Ilu Polaków posiada broń palną?

Czytaj też: poparcie dla broni w sondażach → link

—————————————————

Wolny handel bronią, swobodne noszenie jej
i nienadużywanie imponują mi jako
kulturalnemu Europejczykowi.

– Andrzej Bobkowski, “Coco de Oro”

Dzisiaj zabrzmi to raczej dziwnie, ale w okresie międzywojnia w Polsce skryte noszenie broni palnej było modą wśród kobiet. Profesor Jerzy Majkowski, pseudonim “Czarny”, wspomina moment, gdy zdradził matce, że wspólnie z kolegą planują dołączyć do Powstania Warszawskiego (wysłuchaj od 5:50 i potem od 6:38) –

Mama wyjęła z pieca kaflowego ostatni kafel u dołu, wyciągnęła dwa pistolety i dała nam je (…) Te pistolety należały do wujka, który był kupcem. Przed wojną to był taki rodzaj mody, że kobiety nosiły w torebkach małe pistolety. One nie nadawały się do walki na froncie, ale do obrony własnej były skuteczne.

(Polskie Radio, audycja z 2 sierpnia 2018 roku)

Niestety, jest to zaledwie anegdota – wypowiedź cenna z historycznego punktu widzenia, lecz pozbawiona całkowicie pełnego, systematycznego kontekstu. Prawda jest taka, że brakuje nam ciągle rzetelnych danych na temat wskaźników uzbrojenia polskiej ludności cywilnej w latach 1919-1939. Pod tym względem lepiej wygląda współczesność, aczkolwiek jak za chwilę postaram się wykazać, nawet teraz istnieją ogromne rozbieżności w estymacjach oferowanych przez poszczególne źródła.

Statystyki Komendy Głównej Policji (dalej KGP) ujawniają, że w roku 2014 zapadło w sumie w Polsce 197 595 decyzji administracyjnych o wydaniu zezwolenia na broń palną (wybrałem rok 2014 w celu zachowania maksymalnie bliskiej zgodności czasowej pomiarów – ostatnie duże badanie sondażowe zrealizowano bowiem we wrześniu roku 2013). W tej grupie mieszczą się wszyscy posiadacze konstrukcji strzeleckich: sportowcy, kolekcjonerzy, myśliwi, zbieracze pamiątek, pasjonaci militariów i odtwarzania bitew oraz uprzywilejowana koteryjka właścicieli kwitów “do ochrony osobistej”.

Przyjmując, że w Polsce żyje ~38 milionów ludzi – 197 595 wyposażonych w broń obywateli daje po przeskalowaniu 0.52 proc. populacji kraju. W tym miejscu istotna uwaga: odsetek ten jest niemal na pewno sztucznie zawyżony, ponieważ w metodyce liczenia KGP jeden człowiek, legitymujący się dwoma pozwoleniami (np. sportowym i kolekcjonerskim), traktowany jest podwójnie – na formularzach figuruje zarówno w rubryce “sportowiec”, jak i “kolekcjoner”. W konsekwencji nieprecyzyjnego sposobu kodowania policyjna centrala przeszacowuje rzeczywistą liczbę indywidualnych właścicieli broni w III RP, przy czym nikt nie potrafi stwierdzić, jak bardzo – nawet sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Tak czy owak, oryginalny wskaźnik 0.52 należy postrzegać jako nienaturalnie zakrzywiony w górę i w tej sytuacji wydaje się, że bardziej realistyczna wartość za rok 2014 oscylowała w granicach ~160 tysięcy osób z bronią, czyli wyniosła znikome 0.42 proc. ogółu ludności.

Najlepsze: skonfrontowałem rządowe statystyki z prognozami sondażowni i okazało się, że te drugie zauważalnie odbiegają od kalkulacji KGP.

Rezultaty “Eurobarometru” z 2013 roku (próba reprezentatywna: tysiąc respondentów powyżej piętnastego roku życia, mechanizm selekcji: losowe generowanie numerów telefonicznych, gwarancja anonimowości, ankieterzy zostali wyraźnie poinstruowani, by nie pytać o wiatrówki) sugerują, że po wykluczeniu pracowników ochrony i przedstawicieli służb mundurowych [1] minimum pojedynczą sztuką broni palnej dysponuje od 388 tysięcy obywateli (1.02 proc.) do bagatela 1 miliona 357 tysięcy (3.57 proc. – ale tylko przy założeniu, że do puli dokooptujemy tych, którzy zadeklarowali w ankiecie, iż kiedyś trzymali broń w domu, lecz obecnie nie mają z nią styczności). Oznacza to zatem, że w przypadku mocno abstrakcyjnego scenariusza w Polsce może być ~ siedmiokrotnie więcej uzbrojonych mieszkańców niż każe wierzyć resortowa papierologia. Jedyne racjonalne wytłumaczenie tej dywergencji, jakie przychodzi mi do głowy (oprócz podejrzeń, że “sondaże kłamią”), to eksplozja popularności rewolwerów czarnoprochowych, które nie podlegają ustawowej reglamentacji [2].

(raport → link)

Zajrzałem także do publikacji z 2007 roku “Criminal Victimisation in International Perspective” i tam z kolei pojawiają się jeszcze inne wyniki, w dodatku obciążone beznadziejnymi błędami. Otóż pomysłodawcy kwestionariusza do broni palnej zaliczyli wiatrówki i absurdalnie pojemną subkategorię “other gun” (zgaduję, że chodziło o markery do paintballa, repliki ASG, pistolety hukowe, sygnałowe, gazówki etc.). W efekcie uzyskane przez nich szacunki nie nadają się do interpretacji, względnie ekstrapolowania. Tabelę wrzucam dla czystej formalności [3] (4.4 proc. w latach 2004-2005 daje 1 milion 672 tysiące Polaków):

(raport → link)

Na podstawie wszystkich tych źródeł szwajcarska organizacja Small Arms Survey (dalej SAS) wykoncypowała sobie (korzystając z chaotycznych, niezbornych i kompletnie enigmatycznych procedur standaryzowania [4]), że w roku 2017 na terenie Polski w legalnym obiegu cywilnym i nielegalnym podziemnym “krążył” blisko milion egzemplarzy broni palnej. Oczywiście liczba ta nie mówi nic konkretnego o faktycznym stopniu uzbrojenia narodu – informuje wyłącznie o nasyceniu bronią populacji, które wynosi marne 2.5 sztuki na stu tubylców, co plasuje nas w czołówce najniższych współczynników na kuli ziemskiej:

(raport → link, bilans → link)

Reasumując: na dobrą sprawę nie wiadomo, ilu dokładnie Polaków ma bezpośredni dostęp do broni palnej. Między arkuszami exelowskimi KGP i analizami sondażowymi zieje pokaźna wyrwa. Co ciekawe, problem ów dotyczy kraju z restrykcyjnymi zasadami ewidencjonowania broni. W takich warunkach nie powinno być teoretycznie żadnych trudności z ustaleniem, kto przechowuje sztucer myśliwski na poddaszu. W każdym razie najbezpieczniej będzie przyjąć, że u schyłku drugiej dekady XXI wieku w wymiarze absolutnym liczebność uzbrojonych ludzi w Polsce waha się w przedziale od ~200 tysięcy (skorygowane w dół policyjne rachunki z roku 2019) do ~400 tysięcy (najlepsze przypuszczenia oparte na danych z Eurobarometru).

Remington od Pedersoli

____________________

[1] Aż 49 proc. ankietowanych za główną przyczynę posiadania broni podało obowiązki zawodowe (etat w policji, zatrudnienie w armii tudzież praca w ochronie). W roku 2014 w Polsce było zaledwie 67 osób z pozwoleniem do celów ochrony ludzi lub mienia, więc znakomita większość respondentów w tym zbiorze należy do mundurówki.

[2] Oficjalnych wyników sprzedaży nie ma, bo egzemplarze czarnoprochowe nie wymagają rejestrowania, ale ze sporadycznych opowieści można wywnioskować, że konstrukcje te cieszą się sporym wzięciem i schodzą z półek sklepowych szybciej niż wszystkie inne rodzaje broni palnej w Polsce:

“COLT CATTLEMAN 1873 & MAGICZNA SKRZYNIA” by BrzydkiBurak

[3] Dla porządku zacytuję też konkluzje przyczynkarskiej, niereprezentatywnej ankiety autorstwa prof. Jerzego Kasprzaka, eksperta z dziedziny kryminalistyki, które przedstawił w książce “Nielegalne wytwarzanie broni palnej i amunicji” (link). Zespół pod jego kierownictwem sondował studentów i mieszkańców Warszawy, Trójmiasta, Białegostoku, Olsztyna oraz Koszalina. Razem tysiąc pełnoletnich osób, z czego raptem 4 (0.8 proc.) mężczyzn po trzydziestce przyznało się do posiadania broni palnej.

[4] Publikacje SAS – wbrew temu, co fantazjuje się w różnych miejscach – nie są “spójne metodologicznie”. Aby coś mogło być uznane za “spójne metodologicznie”, musiałoby zostać wykonane podłóg tych samych reguł i za pomocą identycznych instrumentów dla każdej nacji uwzględnionej na liście. Np. twórcy raportu musieliby wpierw zlecić szereg wywiadów środowiskowych lub telefonicznych we wszystkich wytypowanych państwach, zadając respondentom ujednolicony zestaw pytań, a potem jeszcze skorygować otrzymane rezultaty, ponieważ “co kraj, to obyczaj” – czytaj: różny poziom zaufania (patrz Stany Zjednoczone). SAS nie posiłkuje się taką metodyką. Prawdę powiedziawszy, trudno w ogóle określić, czego oni używają przy konstruowaniu swoich rankingów. Na pewno bazują na uśrednianiu wielu, mniej lub bardziej egzotycznych źródeł: cząstkowych sondaży, lokalnych badań pilotażowych, dokumentów rządowych itp. W tym bałaganie nie ma za grosz elementarnej “spójności”.