny nagłówek grozy parafował tercet ekspertów z Harvardzkiej Szkoły Zdrowia Publicznego, co w zamyśle miało wywindować rangę artykułu ponad przeciętność. Ponieważ jednak ogólny poziom merytoryczny prac dot. broni palnej w literaturze medycznej od dawna wzbudzał uzasadnione kontrowersje (zobacz litania wpisów → link), należało spodziewać się raczej typowego dla tej dziedziny akademickich rozważań spiętrzenia błędów.

Krótko: Cohen, Azrael i Miller (przypominam – analitycy z Uniwersytetu Harvarda) zwyczajnie zgubili w swych kalkulacjach połowę strzelanin z minimum czterema ofiarami śmiertelnymi [1]. Co gorsza, zignorowali też kwestię rozrostu amerykańskiej populacji (czytaj: nie przeskalowali surowych liczb) oraz niepoprawnie zinterpretowali nagromadzenie incydentów z lat 2011-2013 jako coś unikalnego, podczas gdy podobne anomalie w postaci “klastrów danych” zdarzały się w minionych dziesięcioleciach już kilkakrotnie. Po naniesieniu korekt zaobserwowany przez Cohen et al. fenomen nagłego “potrojenia wskaźnika” przestaje być statystycznie istotny:


W bardziej generalnym ujęciu wszystko sprowadza się tradycyjnie do niezbyt wyrafinowanej manipulacji, w sensie: to, czy wykres pokaże trend wznoszący czy opadający, uwarunkowane jest zawsze długością porównywanych odcinków i wyborem punktu startowego, od którego rozpoczniemy pomiary. Tę metodę urabiania statystyk obnażył Grant Duwe (patrz diagram na str. 27 link). Jeśli zestawi się obok siebie interwały 1994-2004 i 2005-2013, średnie roczne wskaźniki strzelanin wyniosą odpowiednio 1.12 i 1.41, dając 26-procentowy przyrost. Ale gdy porówna się odcinki sześcio- i trzynastoletnie, różnice znikają (średnia dla 1988-1993 – 1.52, dla 2007-2012 – 1.51; wskaźnik dla 1980-1993 – 1.39, dla 2000-2013 – 1.26).

  • AKTUALIZACJA 06/10/2017

Poniżej tłumaczenie kilku akapitów ostatniego tekstu o strzelaninach z magazynu “Politico” – “Mass Shootings Are Getting Deadlier, Not More Frequent” (→ link):

Scenariusz był już przerabiany – dochodzi do strzelaniny w miejscu publicznym, tuż po niej wzbiera fala goryczy i oburzenia, a następnie rozlegają się wołania o zaostrzenie kontroli nad bronią palną, druga strona zaś pochrząkuje o cynicznym upolitycznianiu tragedii. Paski serwisów informacyjnych i przemówienia polityków piszą się same – jedyne, co się zmienia, to lokalizacja, tożsamość mordercy oraz liczba ofiar. Cała reszta ogranicza się do rutyny.

Taki sposób postrzegania spraw nie wynika jednak z jakiegoś bezprecedensowego wzrostu wskaźnika masowych strzelanin, te utrzymują się bowiem na względnie stabilnym poziomie od dekad. Brutalna rzeczywistość wyłaniająca się ze statystyk jest inna: masakry nie stały się bardziej powszechne, lecz po prostu bardziej zabójcze.

W swoich pracach definiuję strzelaninę jako zdarzenie, niezwiązane z działalnością stricte kryminalną (rozboje, wojny gangów o rynki zbytu narkotyków), konfliktami militarnymi czy przemocą zbiorową (czystki etniczne), w którym na skutek użycia broni w przestrzeni publicznej giną od kul cztery osoby lub więcej w ciągu pojedynczej doby. I tak, przykładowo, zeszłoroczny zamach terrorystyczny w nocnym klubie “Pulse” w Orlando podpada pod tę kategorię, natomiast rzeź rdzennych Amerykanów nad Wounded Knee z roku 1890 już nie, podobnie zresztą jak mordy rodzinne w prywatnych domach.

W ramach tych ustaleń od końca lat siedemdziesiątych XX wieku zarejestrowano na terenie Stanów Zjednoczonych 140 masakr, co po uśrednieniu daje ponad trzy strzelaniny rocznie. Niezależnie od tego, czy śledzimy dynamikę trendów w występowaniu badanego zjawiska, czy wyznaczamy współczynnik zgonów, jest rzeczą konieczną, by zawsze korygować dane o wielkość amerykańskiej populacji. Z powodu statystycznej rzadkości publicznych strzelanin, zastosowałem na diagramach przelicznik na sto milionów obywateli (pomarańczowa linia ukazuje kierunek kształtowania się trendów w czasie):

wykres oryginalny → link

Począwszy od roku 2005 wskaźnik masakr z wykorzystaniem broni palnej przypadających na jednego mieszkańca jest nieco wyższy niż w dekadzie wcześniejszej, lecz nie wykazuje już żadnych różnic względem przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to nasilenie strzelanin doprowadziło do uchwalenia na szczeblu federalnym przepisów dot. szkolnych stref wolnych od broni [2]. Co uległo zwiększeniu w analizowanym okresie, to liczba osób z obrażeniami postrzałowymi, która osiągnęła historycznie rekordowy poziom. Zwracam uwagę, że przed rokiem 2012 pięcioletnia średnia ruchoma nigdy nie przekroczyła magicznej bariery dwudziestu ofiar na sto milionów mieszkańców; niedługo potem przebiła ten pułap czterokrotnie (2012, 2013, 2015, 2016):


wykres oryginalny → link

Istnienie opisanego wyżej fenomen częściowo tłumaczy, dlaczego percepcja strzelanin jest tak ostro wykoślawiona, pomimo iż same incydenty nie stały się wcale bardziej powszechne niż kiedyś. Badania dowodzą, że mierzona liczbą rannych i/lub zabitych skala spustoszeń, dokonywanych przez masowych morderców, jest zdecydowanie najlepszym prognostykiem zainteresowania ze strony mediów. Niedawna seria spektakularnie krwawych masakr w połączeniu z intensywnym i rozległym charakterem transmisji medialnych, towarzyszących poszczególnym tragediom, utrwalają fałszywe przeświadczenie o częstszym występowaniu tych zjawisk [3].

Konkluzje te zostały później rozwinięte przez autora w recenzowanym artykule link.

____________________

[1] Zobacz też Grant Duwe (cytat, link).

[2] Wskaźnik ofiar śmiertelnych szkolnych strzelanin w USA wzrósł ponad siedmiokrotnie od proklamowania Gun Free School Zone Act oraz Gun Free School Act ( link).

[3] Dokładniejsze omówienie zagadnienia link.

15 komentarzy na temat “Strzelaniny w USA: kłamstwa magazynu “Mother Jones””

  1. To czemu w tym badaniu psychiatrzy podają statystyki, że obecnie jest o wiele więcej strzelanin w USA niż jeszcze niedawno?

    1. Z głowy ci nie powiem, musiałbym zapoznać się z metodyką. Może jakoś egzotycznie definiują “strzelaninę” albo pominęli kilkanaście zdarzeń z bardziej odległej przeszłości?

      Co się zaś tyczy subkategorii szkolnych strzelanin, to w zależności od punktu startowego otrzymasz różne linie trendu. Jak zaczniesz mierzyć od roku ~1990, dostaniesz trend spadkowy, jak od 1945 albo 1966 – trend wznoszący (statystyki dla okresu 1990-2014 możesz zobaczyć tu, a dla okresu 1945-2017 tu).

      1. A nie wiesz jak wyglądają liczby (obecne w porównaniu z kilkoma dekadami wcześniej) po wzięciu pod uwagę wszystkich incydentów z udziałem active shootera w miejscu publicznym, także tych, gdzie zginęły mniej niż 4 osoby lub żadna? Jest to gdzieś w ogóle zebrane czy trzeba by było po kolei zbierać dane z każdego departamentu policji, żeby się o tym dowiedzieć? Bo takich przypadków jest z pewnością o wiele więcej niż te 3-4 w ciągu roku i nawet w tym roku była w szkole strzelanina z dwoma zabitymi i osiemnastoma rannymi – na papierze to nie jest “strzelanina masowa” ale obiektywnie ciężko tak tego nie nazwać…

        1. Niestety, sam swego czasu szukałem i również nie mogłem znaleźć żadnych zbiorczych statystyk sięgających kilku dekad wstecz, dotyczących “aktywnych strzelców”. Dysponujemy natomiast danymi od roku 1977, które uwzględniają zdarzenia z dwiema ofiarami śmiertelnymi – Lott stworzył na ich bazie diagram ze wskaźnikami śmiertelności na milion mieszkańców (zobacz → link). W tym samym wątku jest wyjaśnienie, dlaczego z przyczyn obiektywnych nie jest możliwe uzyskanie dokładnego rejestru wszystkich incydentów sprzed epoki cyfryzacji policyjnych archiwów.

          I masz całkowitą rację, kiedy piszesz, że strzelanina z dwoma trupami i osiemnastoma osobami rannymi to jest publiczny masowy mord i tak też powinien być kategoryzowany. Kryterium klasyfikacyjne powinno opierać się przede wszystkim na intencjach zamachowca (zabicie jak największej liczby ludzi w jak najkrótszym czasie). Z drugiej strony, ten próg “czterech ofiar” nie wziął się znikąd.

          Analitycy FBI, badając masowe mordy z użyciem broni innej niż palna, zauważyli, że dość powszechnym zjawiskiem były/są publiczne zabójstwa z dwiema lub trzema ofiarami śmiertelnymi (+ kilku do kilkunastu rannych), natomiast do rzadkości należą publiczne masakry z wykorzystaniem noża, młotka, maczety etc., w których ginie np. 5 dorosłych osób (w całym XX wieku odnotowano zaledwie 7 przypadków, w których nożownicy zdołali zamordować 4+ ludzi w miejscu publicznym). Stąd historycznie definicja “masowej strzelaniny” zawiera frazę “minimum cztery osoby zabite”.

          p.s.
          Może cię zainteresuje – masowe mordy w USA bez użycia broni palnej (2006-2017) → link

          p.s.2
          Szkolne strzelaniny z minimum trzema osobami rannymi od roku 1966 → link

  2. No nieźle, 89:1… Co takiego jest w Ameryce, że jest tam tylu pojebów, którzy się mordują wszelkimi dostępnymi środkami? Zakładam, że znaczna większość tych masakr to masakry domowe i słyszałem nawet o przypadkach z USA, gdzie ktoś po zwolnieniu z pracy zabijał całą swoją rodzinę a na koniec siebie, ale czy to jest jakaś reguła? Czy ten brak socjalizmu, wyścig szczurów, indywidualizm (jak to się mówi często o USA) może faktycznie mieć duży wpływ? Mnóstwo ludzi mówi też o rzekomych problemach umysłowych Amerykanów, braku opieki psychiatrycznej, czy lekach psychotropowych, ale czy to, że tam rzekomo jest np. więcej ludzi z depresją albo zaburzeniami dwubiegunowymi niż w innych krajach zachodnich nie może mieć po prostu związku z tym, że tam problemy psychiczne nie są tematem tabu i ludzie nie boją się chodzić do psychiatry, nawet bez wyraźnej potrzeby? USA jest też nacją imigrantów, ale przecież tak samo choćby Australia. Mała gęstość zaludnienia też nie jest cechą tylko tego kraju… Masz jakiś swój pomysł?

    1. W USA nie istnieje opieka psychiatryczna w żadnej poważnej (zinstytucjonalizowanej) formie. Chorych psychicznie zazwyczaj umieszcza się w zakładach karnych, co jest aberracją. Moim zdaniem, to jeden z głównych czynników. Inna sprawa: jak w Polsce np. fiskus zniszczy komuś biznes albo życie, to taki człowiek popełnia samobójstwo – samotnie i w ciszy. W Ameryce natomiast ludzie krańcowo sfrustrowani często odchodzą z przytupem – wlatują awionetką w gmach urzędu skarbowego (link), demolują pół miasta opancerzonym buldożerem (link) albo wjeżdżają samochodem wypełnionym materiałami wybuchowymi w budynek federalny (zamach bombowy w Oklahoma City z 1995 roku).

      1. Czyli jednak jest widoczna korelacja między aktami przemocy i chorobami psychicznymi? A co do tego “odchodzenia z przytupem”, to jest po prostu coś związanego z ich kulturą?

        1. Korelacja widoczna jest między ekstremalnie rzadkimi (ze statystycznego punktu widzenia) aktami masowej przemocy a spektakularnymi zaburzeniami psychicznymi. Nie ma natomiast żadnej korelacji między przemocą ogółem a chorobami psychicznymi. Wręcz przeciwnie: chorzy psychicznie częściej padają ofiarą przemocy aniżeli dopuszczają się jej w świecie rzeczywistym (zobacz ten wpis – szczególnie interesująca jest część druga, gdzie masz przywołane cytaty amerykańskich psychiatrów/psychologów).

  3. Więc mam jeszcze jedno pytanie – co masz właściwie na myśli mówiąc “spektakularne zaburzenia psychiczne” i czy da się je łatwo wykryć u kogoś przed faktem? Chodzi mi o to, w jaki sposób lepsza opieka psychiatryczna miałaby tutaj pomóc, skoro ci sprawcy często wydają się być normalni aż do dnia ataku, a nawet jeśli nie, to w takich krajach jak Polska też nie można przecież przymusowo umieścić osoby z zaburzeniami w zamkniętym zakładzie tak długo jak nie odwali niczego poważnego.

    1. “co masz właściwie na myśli mówiąc “spektakularne zaburzenia psychiczne”

      Mam na myśli nawarstwiające się choroby, czyli np. psychoza maniakalno-depresyjna połączona z objawami schizofrenii paranoidalnej etc. albo jakieś skrajne przypadki zaburzeń, które normalnie u większości pacjentów występują w złagodzonej formie.

      “Chodzi mi o to, w jaki sposób lepsza opieka psychiatryczna miałaby tutaj pomóc”

      Choćby w taki sposób, że ci ludzie nie trafialiby do więzień (co jest normą w USA) albo “na ulice”, gdzie ich stan ulegałby tylko pogorszeniu, ale znajdowaliby się pod stałą opieką medyczną. Serio, skala amerykańskiego problemu jest ogromna i niewiele osób zdaje sobie w ogóle sprawę, jak głębokie (i często nieodwracalne) zmiany zaszły w okresie, kiedy tę kwestię ignorowano. Mowa o dekadach zaniedbań. Wklep do wyszukiwarki hasła “American prisons and mental health crisis” albo “when jails become hospitals”.

      1. Ale to wszystko się tyczy chyba tylko części napastników, a nie takich w stylu Paddocka, Breivika, strzelca z Orlando, ze szkoły na Florydzie albo kościoła w Teksasie (pomijając wcześniejsze problemy prawne tych trzech ostatnich i możliwość ich powstrzymania z tego względu)?

        1. Paddock był zdrowy psychicznie i dodatkowo bogaty (w Polsce spokojnie dostałby broń maszynową na pozwolenie kolekcjonerskie, gdyby tylko chciał). To samo tyczy się Breivika. Strzelec z Orlando był licencjonowanym ochroniarzem, który przeszedł badania psychiatryczne. Nastolatek z Florydy to splot katastrofalnych w skutkach uchybień FBI, lokalnej policji i dyrekcji ogólniaka w Parkland. Nigdy nie powinien mieć dostępu do broni palnej przy obecnych uregulowaniach w USA, ale biuro szeryfa i władze szkoły podpisały umowę, na mocy której funkcjonariusze zobowiązali się nie dokonywać aresztowań uczniów za popełniane przez nich przestępstwa (także te cięższe typu napaści czy rozboje) w celu sztucznego zaniżania statystyk (strzelec z Florydy należał do tego programu). Ostatni “pacjent” z twojej listy – zabójca z teksańskiego Sutherland Springs – prześlizgnął się przez system NICS z powodu braku procedur przesyłania danych o przestępstwach na linii wojsko-FBI.

  4. A czy wierzysz że, pomijając już kwestię opieki psychiatrycznej, w Ameryce z jakiegoś niejasnego powodu jest też po prostu więcej osób na starcie z zaburzeniami wszelkiego typu w porównaniu do innych krajów? Podobno np. z USA pochodzi 90% seryjnych morderców i chyba nie można wytłumaczyć tak ogromnej przewagi tylko poprzez fakt różnorodności etnicznej, dużej wielkości kraju w połączeniu z małą gęstością zaludnienia i wysokiej sprawności policji?

    1. Tak, moim zdaniem, w Ameryce na starcie jest więcej wszelkiej maści psychopatów. Niestety, nie mam twardych danych na potwierdzenie tego, to jedynie moje “przeczucie”, które jednak z każdym rokiem ulega wzmocnieniu. Thomas Hargrove zajmuje się niezależnie od FBI analizą statystyk zabójstw w USA. Według jego obliczeń, obecnie po Ameryce grasuje DWA TYSIĄCE seryjnych morderców.

Komentarze zostały wyłączone.