Nigdy specjalnie nie zapuszczałem się w te rejony, ale jeśli spojrzeć na amerykańską historię XX wieku z perspektywy głośnych zabójstw politycznych, to można dostrzec pewien schemat: otóż uchwalenie wszystkich najważniejszych federalnych ustaw antybroniowych poprzedzone było śmiercią albo zranieniem jakiejś ważnej osobistości z życia publicznego. Na ów fenomen zwrócił uwagę Ben Garrett w przyczynkarskim felietonie “Zamachy polityczne a restrykcje w dostępie do broni palnej”.

Według wersji oficjalnej, prekursorska legislacja, The National Firearms Act, weszła w życie pięć lat po słynnej egzekucji w magazynie przy North Clark Street (link). Strzelanina zostałaby pewnie szybko zapomniana, niestety w międzyczasie włoski anarchista, niejaki Giuseppe Zangara, postanowił obrać kurs kolizyjny na prezydenta Stanów Zjednoczonych. W roku 1933 Zangara wygarnął z paru metrów pięć kul w stronę Roosevelta. Ani jedna go nie drasnęła, wszystkie trafiły w przypadkowe osoby, w tym ówczesnego burmistrza Chicago, wieloletniego przyjaciela FDR, Antona Cermaka, który niedługo potem zmarł w szpitalnym łóżku na skutek odniesionych ran. Garrett sugeruje, że dopiero to wydarzenie w powiązaniu z Masakrą w Dniu Świętego Walentego pchnęło kongresmenów do działania.

Gun Control Act z roku 1968 również wykuwał się w wyjątkowo burzliwym okresie i gdyby nie zamach na JFK oraz następujące po nim zabójstwo jego brata, prawdopodobnie nigdy nie przeszedłby przez zębatki machiny ustawodawczej. Oliwy do ognia dolały dwa morderstwa murzyńskich aktywistów: najpierw zginął Malcom X, zastrzelony podczas wiecu w Harlemie, a trzy lata później zamordowano Martina Luthera Kinga.

Wreszcie, rok 1981 i incydent, który poruszył lawinę. 

Ronald Reagan opuszczał właśnie Hotel Hilton w Waszyngtonie w asyście ochroniarzy, kiedy z wiwatującego tłumu wyłonił się zamachowiec, ściskając w dłoni rękojeść taniego rewolweru marki Röhm-Germany w kalibrze 0.22 z 1 7/8-calową lufą, zakupionego w teksańskim Dallas. Broń była nabita kulami o opóźnionym czasie eksplozji, obliczonymi na wybuch w ciele ofiary.

Hinckley oddał w sumie sześć strzałów w mniej niż dwie sekundy. Pierwszy nabój przeszył skroń sekretarza prasowego Reagana – Jima Brady’ego, drugi ranił w kark stojącego obok funkcjonariusza waszyngtońskiej policji, trzeci roztrzaskał okiennicę w budynku naprzeciwko, czwarty, wymierzony wprost w głowę prezydenta, przyjął na siebie Tim McCarthy, agent Secret Service; pocisk przebił mu płuco i uszkodził wątrobę oraz przeponę. Dwie ostatnie kule trafiły w pancerną prezydencką limuzynę, z czego ta szósta, odbijając się rykoszetem od otwartych drzwi, znalazła w końcu drogę do celu – weszła pod lewym ramieniem Reagana i wyhamowała w odległości 76 milimetrów od jego serca. Ale to nie Reagan był tym, który w ostatecznym rozrachunku najbardziej ucierpiał. Największe spustoszenia kula poczyniła w ciele pierwszej ofiary – Jima Brady’ego.

John Hinckley Jr. w roku 1981

Po zamachu Brady nigdy nie odzyskał dawnej sprawności – do dzisiaj porusza się na wózku inwalidzkim, częściowo sparaliżowany. Dla porównania Reagana wypisano ze szpitala po dwunastu dniach od operacji. Zostawiając jednak na boku kwestie zdrowotne, polityczne konsekwencje zakończonej fiaskiem desperackiej szarży Hinckley okazały się brzemienne w skutkach. Sarah Brady, żona Jima, w parę lat po zamachu przeszła radykalną metamorfozę: z wyciszonej kobiety, lojalnie towarzyszącej mężowi w jego karierze, przekształciła się w wojującą aktywistkę, popierającą gruntowne rozbrojenie cywilów. W roku 1985 zasiliła szeregi HCI (Handgun Control, Inc.), organizacji, która w momencie formowania za cel postawiła sobie uchwalenie na szczeblu centralnym w Waszyngtonie bezwzględnego zakazu sprzedaży broni krótkiej. Niebawem HCI zmieniła nazwę na Brady Campaign to Prevent Gun Violence (albo po prostu “Bandę Brady’ego” – Brady Bunch), honorując tym samym wkład obojga małżonków w rozwój zorganizowanego frontu politycznych przeciwników broni w Ameryce.

Wewnątrz rodziny prezydenckiej także doszło do tąpnięcia i też za sprawą kobiecego weta. Sarah Brady miała olbrzymi wpływ na poglądy małżonki Reagana, Nancy. Nieudany atak zamachowca bardzo zbliżył do siebie obydwie kobiety. W biograficznej książce “My Turn” Nancy Reagan przyznała, że po strzelaninie przed Hotelem Hilton zaczęła drążyć skałę, gdyż prezydent nie wykazywał entuzjazmu w kierunku wolty światopoglądowej (The shooting also made me question my attitude toward gun control. Ronnie’s position didn’t change; he just doesn’t believe this is where the problem lies). Jej trud się opłacił. Po zakończeniu drugiej kadencji Reagan przekroczył Rubikon i przeszedł do obozu zwolenników kontroli broni jako dożywotni członek NRA [1].

Ustawę Brady’ego o Przeciwdziałaniu Przemocy z Użyciem Broni Krótkiej (w oryginale: The Brady Handgun Violence Prevention Act), długo oczekiwane dziecko Jima i Sarah, uroczyście parafował dopiero sam Bill Clinton w przedostatni dzień grudnia 1993 roku. Sarah Brady argumentowała następująco za koniecznością wdrożenia nowych regulacji: John Hinckley wszedł do sklepu w Teksasie, położył pieniądze na ladzie, kupił rewolwer i wyszedł z bronią w kieszeni. Tymczasem gdyby prawo federalne każdorazowo narzucało obowiązek robienia weryfikacji niekaralności bezpośrednio przy transakcji (policyjne archiwa ujawniły, że w 1980 roku aresztowano Hinckleya na lotnisku w Nashville pod zarzutem nielegalnego posiadania broni) albo sprawdzania, czy przypadkiem nazwisko kupującego nie widnieje w kartotekach psychiatrycznych (rodzice Hinckleya umieścili go na krótki okres pod obserwacją psychiatry), tragedii można by uniknąć [2].

Clinton w obecności Jima Brady’ego składa podpis pod ustawą.

Zasady działania ogólnokrajowego systemu sprawdzania niekaralności nabywców (National Instant Criminal Background Check System, skrót NICS), który w tym roku świętuje równo dwudziestą rocznicę swojego istnienia, są w teorii banalnie proste.

Podstawową rzeczą, jaką należy sobie uzmysłowić w kontekście dyskusji o NICS, jest fakt, że nie jest on platformą uniwersalną. Obejmuje wyłącznie koncesjonowane punkty sprzedaży broni palnej, tj. takie, których właściciele posiadają federalną licencję na handel bronią na rynku cywilnym (Federal Firearms License/FFL). Wszelkie inne formy transakcji, np. transfery broni z rąk do rąk w ramach prywatnej wymiany, wyłączone są spod tego reżimu. Ta “wada” od zarania spędzała sen z powiek aktywistów rozbrojeniowych i kiedy doszło do masakry w podstawówce Sandy Hook, kwestia łatania “dziur” w systemie (loophole) znowu stała się priorytetem w refrenie ich publicystyki [3], pomimo braku jakiegokolwiek realnego związku z roztrząsanym wydarzeniem (Adam Lanza zamordował matkę i ukradł jej karabin). 

Zaopatrując się w broń palną u licencjonowanego dilera, osoba kupująca zobowiązana jest do wypełnienia – na ladzie sklepowej pod okiem sprzedawcy – formularza 4473 [4], który oprócz podstawowych informacji typu nazwisko, rasa, adres, numer ubezpieczenia, rodzaj broni etc., wymaga także udzielenia odpowiedzi na szereg pytań dotyczących przeszłości kryminalnej. Podawane informacje muszą być zgodne z prawdą, w przeciwnym razie potencjalny nabywca naraża się na posądzenie o krzywoprzysięstwo, co podpada pod przestępstwo składania fałszywych zeznań. Po wypełnieniu kwestionariusza papier wędruje do rąk sprzedawcy, a ten idzie na zaplecze i wykonuje telefon do odpowiedniej agencji stanowej albo bezpośrednio do centrali (kwatera główna NICS zlokalizowana jest w Clarksburgu w Zachodniej Wirginii), po czym informacje zawarte w dokumencie są weryfikowane w komputerach tychże agencji. Trwa to zazwyczaj od kwadransa do kilkudziesięciu minut (NICS został skomputeryzowany w roku 1998, wcześniej funkcjonariusze oddelegowani do tej roboty musieli przekopywać się przez archiwa ręcznie, co zajmowało im niekiedy kilka dni).

Jak łatwo zgadnąć, przy okazji jubileuszu dwudziestolecia NICS przetoczyła się przez media propaganda o niesamowitym natężeniu. Gloryfikatorzy systemu przedstawiali zdobycze ery Clintona jako ratujące życie cuda na kiju. Motywem przewodnim wystąpień telewizyjnych, wywiadów radiowych i artykułów prasowych było przedstawianie background checków jako super skutecznej zapory trzymającej “niebezpiecznych ludzi” (w innej wersji “złych ludzi”) na dystans od broni. W okolicznościowej broszurce puszczonej w obieg przez “Bandę Brady’ego” na początku 2014 roku czytam:

Odkąd Ustawa Brady’ego weszła w życie z dniem 28 lutego 1994 roku, system wstrzymał ponad 2.1 miliona transakcji kupna-sprzedaży broni do osób nieuprawnionych, wliczając w to przestępców skazanych prawomocnym wyrokiem, sprawców maltretowania w rodzinie, poszukiwanych listem gończym uciekinierów oraz innych niebezpiecznych ludzi. Nie oszukujmy się: niezliczona ilość żyć została uratowana i niezliczona liczba przestępstw zdławiona w zarodku dzięki Ustawie Brady’ego.

[Since the Brady law went into effect on February 28, 1994, background checks have stopped more than 2.1 million gun sales to prohibited purchasers including convicted felons, domestic abusers, fugitives from justice, and other dangerous individuals. Make no mistake: Countless lives have been saved, and crimes have been prevented thanks to the Brady law.]

Obama wtórował:

Prawo już teraz wymaga od licencjonowanych sprzedawców broni, aby ci przeprowadzali weryfikację niekaralności i przez ostatnie 14 lat powstrzymano w ten sposób przed kupnem broni palnej 1.5 miliona złych ludzi.

[The law already requires licensed gun dealers to run background checks, and over the last 14 years that’s kept 1.5 million of the wrong people from getting their hands on a gun.]

Z obydwu zacytowanych fragmentów wyłania się obraz instrumentu praktycznie idealnego, który i raka wyleczy, i krawat zawiąże. Szkopuł w tym, że rzeczywistość jest odrobinę bardziej skomplikowana niż chcieliby tego bałwochwalcy NICS – i ludzie, etykietowani przez nich beztrosko jako “przestępcy”, niewiele mają wspólnego z prawdziwymi przestępcami. Mimo ponad dwudziestu lat funkcjonowania, narzędzie to dalekie jest od perfekcji w działaniu także w tym sensie, że nie posiada efektywnych mechanizmów eliminujących fałszywe alarmy, co pozwoliłoby skoncentrować się na rzeczywistych zagrożeniach. 

Jest taka świetna książka napisana przez panią adwokat Cindy Ellen Hill – “Brady Denial? You CAN Get Your Guns Back!” (link), która szczegółowo naświetla rozmaite niedoskonałości będące nieusuwalną częścią Clintonowskiego reżimu. Jej puenta sprowadza się do konkluzji, że federalne restrykcje dotyczące broni palnej są ekstremalnie pojemne. Nad każdym, kto kiedykolwiek został skazany prawomocnym wyrokiem sądowym, bez względu na charakter popełnionego czynu, ciąży bezwzględny i dożywotni zakaz nabywania, przechowywania, posiadania i noszenia jakiejkolwiek broni oraz amunicji, jak również zakaz zatrudniania osób dysponujących we własnym zakresie tą bronią czy amunicją. A jak wiadomo, w USA liczba pułapek zastawionych przez legislatorów, w które można wpaść i w rezultacie skończyć z tytułem przestępcy w papierach, stale rośnie [5].

Jeżeli doszło do małżeńskiej sprzeczki i, dajmy na to, facet w złości spoliczkował partnerkę, po czym wezwano policję i sprawa trafiła do sądu i sędzia wymierzył symboliczny wyrok z paragrafu o “przemocy domowej”, to taka osoba nie może mieć broni. Do końca życia. Jeżeli zwolniono kogoś z wojska za niewykonanie rozkazów albo jaranie zioła podczas pełnienia warty – ten ktoś nie może mieć broni; jeżeli ów ktoś zażywał marihuanę w celach leczniczych albo stosował wyciągi z jej liści do łagodzenia efektów ubocznych chemioterapii – nie może mieć broni; jeżeli wszedł niechcący na teren oznaczony jako “gun free zone” – nie może mieć broni; jeżeli orzeczono wobec kogoś “upośledzenie umysłowe” (zespół Downa, Alzheimera, zespół stresu pourazowego) – ten ktoś nie może mieć broni (nawet jeśli doskonale radzi sobie w życiu prywatnym, a kłopoty miewa jedynie podczas obsługi konta bankowego); wreszcie – jeżeli twoja kartoteka jest czysta jak łza, ale pechowo masz takie samo nazwisko jak osoba z wyrokiem, system może oflagować cię jako “prohibited person” i w rezultacie wstrzymać transakcję [6]. Takich “złych” ludzi są tysiące: co roku wchodzą do sklepów z zamiarem kupna broni palnej i na miejscu dowiadują się, że bezpowrotnie stracili swoje konstytucyjne prawa.

nics“Komputer pokazuje, że w 1985 roku przepisano panu
leki antydepresyjne. Nie mogę sprzedać panu tej broni.”

W 2010 roku FBI po raz ostatni wypuściło raport na temat egzekwowania przepisów Ustawy Brady’ego (administracja Obamy z bliżej nieokreślonych powodów wstrzymała publikowanie tych dokumentów). Można w nim przeczytać, że w analizowanym roku kalendarzowym około 99 proc. osób kupujących broń palną zostało gładko i bezboleśnie zweryfikowanych przez komputery NICS, odrzucono zaś 1-2 proc. formularzy, bo w trakcie sprawdzania okazało się, że osoba ma na koncie albo wyrok skazujący, albo ciąży nad nią jakiś akt oskarżenia. Tak to wygląda ogólnie – detale poniżej. 

Łącznie w roku 2010 zweryfikowano dokładnie 6 037 394 formularzy (na jednym wydruku można umieścić dowolnie długi wykaz sztuk broni, które chce się kupić, dlatego danych gromadzonych przez NICS nie powinno się uwzględniać przy szacowaniu stopnia uzbrojenia Amerykanów, gdyż są one z obiektywnych przyczyn niemiarodajne). FBI odrzuciło 72 659 aplikacji, co daje odsetek wstępnych decyzji odmownych na poziomie 1.2 proc. Apelowało 16 513 osób (22.7 proc.), z czego sukces w starciu z biurokracją odniosło ledwie 5 proc. (3491). Główne powody wydania decyzji odmownych to: prawomocny wyrok skazujący – 34 459 osób (47.4 proc.), nakaz aresztowania/list gończy – 13 862 osób (19.1 proc.), pogwałcenie prawa stanowego – 7666 osób (10.6 proc.), narkotyki/uzależnienie – 6971 osób (9.6 proc.).

Wszystkie powyższe przypadki zgodnie z procedurą odesłano do innej federalnej instytucji, mianowicie ATF (Biuro ds. Alkoholu, Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych) w celu dalszego zbadania, lecz jak później ujawniono, tylko niewielki odsetek z nich przekazano do regionalnych wydziałów tej agencji z poleceniem zainicjowania śledztwa prokuratorskiego. Oto dane po rozbiciu:

  • całkowita liczba decyzji odmownych skierowanych do ATF: 76 142;
  • liczba przypadków przekierowanych do regionalnych oddziałów ATF: 4732 (6.2 proc.);
  • liczba przypadków anulowanych: 68 209 (89.6 proc.);
  • liczba przypadków cofniętych jako nieuzasadnione odmowy: 3163 (4.2 proc.);

Ponad 4 proc. wstępnych werdyktów odmownych po ich przeanalizowaniu przez ATF okazało się niesłusznych, a dziewięć na dziesięć zdyskwalifikowano jako niespełniające wymogów formalnych (The remaining denials did not meet referral guidelines).

Co ze sprawami, które trafiły pod lupę regionalnych biur ATF?

Praktycznie wszystkie zostały oddalone, z czego spora większość jako nienadające się do wszczęcia oskarżenia (No prosecutive merit). Ostatecznie przed sąd trafiły 62 sprawy, spośród których trzynaście zakończyło się wyrokiem skazującym, względnie przyznaniem do winy oskarżonego. Ujmę to inaczej: w roku kalendarzowym 2010 z oryginalnej puli ponad 70 tysięcy wstępnych decyzji odmownych dotrwało do rozprawy raptem trzynaście przypadków – trzynaście przypadków miało na tyle wysoki priorytet dla rządowych oskarżycieli, że ci zdecydowali się pociągnąć je dalej, tj. pójść z nimi do sądu. Ile z tych spraw można zaliczyć do kategorii “fałszywych alarmów”, tego nie da się w prosty sposób skwantyfikować, gdyż federalne statystyki milczą w tym temacie. John Lott spekuluje, że spokojnie +98 proc. z nich to ludzie błędnie oflagowani przez NICS, którzy w żadnym razie nie powinni znaleźć się w gronie osób nieuprawnionych do kupna broni [7].

Koniec końców chodzi o to, że propagandziści, działający w szeregach “Bandy Brady’ego”, notorycznie podają do publicznej wiadomości niepełne i zmanipulowane informacje. 70 tysięcy unieważnionych transakcji kupna-sprzedaży broni palnej w skali roku ani nie oznacza, że cudownie uratowano od niechybnej śmierci 70 tysięcy ludzkich żyć, ani tym bardziej, że zatrzymano przy ladzie sklepowej 70 tysięcy niebezpiecznych/złych ludzi. 

  • AKTUALIZACJA 16/04/2014

W sierpniu 1993 roku Clinton zlecił agentom ATF, aby ci przyjrzeli się systemowi wydawania licencji na sprzedaż broni (FFL) i poddali rewizji niektóre z jego aspektów. Audyt wykazał, że ~40 proc. zarejestrowanych w Ameryce sklepów z bronią to tzw. “kitchen-table dealers”, czyli ludzie prowadzący biznesy w domach albo garażach i sprzedający po kilkanaście sztuk broni w roku, głównie rodzinie, znajomym i sąsiadom. Licencje nabywali wyłącznie po to, by móc obracać sprzętem po cenach hurtowych oraz cieszyć się drobnymi przywilejami prawnymi jako koncesjonowani handlarze.

Ustawa Brady’ego ukróciła ten proceder. Podniesiono opłaty urzędowe za wydanie koncesji z $10 rocznie do $200 (przedłużając jednocześnie ważność licencji na trzy lata), na każdego indywidualnego sprzedawcę narzucono przymus dostosowania się do lokalnych wytycznych w kwestii zagospodarowania przestrzennego (zoning regulations) i chyba najgorsze: nowe prawo zobowiązywało “kuchennych” dilerów do niezwłocznego dostarczenia odpowiednim służbom zdjęć, odcisków palców i potwierdzenia na piśmie, że ich skromne biznesy w pełni współgrają ze stanowymi przepisami regulującymi działalność gospodarczą. 

Skutki były łatwe do przewidzenia: w ciągu zaledwie sześciu lat liczba licencjonowanych punktów sprzedaży broni palnej spadła z 250 tysięcy w roku 1993 do mniej niż 75 tysięcy w roku 1999. Duże firmy popierały “czystki” ATF, z radością pozbywając się konkurencji.

FFL_stats__________________

[1] W artykule wydrukowanym na łamach nowojorskiego “Timesa” w 1991 roku Reagan zadeklarował pełne poparcie dla inicjatywy ustawodawczej Bradych – Why I’m for the Brady Bill. Z kolei dwa lata wcześniej, w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu po opuszczeniu Białego Domu, wygłoszonym w głównej auli Uniwersytetu Południowej Kalifornii, w przychylnych słowach skomentował pomysł wprowadzenia zakazu sprzedaży “broni szturmowej”, argumentując, że nie jest to broń zaprojektowana do ochrony miru domowego ani służąca do celów sportowych. Przypominam też, że w roku 1967, będąc gubernatorem Kalifornii, “Ronnie” parafował niesławną ustawę zakazującą noszenia załadowanej broni i przewożenia jej w samochodach.

[2] Sarah Brady w 1985 roku przed Komisją Sądowniczą Izby Reprezentantów

He walked into a pawnshop, purchased a cheap Saturday Night Special – no questions asked, no waiting period to see if he had criminal or mental illness record – and a few minutes later he was on his way to shoot the President of the United States and anyone  around him. Had a waiting period and background check for purchasers been in effect, John Hinckley could have been stopped.

Generalnie mówienie, że tragedii można by uniknąć, gdyby coś tam, to czysta, niepoparta żadnymi dowodami empirycznymi spekulacja. Aaron Alexis, zamachowiec, który zastrzelił dwanaście osób w budynku dawnej stoczni marynarki wojennej, został dwukrotnie poddany weryfikacji pod kątem przeszłości kryminalnej i historii chorób psychicznych – i dwukrotnie nic nie znaleziono: zarówno background check przeprowadzony przy zakupie broni, jak i background check wykonany podczas ubiegania się o pracę w rządowej placówce wojskowej ujawniły u niego jedynie drobne wykroczenia w ruchu drogowym.

[3] Czterdzieści procent. Według Baracka Obamy oraz większości najbardziej opiniotwórczych mediów w USA, taki odsetek sfinalizowanych transakcji kupna-sprzedaży broni odbywa się na zewnątrz NICS, czyli bez kontroli ze strony lokalnych organów ścigania i FBI. To stwierdzenie jest oczywiście kłamstwem, z kolei podawana do wierzenia liczba wyssana z palca, a raczej z liczącej dwie dekady mikro-ankiety przeprowadzonej telefonicznie na grupie 251 osób. W dodatku pytanie dotyczyło aktów nabycia broni, z których trzy-czwarte odbyło się przed wejściem w życie Ustawy Brady’ego (lata 1991-1994), a zatem z oczywistych względów nie mogły one przejść przez sito NICS, bo ten system wtedy jeszcze nie istniał! Już sam fakt, że prorządowy “Washington Post” uznał tę konkretną wypowiedź Obamy za w dużej mierze kłamliwą, przyznając mu łaskawie trzy ikony Pinokia zamiast czterech, nie najlepiej świadczy o wiarygodności mediów głównego nurtu, które absorbują bezkrytycznie wszystko, co podrzucą im propagandziści lobby rozbrojeniowego. 

[4] Czynność ta nie jest tożsama z rejestracją i nie należy tego zrównywać. W USA – poza kilkoma jurysdykcjami słynącymi z surowych przepisów – nie ma formalnego wymogu rejestrowania broni palnej.

[5] Grupa pracowników naukowych z Uniwersytetu im. George’a Masona uruchomiła niedawno bazę danych, w której gromadzone są informacje dotyczące poziomu zamordyzmu w USA na szczeblu federalnym. W odróżnieniu od wcześniejszych metod polegających na liczeniu stron w kodeksach, teraz nalicza się pojedyncze przepisy, po czym sumuje i szereguje w odniesieniu do konkretnego sektora życia publicznego z naciskiem na gospodarkę. Chodzi o wszelkie zapisy, w których pojawiają się frazy “may not”, “must”, “prohibited”, “required”, “shall” etc. czyli po prostu rozmaite zakazy i nakazy. W roku 1997 federalna biurokracja wygenerowała 812 584 frazy o mocy regulacyjnej (zakazującej albo narzucającej coś pod groźbą sankcji karnych i użycia siły). W 2012 roku liczba ta wzrosła do 1 040 940 – 28.10 proc. skok na przestrzeni piętnastu lat.

[6] Przypomina się głośna historia senatora Teda Kennedy’ego, który aż pięciokrotnie był zgarniany z lotniska i przesłuchiwany, bo jego nazwisko widniało na “no-fly list”, rządowej liście osób podejrzanych o terroryzm. Aby znaleźć się na takim indeksie, wystarczy jeden głupi anonimowy donos. Przykładowo, “The Intercept” podaje, że niemal połowa figurujących w spisie (280 tysięcy ludzi) NIGDY nie była powiązana – nawet poszlakowo – z żadną organizacją terrorystyczną.

[7] Warto podkreślić, że niska liczba oskarżeń niekoniecznie musi oznaczać, iż ludzie zatrzymywani przez NICS padli ofiara błędów systemu. Z kontroli egzekutywy zapisów Ustawy Brady’ego wynika, że może to być po prostu efekt ogólnych trudności w uzyskiwaniu wyroków skazujących. Sprawy dotyczące podawania fałszywych informacji na formularzu 4473 często wydaja się zbyt “błahe” dla sądów i ławy przysięgłych; obejmują albo przestępstwa bez ofiar, przestępstwa przedawnione albo zdarzenia o charakterze niekryminalnym takie jak np. dyscyplinarne zwolnienie z wojska. Ponadto niezwykle ciężko udowodnić komuś, że intencjonalnie okłamał sprzedawcę, a w tych rejonach USA, gdzie tradycja polowań jest ciągle żywa, sądy nie są skore do skazywania osób za sam fakt zakupu strzelby myśliwskiej.