Jak przetrwać wizytę włamywaczy?

Emerytowany funkcjonariusz nowojorskiej dochodzeniówki i negocjator policyjny z 22-letnim stażem, Wallace Zeins, w rozmowie z korespondentem NBC doradza potencjalnym ofiarom. Na początek kluczyki od samochodu: warto trzymać je w sypialni na szafce nocnej przy łóżku i w razie włamania aktywować alarm. Taki system nie wygeneruje żadnych ekstra kosztów, bo przychodzi w komplecie z autem. Można skorzystać też z preparatu na osy w aerozolu i rozpylić jego zawartość w kierunku intruza. Detektyw tłumaczy, że jest on skuteczniejszy w działaniu niż tradycyjny gaz pieprzowy. Efektywny zasięg rażenia do siedmiu metrów, rezultat – włamywacz tymczasowo straci zdolność orientacji w przestrzeni. W momencie natomiast zaistnienia najgorszych okoliczności, tj. bezpośredniej konfrontacji z bandytą, należy zawsze wykonywać jego polecenia i jak najszybciej wskazać, gdzie ukryte są pieniądze i/lub biżuteria. Złodzieja powinno się traktować po królewsku i pod żadnym pozorem nie okłamywać co do miejsca przechowywania kosztowności, aby go nie rozjuszyć (You want to treat them like royalty. On top of that you don’t want to lie to them).

Ten niepozorny reportaż, wyemitowany w porze śniadaniowej przez jedną z największych amerykańskich stacji telewizyjnych, robi widzom jawnie macę z mózgu. Raz, że wynosi do rangi cnoty takie postawy jak bierność i uległość, piętnując zarazem akty czynnego odpierania agresji jako pomysły zgubne i nierozsądne; dwa – wywołuje mylne wrażenie, iż podstawowym targetem tego quasi-survival-poradnika jest przeciętny ciułacz, podczas gdy w rzeczywistości wskazówki w nim zawarte zaadresowane są do ludzi dobrze sytuowanych (bo tylko osoba majętna może pozwolić sobie – bez walki – na utratę zawartości sejfu i tylko po splądrowaniu domu bogacza przestępca będzie syty i zadowolony z łupu, więc możliwe, że nie skrzywdzi gospodarza ani żadnego z członków jego rodziny); wreszcie – błędnie sugeruje, jakoby brak oporu w sytuacji zagrożenia był najlepszą osiągalną taktyką. Propozycja ta została dodatkowo umocniona przez ostentacyjne pominięcie broni na liście zalecanych narzędzi defensywnych.

Przeświadczenie o relatywnie niskiej skuteczności broni palnej w rękach ofiar przemocy jako środka do neutralizowania agresji napastników nie znajduje oparcia w dostępnym materiale dowodowym i historycznym [1]. Bliższe empirii jest twierdzenie odwrotne: posiadanie broni wydatnie zwiększa prawdopodobieństwo udaremnienia napadu rabunkowego oraz uniknięcia obrażeń, natomiast intuicyjnie postrzegane jako zdroworozsądkowe i rekomendowane przez medialne autorytety podporządkowanie się instrukcjom wydawanym przez bandytę nie dość że gwarantuje pełne zrealizowanie przez niego zamierzeń, to jeszcze szansa odniesienia ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w takim zdarzeniu jest porównywalna do scenariusza, w którym zaczynamy napastnikowi grozić. Zebranie statystycznie wiarygodnych dowodów na efektywność rozmaitych metod samoobrony, w tym wysoką niezawodność broni palnej, wymagało jednak od pracowników akademickich wielu lat mozolnej harówki i przekopywania się przez sterty federalnych rejestrów, które, gdy startowano z badaniami, miały w większości postać analogowych, nieskomputeryzowanych kartotek.

Wartości zamieszczone w poniższej tabeli pochodzą z opublikowanej w 1988 roku pracyCrime Control Through the Private Use of Armed Force” (oryginalny indeks do sprawdzenia tu). Była to jedna z pierwszych prób zmierzenia się z fenomenem defensywnego użycia broni podjęta przez Gary’ego Klecka w jego akademickiej karierze. Zestawienie zawiera liczby wyabstrahowane z krajowego sondażu wiktymizacyjnego Departamentu Sprawiedliwości (The National Crime Victimization Survey, dalej NCVS). Przeprowadza się go w formie wywiadu bezpośredniego na reprezentatywnej próbie amerykańskich obywateli w wieku od dwunastu lat wzwyż. Ankieterzy pytają respondentów, czy w przeciągu ostatniego półrocza padli ofiarą przestępstwa; jeśli odpowiedzą twierdząco, oferuje się im kolejną rundę pytań, zahaczającą o ich osobisty kontakt z napastnikiem: czy stawiali opór, czy odnieśli kontuzje podczas obrony i czy przestępca z sukcesem dla siebie sfinalizował rabunek.

tabela_1979-1985

Uwaga techniczna: dla napaści angielskie zwrot “completion” oznacza, że rana została zadana,
a tym samym przestępstwo dokonane, dlatego odsetek tych incydentów zawsze równa się 100.

Kleck podsumował te wstępne wyniki następująco: w przypadku obu kategorii przestępstw szanse wystąpienia ataku i odniesienia obrażeń były najmniejsze dla ofiar, które zdecydowały się sięgnąć po pistolet/rewolwer, ci zaś respondenci, którzy zareagowali inaczej, włączając w to zaniechanie czynności obronnych, padali łupem kryminalistów oraz doświadczali urazów częściej niż ich uzbrojeni odpowiednicy. Zaledwie ~12 proc. ofiar broniących się przy użyciu broni palnej w sytuacji napaści i ~17 proc. ofiar odpierających agresję przy pomocy tego samego narzędzia w sytuacji rabunku ucierpiało podczas popełniania przestępstwa. Na tym etapie badań drugim najbardziej opłacalnym wyborem z perspektywy ofiary okazał się brak oporu, przy czym – jak wyraźnie podkreśla autor – nie należy przeceniać postawy pasywnej jako rozwiązania skutecznego, gdyż dla tej metody samoobrony odsetek urazów wahał się w granicach 25-35 proc.

Uzyskawszy merytoryczną podstawę do dalszych analiz, Kleck zaczął się zastanawiać nad koncepcją zrekonstruowania chronologii dla każdego z opisywanych incydentów. Niestety, NCVS, z którego puli czerpał statystyki, nie zawierał jeszcze wtedy z przyczyn obiektywnych informacji dotyczących uszeregowania poszczególnych aktów przestępstwa w czasie, co uniemożliwiało odtworzenie sekwencji zdarzeń. Ponadto żaden z jego kolegów po fachu nie podjął się nawet szkicowego sporządzenia takiej rekonstrukcji, zakładając bezkrytycznie, że tam, gdzie w grę wchodziły obrona i kontuzja, to właśnie fakt wszczęcie działań obronnych przez ofiarę musiał sprowokować bandytę do zadania jej ran. Nie powinno zatem dziwić, że tezy wszystkich artykułów zahaczających o kwestię defensywnego użycia broni sprzed 1988 roku (w sumie 9 tekstów) obarczone były tym samym błędem, tj. milczącym założeniem, że “stawianie się” przestępcom rodzi dodatkowe, niepotrzebne ryzyko, którego można by uniknąć, rezygnując z wysiłków obronnych. Niejako więc z konieczności Kleck musiał ratować się cytowaniem badań poszlakowych, obejmujących niewielką samplowaną populację i dość krótkie przedziały czasowe, które miały potwierdzić jego przypuszczenia co do prawidłowej kolejności schematu atak-kontuzja-obrona.

I tak w 1977 roku socjolog Richard Block z Uniwersytetu Loyola w Chicago przestudiował wszystkie zaraportowane policji napady rabunkowe, jakie wydarzyły się w tym mieście dwa lata wcześniej, w celu ustalenia, co było pierwsze: reakcja obronna osoby napastowanej czy agresja ze strony przestępcy. Wyszło mu, że dla rabunków, w których poszkodowani użyli siły do odparcia ataku (w tym także broni palnej), zainicjowanie agresji przez bandytę poprzedziło akt oporu w 68 proc. incydentów. Teoretycznie zatem w pozostałych 32 proc. przypadków ofiara zaatakowała najpierw. Na tej podstawie Kleck skalkulował, że jeśli zaaplikuje się te 32 proc. do 17.4 proc. zdarzeń w skali kraju z federalnej ankiety, gdzie osoba korzystająca z broni odniosła rany, to okaże się, iż mniej niż 6 proc. (0.32 x 0.174 = 0.058) ofiar napadów rabunkowych w sondażu NCVS z lat 1979-85 doznało uszczerbku na zdrowiu na skutek użycia broni. Naturalnie spora część z tych kontuzji mogła spokojnie wystąpić w warunkach biernego oporu, lecz nawet gdy poczyni się nierealistycznie domniemanie, że wszystkie urazy podczas użytkowania z broni palnej zostały sprokurowane przez samo podjęcie czynności obronnych, to i tak szansa doznania krzywdy fizycznej przez cywila była bardzo nikła, w najgorszym razie do zranienia doszło raz na 20 incydentów.

Wyliczenia Blocka i konkluzje Klecka uwiarygodnił specjalny sondaż uzupełniający NCVS z 1984 roku, rozdysponowany do przeszło 14 tysięcy gospodarstw domowych i mierzący zależność miedzy stopniem “waleczności” ofiary a doznanymi przez nią obrażeniami ciała. Można z niego wyczytać, że dla napaści i pobić, w które zaangażowani byli zarówno broniąca się przy użyciu siły ofiara, jak i szarżujący napastnik, działania obronne poprzedziły agresję w raptem 9.8 proc. zajść, z kolei dla rabunków odsetek ten wyniósł 0 (słownie: zero procent). Kleck spuentował to w ten sposób, że już na bazie tych nielicznych incydentów, co do których ustalono, iż stawianiu oporu towarzyszył atak, sekwencja wypadków rzadko zgadzała się z aprioryczną argumentacją sceptyków o obronie jako czynniku stymulującym agresję napastnika, względnie eskalującym przemoc. Konserwatywne szacunki wskazywały raczej, że siłowy opór był niemal zawsze odpowiedzią ofiary na zagrożenie, będące konsekwencją wyjściowego ataku.

Po pięciu latach od ostatniej publikacji, wyposażony w doskonalsze narzędzia analityczne, Kleck wrócił do tematu DGU (Defensive Gun Use) i przy współpracy z Miriam DeLone raz jeszcze prześwietlił stare-nowe dane wyciągnięte z federalnych sondaży wiktymizacyjnych z okresu 1979-85, tym razem skupiając się wyłącznie na jednej subkategorii przestępstw – napadach rabunkowych, ponieważ były one zazwyczaj rzetelniej dokumentowane przez organy policji niż napaści i wiązały się nierzadko z utratą drogocennych przedmiotów, co nie pozostawało bez wpływu na determinację ofiary podczas obrony. Efektem tej kolaboracji był niezwykle ważny artykułVictim Resistance and Offender Weapon Effects in Robbery”, który ugruntował wcześniejsze odkrycia Klecka w obszarze szeroko pojętego defensywnego użycia broni oraz przyniósł długo wyczekiwane rozstrzygnięcie kluczowej kwestii umiejscowienia obrażeń doznawanych przez ofiarę w łańcuchu zdarzeń ofensywno-obronnych:

  • Rozwiązania kolizyjno-siłowe (bez względu na rodzaj posiadanej broni) są dla ofiary opłacalne i cechują się większym pragmatyzmem niż bierność i zachowania pasywne. Na przekór obiegowej mądrości akt “postawienia się” nie potęguje agresji u napastnika i nie prowokuje go do ataku bardziej niż nic-nierobienie;
  • Prawdopodobieństwo odniesienia ran, utraty życia albo dobytku przez uzbrojoną ofiarę (uzbrojoną w dowolny typ broni) jest mniejsze aniżeli w przypadku podjęcia przez nią jakichkolwiek innych prób samoobrony.
  • Korzystanie z broni palnej, aczkolwiek relatywnie rzadkie, stanowi najbardziej efektywną metodę przeciwdziałania przemocy (cytat z abstraktu: […] resistance with a gun, though relatively rare, is the most effective victim response of all). Osoby chwytające za broń w celach defensywnych prawie nigdy nie doznają obrażeń na skutek takich interwencji.
  • Do obustronnej wymiany ognia dochodzi jedynie w drodze wyjątku (zaledwie 1.5 proc. napadów rabunkowych w przebadanej próbie kończyło się strzelaniną).
  • Bardziej niebezpieczne okoliczności (np. większa niż 1 liczba napastników) skłaniają do stosowania radykalniejszych środków obronnych; zgromadzony materiał pokazuje, że ofiary, które decydują się sięgnąć po broń, znajdują się na ogół w znacznie trudniejszym położeniu niż osoby broniące się innymi metodami, a co za tym idzie, wskaźniki ran odniesionych po DGU, choć bardzo niskie, mogą być i tak zawyżone w porównaniu do alternatywnych form samoobrony.
  • Najważniejsze: to nie sam akt użycia broni prowadzi do urazu, ale odniesione urazy wymuszają wyciągnięcie broni. 

Kleck nie spoczął na laurach i nie poprzestał na tej jednej transzy danych. Drążył skałę dalej. Testował nowe porcje statystyk z ukazujących się regularnie państwowych sondaży i rezultaty nieodmiennie ściśle korespondowały z jego poprzednimi ustaleniami na tym polu. Wrzucone niżej zestawienie pochodzi z wydanej w 2001 roku książki “Armed: New Perspectives on Gun Control” (skan oryginalnej tabeli tu) i ładnie wieńczy to, co zostało dotychczas zreferowane:

tabela_1992-1998W akapicie otwierającym wątek zacytowałem Wallace’a Zeinsa, nowojorskiego detektywa w stanie spoczynku, któremu puszka ze środkiem owadobójczym daje większą gwarancję bezpieczeństwa niż załadowany Glock pod ręką. Przypominam, że wzięty na spytki przez dziennikarza NBC, o tym drugim rekwizycie jako ewentualnym substytucie dla spraya na osy czy kluczyków z immobilizerem nie raczył się nawet zająknąć. Pomyślałem sobie, że trochę głupio byłoby zostawić tak tę jego wypowiedź bez słowa komentarza, więc dla zachowania równowagi proponuję teraz wysłuchać, co mają do powiedzenia ci funkcjonariusze policji, którzy na pytanie, jak wygrać konfrontację z bandytą, udzielają diametralnie różnych porad niż pan Zeins. O zaskakującej konwersji Jamesa Craiga zdążyłem już napisać parę ciepłych zdań w innym miejscu, z kolei twarda postawa Davida A. Clarke’a w głoszeniu “dobrej nowiny” zapewniła mu niedawno czwartą kadencję z rzędu na stołku szeryfa hrabstwa Milwaukee. To nie o nich będzie jednak dalsza część tego tekstu.  

Zanim wspólnie z żoną podjęli decyzję o przenosinach na Florydę i rozkręceniu własnego interesu, John Cardillo przez ponad dekadę służył w szeregach nowojorskich niebieskich w najmroczniejszym dla miasta okresie w historii. Jego bazą wypadową stał się ulokowany na południowo-zachodnim rogu 181 Ulicy i Alei Ryer w Bronksie 46. posterunek, bardziej znany jako “The Alamo” (od nazwy fortu w San Antonio, gdzie rozegrała się decydująca bitwa o niepodległość między meksykańską armią a teksańskimi powstańcami). We wczesnych latach 90. poprzedniego stulecia magazyn “Time” ochrzcił ten komisariat oraz przylegający do niego rewir mianem “najniebezpieczniejszej mili kwadratowej w Ameryce”. Kojarzycie pewnie telewizyjne pokazówki, w których starzy policyjni wyjadacze zarzekają się przed kamerą, że w ciągu trzydziestu lat służby ani razu nie musieli wyciągnąć broni z kabury? No cóż, nikt ich najwyraźniej nie oddelegował do roboty w tamtym rejonie. 

Cardillo był mentalnie stereotypowym nowojorczykiem, gdy przekraczał próg akademii. Cały polityczny dyskurs, jaki toczył się wokół broni palnej, absorbował w gotowej postaci, niczego nie kwestionował, nie sprawdzał, nie pytał. Co gorsza, wykonywał polecenie przełożonych z gorliwością neofity, przekonany o słuszności każdego rozkazu (czego dzisiaj się wstydzi). A większość rozkazów sprowadzała się do jednego: uprzątnięcia broni palnej z ulic NYC.

To my byliśmy gliniarzami. Byliśmy przeszkoleni. Nosiliśmy broń – ty jej nie potrzebowałeś. Mieliśmy cię chronić. 

Bardziej już człowiek nie może się mylić.  

Dopóki teleportacja nie zostanie opatentowana jako innowacyjny sposób lokomocji, żaden mundurowy nie zjawi się na czas z interwencją. Telefon na policję to z definicji reakcja – na przestępstwo dokonane albo będące w toku. W ciągu pierwszej godziny oficjalnej służby i patrolowania wydzielonego na odprawie kwartału Cardillo otrzymał od dyspozytora trzy zgłoszenia: gwałt, usiłowanie morderstwa za pomocą ostrego przedmiotu i napaść z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Napadnięty gość był jego rówieśnikiem – miał poharataną kość policzkową aż do języka. Prawdopodobnie cięcie nożem. Wszystkie te osoby w momencie ataku były nieuzbrojone.

Po jakimś roku pracy w terenie i ciągłym obserwowaniu kolejnych bezbronnych i bezsilnych ofiar przemocy moje postrzeganie spraw związanych z bronią zaczęło ewoluować. Pomału docierało do mnie, że wypadki mogłyby się przecież potoczyć dla tych ludzi zupełnie inaczej, gdyby byli uzbrojeni. Spotkałem zaledwie garstkę cywilów, którzy legalnie nosili broń w granicach miasta, i wszyscy oni wyszli bez szwanku z konfrontacji z przestępcami. 

Prawdziwy przełom nastąpił z chwilą, kiedy Cardillo złamał niepisaną zasadę obowiązującą w Nowym Jorku i zwrócił się do pewnej starszej kobiety, ofiary napadu rabunkowego, z osobistą prośbą, by ta udała się na przedmieścia i kupiła strzelbę. Do nabycia broni w sąsiednim hrabstwie wystarczyło okazanie ważnego prawa jazdy.

Zostałem potem zrugany przez przełożonego. Miałem to gdzieś. Ledwo co skończyłem 20 lat, a pozwalali mi nosić broń 24 godziny na dobę, gdzie tylko chciałem, podczas gdy lekarze, bankierzy, prawnicy, pielęgniarki, stolarze, emeryci, matki, ojcowie – oni nie mogli. Ludziom znacznie dojrzalszym i o wiele bardziej odpowiedzialnym niż ja nie przysługiwało to samo prawo do obrony własnego życia, które przysługiwało mi. Oczywiście przestępcy mieli dostęp do dowolnego arsenału, jaki zapragnęli.

Prawa regulujące posiadanie broni straciły dla mnie sens. 

Tuż przed Bożym Narodzeniem w 1994 roku Cardillo do spółki z partnerem robili kółko po mocno niegościnnej dzielnicy znanej ze swojej paskudnej reputacji. Śnieg sypał dość gęsto, więc wyjątkowo spodziewali się raczej spokojnego wieczoru. Nagle odezwało się radio; jakiś mężczyzna groził innemu bronią. Incydent rozgrywał się tuż za winklem. Podjechali, żeby sprawdzić, i kiedy kobiecy głos podawał rysopis podejrzanego, ten akurat przebiegł przez drogę, nie dalej jak sześć metrów od policyjnego wozu. Obydwaj wygramolili się z auta z zamiarem rzucenia się w pościg, ale facet natychmiast zaczął grzać do nich z pistoletu. Odpowiedzieli ogniem, lecz gwałtowna śnieżyca w połączeniu z oblodzonym chodnikiem i pogrążającą się w mroku ulicą wybitnie utrudniały celowanie. Nie mieli bladego pojęcia, czy ich kule dosięgają strzelca. Na szczęście dla nich ten drugi też nie trafiał. Nie minęły dwie minuty i wparowała na sygnale kawaleria. Przygwoździli gościa do gleby, zaobrączkowali i odstawili do suki. To była pierwsza konfrontacja na śmierć i życie, której doświadczył na własnej skórze “nawrócony” gliniarz.

Pomyślałem sobie, że skoro zabicie policjanta ich nie słabi, to tym bardziej nie zrobi na nich wrażenia odstrzelenie matki z dzieckiem na przystanku. Taka kobieta potrzebuje broni. W ten właśnie sposób zmieniało się moje nastawienie – błyskawicznie. Po prostu coś się we mnie przestawiło i stałem się zagorzałym zwolennikiem Drugiej Poprawki. Później z dnia na dzień ta pasja tylko rosła. Nie byłem odosobnionym przypadkiem. Poznałem wielu funkcjonariuszy, patrolujących najgorsze zaułki w mieście, którzy okazywali się potem najbardziej bezkompromisowymi obrońcami prawa do posiadania i noszenia broni.

Mój dobry przyjaciel, detektyw Anthony Agnelli, jest bohaterem, jakby go nie mierzyć. Uczestniczył w paru poważnych strzelaninach, dostał kosę w klatkę piersiową i gdyby nie kamizelka kuloodporna, pewnie by zginął. Spytałem go kiedyś, jak został zwolennikiem Drugiej Poprawki, a on odparł: “W ciągu całej mojej kariery nigdy nie natknąłem się na legalnego posiadacza broni, który wykorzystałby ją do złych celów. Przeżyłem kilka strzelanin; przyjąłem cios nożem w pierś. Nie jestem przeciwnikiem noży.”

Swoje wspomnienia Cardillo zamknął następującym oświadczeniem:

Nie noszę broni na co dzień, bo byłem gliniarzem. Noszę broń, bo widziałem, co się działo z ofiarami, które jej nie nosiły.

cardillo_and_his_wifeCardillo z żoną niedługo po opuszczeniu
Nowego Jorku 
i przeprowadzce do Miami.

Drugi funkcjonariusz, którego sylwetkę i poglądy chciałbym tutaj ogólnikowo przedstawić, urodził się, dorastał i zbierał szlify bojowe w Chicago – jurysdykcji wyprzedzającej Nowy Jork pod względem pomysłowości na odcinku “common-sense gun safety laws”, gdzie jeszcze do niedawna obowiązywał bezwzględny zakaz posiadania przez cywilów znakomitej większości jednostek broni palnej, w tym wszystkich modeli samopowtarzalnej broni krótkiej, i gdzie z uwagi na drakońskie restrykcje nie można było nawet otworzyć prywatnej strzelnicy. W takich oto skrajnie nieprzyjaznych warunkach ideologicznego zabetonowania przyszło działać Karen Bartuch i kruszyć grube mury hoplofobii.  

Kobieta pracowała w policji rok krócej niż Cardillo. Po dziewięciu latach służby i uzyskaniu w międzyczasie dwóch dyplomów z psychologii i marketingu zrezygnowała z pełnego etatu w Departamencie. Na jej charakter i zainteresowania ogromny wpływ miał tercet braci (jeden strażak, pozostali poszli w gliny, z czego najstarszy załapał się jako operator w chicagowskim oddziale SWAT), którzy zarazili ją pasją do broni. Fakt, że po odejściu z CPD zaangażowała się bez reszty w szeroko pojmowane krzewienie kultury strzeleckiej i prowadzenie zajęć z samoobrony, był niczym innym jak tylko logiczną kontynuacją obranej drogi życiowej. 

Bartuch jest założycielką dwóch największych organizacji w Illinois, nastawionych domyślnie na szkolenie rekrutów płci żeńskiej: Women’s Tactical Association (Kobiece Stowarzyszenie Taktyczne to chyba najlepsze tłumaczenie tej nazwy), skupiające zawodowe policjantki, chcące podnosić swoje kwalifikacje w zakresie obsługi broni i przygotowania motorycznego, oraz Alpha Girls – to samo, ale dla kobiet w cywilu. Idea tego pierwszego przedsięwzięcia zrodziła się w okresie, gdy Bartuch patrolowała rozległe dzielnice slumsów w South Side. Jej przełożeni żartowali sobie, że jeśli zdoła zgromadzić pięć kandydatek, to będzie sukces. Na otwarcie pofatygowało się trzydzieści ochotniczek z całego hrabstwa. Jak sama przyznaje, uzależnienie od metodycznego doskonalenia własnych umiejętności pojawiło się u niej na późniejszym etapie kariery i było efektem skumulowania się kilku czynników, wśród których tym najbardziej rozstrzygającym okazał się incydent z postrzeleniem kolegi na ulicy po tym, jak próbował on zatrzymać auto do rutynowej kontroli. 

Kiedy po odebraniu zgłoszenia kobieta zjawiła się na miejscu, sprawca zdążył już zbiec i zabunkrować się w pobliskim bloku mieszkalnym na klatce schodowej prowadzącej do piwnicy. Z czysto taktycznego punktu widzenia dysponował więc znaczną przewagą nad mundurowymi, którzy dopiero co przybyli. Kieszenie miał pełne amunicji i co parę minut wychylał się z ukrycia, otwierając ogień w kierunku zaparkowanych na zewnątrz radiowozów, podczas gdy funkcjonariusze czekali bezczynnie na przyjazd operatorów SWAT. Oczywiście wszyscy rwali się do akcji, zniecierpliwieni i sfrustrowani, ale świst przelatujących obok kul skutecznie tłumił te zapędy. Bartuch wspomina, że kiedy w końcu na dzielnicę wparowała z odsieczą ciężka jazda, była pod wielkim wrażeniem profesjonalizmu dowódcy oddziału. Jako były żołnierz piechoty morskiej natychmiast objął on nadzór nad sytuacją – chwycił patrolowych za kamizelki i wydał im rozkaz odizolowania placu oraz utworzenia kordonu bezpieczeństwa. Rozstawiał ludzi niczym pionki na szachownicy. Po takim pokazie kunsztu i techniki Bartuch szybko zdała sobie sprawę, jak niewiele praktycznych umiejętności wyniosła z kursów w akademii, ponieważ jednak CPD nie był w stanie zaoferować jej niczego ponad programowy standard, sama zaczęła w siebie inwestować, uczęszczając po godzinach na prywatne treningi.   

karen_bartuchSesja zdjęciowa dla portalu Alpha Girls.

Ze wszystkich wywiadów, jakie udzieliła Karen Bartuch począwszy od 2009 roku, czyli od oficjalnego utworzenia struktur WTA, najbardziej spodobał mi się ten kawałek:

Daję słowo, że za każdym razem jak słyszę określenie “samoobrona”, wywołuje ono u mnie wewnętrzny sprzeciw. Ten zwrot implikuje, że musisz czekać, aż ktoś uderzy w ciebie pierwszy, albo że coś się stanie, zanim zdążysz zareagować. Ja lubię mieć rzeczy pod kontrolą, zwłaszcza jeśli dotyczą one mojego bezpieczeństwa. Czuję się komfortowo w sytuacji uzasadnionej ofensywy. Większość bandziorów poszukuje ofiar – ludzi, którzy sprawiają wrażenie słabych i płochliwych – nie zaś równorzędnych przeciwników. To jeden z powodów, dla których masowi mordercy wybierają placówki szkolne jako cele. Jeśli jesteś nastawiona ofensywnie, w sensie: jesteś przygotowana psychicznie do odparcia ataku, wtedy emanują z ciebie pewność i siła i jesteś postrzegana jako osoba, z którą nie warto zadzierać. Nie oznacza to, że przez cały dzień chodzę nabuzowana, wręcz przeciwnie: mam w sobie spokój wynikający z przekonania o własnej gotowości – fizycznej i mentalnej. Bojowe nastawienie w sferze czystej myśli jest tak samo ważne jak kwestie przygotowania fizycznego, jeśli nie ważniejsze.

[I swear I cringe when I hear the word “self-defense” – that implies that you have to wait for someone to strike first or for something to happen before you respond. I like to take a more proactive approach about my safety and I am completely comfortable striking first (if justified). Most bad guys are looking for victims (this is why shooters target schools) – people that seem shy or weak – not opponents – if you are on the offense (meaning prepared and proactive) you exude strength and register as someone not to be trifled with. This doesn’t mean I walk around on red alert or amped up all day, it is just the opposite, I am more at peace knowing that I am prepared – physically and mentally. Combat mindset is just as important as the physical stuff, if not more.]

Daleko odeszliśmy od “traktowania przestępców po królewsku”.

  • AKTUALIZACJA 02/06/2016

Jocko Willink, komandos z elitarnej jednostki Navy SEAL, o rzeczach oczywistych: broń palna jest najskuteczniejszym narzędziem obronnym. Koniec, kropka.

__________________

[1] Zaryzykuję opinię, że polska ludność cywilna z Wołynia (link) i czarnoskórzy aktywiści na amerykańskim Południu (link) nie słuchali certyfikowanych ekspertów telewizji śniadaniowej.