3_signsFederalne ustawodawstwo normujące kwestię “stref wolnych od broni” (Gun Free Zones, potocznie i w skrócie: GFZ) Ameryka zawdzięcza Republikanom w tym sensie, że głosowania za ich ustanowieniem odbywały się zawsze podczas kadencji republikańskiego prezydenta (naturalnie wsparcie Demokratów dla tej idei było pełne i absolutne). Za Busha Seniora najpierw przepchnięto nieszczęsną Gun-Free School Zones Act of 1990, a potem niejaki Donald J. Atwood, zastępca sekretarza obrony, wydał dyrektywę, nakazującą rozbrojenie praktycznie wszystkich pracowników cywilnych i wojskowych przebywających na terenie obiektów militarnych w USA. Nie trzeba się doktoryzować z nauk społecznych ani legitymować dyplomem ukończenia kryminologii, żeby zgadnąć, które cele najczęściej stają się areną egzekucji dokonywanych przez masowych morderców.

John Lott przy każdej okazji cierpliwie akcentuje znaczenie tego fenomenu w dyskusjach z przeciwnikami broni palnej: motywacja zamachowców może być różna (atak terrorystyczny, zemsta powodowana frustracją, pragnienie zyskania sławy, seksualna niepewność), mogą być oni również emocjonalnie zżyci z danym miejscem, nie zmienia to jednak podstawowego faktu, że w ujęciu statystycznym i z perspektywy długofalowej, licząc od wczesnych lat pięćdziesiątych XX wieku, poza dosłownie paroma wyjątkami [1], do niemal wszystkich publicznych masakr niepowiązanych z działalnością stricte przestępczą (wojny narkotykowe o rynki zbytu, uliczne rozboje, akcje odwetowe rywalizujących ze sobą gangów etc.), w których ginęły więcej niż cztery osoby [2], dochodziło w lokalizacjach, gdzie obowiązywał prywatny, stanowy albo federalny zakaz noszenia broni palnej [3]:

GFZ

Poniżej randomowe mordy w strefach wolnych od broni (także spoza USA), uszeregowane z pominięciem chronologii. Co zrozumiałe, lista nie wyczerpuje pełnego spektrum incydentów, zawiera jedynie kilkanaście rzetelnie udokumentowanych przypadków, które udało mi się zgromadzić we względnie krótkim czasie, jaki miałem do dyspozycji. Są wśród nich także zdarzenia, w których interwencja uzbrojonego cywila (posiadacza licencji na noszenie broni ukrytej, policyjnego stróża dorabiającego do emerytury, żołnierza w rezerwie) albo kompletnie zapobiegła rozlewowi krwi, albo zredukowała liczbę ofiar śmiertelnych do minimum. Będę je dodatkowo podkreślał czerwoną linią.

Brunswick, Georgia, rok 1915
Historycznie pierwsza publiczna strzelanina w Ameryce, którą badacze potrafią precyzyjnie zidentyfikować. Sprawcą był lokalny biznesmen i handlarz nieruchomościami. Pewnego razu pokłócił się z inną figurą ze świecznika – senatorem, burmistrzem i prominentnym adwokatem o nazwisku Dunwoody. Poszło o pieniądze i jakieś umowy. Doprowadzony do wrzenia, pan biznesmen chwycił za strzelbę, zabił pana polityka, po czym ostrzelał tłum gapiów stojących przed kancelarią. Łącznie zginęło pięć osób, a 32 odniosły rany. I teraz najciekawsza rzecz: PIERWSZA MASAKRA Z UŻYCIEM BRONI PALNEJ ZOSTAŁA POWSTRZYMANA PRZEZ CYWILA Z BRONIĄ. Ofiar mogło być dużo więcej, gdyby nie przytomna reakcja prawnika, niejakiego E. C. Buttsa. Draśnięty przelatującą kulą, pobiegł do sklepu z narzędziami, wziął pistolet i po krótkiej wymianie ognia unieszkodliwił furiata na amen (zobacz s. 25)

* * *

Strzelnica w Chorzowie, Polska, rok 2014
25-letni mieszkaniec Kielc przyszedł na strzelnicę jak każdy pospolity klient, wpisał się do księgi gości, wypożyczył broń i przez blisko dwie godziny trenował strzelanie pod okiem emerytowanego policjanta, wyczekując na odpowiedni moment do ataku. Gdy pomieszczenie się wyludniło, odwrócił się do instruktora i kilkanaście razy nacisnął spust, z zimną krwią zabijając mężczyznę, po czym spakował do torby sześć egzemplarzy broni i ruszył w stronę wyjścia. Nietypowy odgłos strzałów zaalarmował dziewczynę w biurze. Kobieta sprawdziła monitoring i natychmiast wezwała szefa. Ten kazał jej uciekać i zadzwonić po pomoc, a sam stanął w drzwiach budynku i odpowiadał ogniem, ilekroć napastnik próbował opuścić obiekt. Po paru minutach chłopak stracił wolę walki i oddał się w ręce policji. Wszystko wskazuje na to, że przy użyciu skradzionej broni planował dokonać masakry w którymś ze śląskich centrów handlowych.

Dramatyzmu całej sprawie przydaje fakt, że opisane zajście powinno się raczej rozpatrywać w kategoriach cudu niż normalnej, spodziewanej, rutynowej reakcji na zaistniałe zagrożenie. Gospodarz obiektu był tamtego dnia nie tylko fizycznie obecny na miejscu zdarzenia (co należy uznać za szczęśliwy zbieg okoliczności), ale również jako jedyny właściciel strzelnicy na Śląsku posiadał zezwolenie na broń do ochrony osobistej, które z trudem wyżebrał od decydentów z komendy wojewódzkiej (w tej sferze ciągle dominuje w Polsce uznaniowy system wydawania licencji i wszelkie decyzje orzekane są na niekorzyść petentów).

* * *

Fort Hood, Texas, rok 2009
Fort Hood to baza wojskowa, gdzie teoretycznie nie powinno dojść do rzezi, skutkującej 13 ofiarami śmiertelnymi i 29 rannymi. Kompleks nie został wybrany na oślep. Oprawca, Nidal Malik Hasan, służący w armii jako psychiatra, strzelał do bezbronnych żołnierzy i pracowników cywilnych przez dziesięć minut – do czasu, aż nie zjawiła się policja. Już po wszystkim wyszło na jaw, że przebywający w bazie personel miał zakaz noszenia (przenoszenia) broni. Rozładowana broń składowana była w oddzielnym pomieszczeniu w depozycie pod okiem komendanta żandarmerii wojskowej. Są to oficjalne wytyczne dla pracowników bazy. Większość mediów tradycyjnie przemilczała ten “szczegół”. Tymczasem generał Robert Cone oświadczył:

W Fort Hood nie nosimy broni palnej. Traktujemy to miejsce jak nasz dom. [As a matter of practice, we do not carry weapons — this is our home.]

Z kolei kontraktowy specjalista wojskowy, Jerry Richard, którego nie było wówczas w bazie, wyłożył kawa na ławę:

Na misji jesteś gotowy na takie wypadki, a tutaj nie możesz się nawet bronić. [Overseas you are ready for it. But here you can’t even defend yourself.]

Wreszcie małżonka jednego z postrzelonych wówczas żołnierzy – Mandy Foster – na pytanie dziennikarza CNN, co sądzi o tym, że jej mąż ma niebawem wyjechać do Afganistanu, odpowiedziała:

Tam przynajmniej jest bezpieczny i może użyć broni w razie zagrożenia. [At least he’s safe there and he can fire back, right?]

* * *

Killeen, Texas, rok 1991
Było.

* * *

Centrum handlowe Westgate Mall w Nairobi, Kenia, rok 2013
Było.

* * *

Oak Creek, Wisconsin, rok 2012
Około godziny dziesiątej rano czasu lokalnego kapłan Singh Kaleka, trzymając w ręku nóż do masła, wyszedł naprzeciw nacierającego zamachowca, uzbrojonego w Springfielda XD(M), stając się tym samym pierwszą ofiarą masakry w świątyni Sikhów. Jego śmierć – nazwana później przez media “bohaterską” – spowolniła napastnika, co nie uchroniło jednak od kul sześciu innych osób.

Dlaczego kapłan miał przy sobie nóż do masła? Ponieważ wnoszenie broni palnej na teren świątyni było zabronione, a pracownicy świątyni wręcz zachęcani do przestrzegania tego prawa:

Żadnej broni. Wszyscy wiedzą, że broń jest zabroniona w całej świątyni. [No guns were allowed in the temple. Everyone knows that it’s not allowed, anywhere in the temple.]

Niektórzy spośród członków diaspory, zwłaszcza ci noszący przy sobie tradycyjne noże, zaczęli głośno kwestionować sensowność restrykcji i rozważać zabieranie ze sobą także broni palnej.

* * *

Aurora, Kolorado, rok 2012
W okolicy było siedem kin wyświetlających “Mrocznego Rycerza” w ramach seansów o północy, rozproszonych w odległości 3-20 minut jazdy od domu zabójcy, ale tylko w jednym ustanowiono zakaz wnoszenia broni – i do tego kina wtargnął James Eagan Holmes, masakrując dwanaście osób. I choć z lektury pamiętnika mordercy można wywnioskować, iż nie brał on pod uwagę GFZ jako decydującego czynnika przy wyborze obiektu (bardziej liczyły się dla niego takie walory miejsca jak położenie sali kinowej w stosunku do całości multipleksu, rozlokowanie wyjść ewakuacyjnych czy też możliwość łatwego zablokowania drzwi łańcuchem), to trudno polemizować z efektem końcowym jego działań – padło akurat na taki budynek, co do którego istniała największa pewność, że w dniu premiery pełny będzie bezbronnych ludzi. 

* * *

Centrum handlowe w pobliżu Happy Valley, Oregon, rok 2012
Gęsto zaludniony pasaż handlowy w Clackamas Town Center podczas gorączki przedświątecznych zakupów. Do środka wpada 22-letni Jacob Tyler Roberts w masce hokejowej, wyposażony w karabin AR-15. Morduje dwie osoby, rani jedną, po czym zabija się z własnej broni.

Czemu rozjuszony psychopata w zatłoczonej galerii uśmierca raptem dwie osoby, a nie dwadzieścia albo trzydzieści? Bo na posterunku był Nick Meli, który skonfrontował się z szaleńcem. Gdy tylko spostrzegł, co się dzieje, schował się za filarem, wyciągnął pistolet i wycelował w zamaskowanego świra, ale na skutek zbyt dużego tłoku nie zdecydował się nacisnąć spustu. W międzyczasie Roberts zauważył Nicka, lecz z powodu mechanicznej usterki w broni wstrzymał ogień i wycofał się na klatkę schodową. Ponieważ ponowne spotkanie oko w oko z uzbrojonym cywilem było dla niego nieopłacalne, to uporawszy się z defektem karabinu, popełnił samobójstwo strzałem w głowę.  

* * *

Pearl, Missisipi, rok 1997
16-letni Luke Woodham zabił matkę, wziął sztucer myśliwiski ojca, upchał po kieszeniach tyle amunicji, ile się tylko dało, po czym wsiadł za kółko i zajechał pod ogólniak (The Pearl High School), gdzie zastrzelił dwie osoby (w tym swoją byłą dziewczynę) i ranił siedem innych. Ofiar mogło być znacznie więcej, gdyby nie szybka interwencja wicedyrektora szkoły Joela Myricka, byłego żołnierza, który wybiegł z budynku na parking po swojego Colta .45 schowanego w samochodzie.

Woodham strzelał, przeładowywał, strzelał. Bez opamiętania. Gdy usłyszał w oddali syreny policyjne, rzucił się w kierunku auta. Jak ustalono później w toku śledztwa, chciał zajechać pod położone niedaleko ogólniaka przedszkole i zabić więcej dzieci. Ale plany pokrzyżował mu Myrick – stanął przy bramie wyjazdowej ze szkoły i wycelował w przednią szybę zbliżającego się pojazdu. Woodham, widząc lufę wymierzoną w swoją głowę, rozbił samochód. Dyrektor natychmiast podbiegł do zabójcy i trzymał go na muszce aż do przyjazdu policji.

* * *

San Ysidro, San Diego, Kalifornia, rok 1984
8 lipca o godzinie 16:00 James Oliver Huberty, czterdziestoletni bezrobotny w wojskowych spodniach i czarnym trykocie, wszedł do restauracji McDonald’s i przez następne 77 minut zabijał stołujących się w środku klientów. Egzekucja cywilów w San Ysidro na zawsze zmieniła sposób działania policyjnych jednostek taktycznych.

Pierwszy zjawił się na wezwanie funkcjonariusz Miguel Rosario, kompletnie nieprzygotowany do interwencji, ze służbowym rewolwerem przy pasie. Chwilę później przybyła kawaleria, jednakże na skutek obowiązujących wówczas regulacji, zabraniających policyjnym oddziałom uderzeniowym otwierać ogień bez zatwierdzenia ataku przez dowódcę, operatorzy SWAT stali bezczynnie przed restauracją i czekali na swojego pryncypała, który utknął gdzieś w korku po drodze. Dojazd zajął mu dobre pół godziny. Gdy w końcu dotarł na miejsce rzezi, było praktycznie po wszystkim. Czynnikiem utrudniającym działania była dodatkowo konstrukcja budynku. Terrorysta zajmował obiekt, który podczas budowy podwyższono o ponad metr na specjalnym wspornikowym murze biegnącym wzdłuż trzech stron baru. W rezultacie ekipa ratunkowa dysponowała ograniczoną widocznością – w odróżnieniu od zabójcy, który miał idealny ogląd sytuacji na zewnątrz.

Huberty został ostatecznie powalony przez policyjnego snajpera. Zdążył zamordować dwadzieścia jeden osób (w tym pięcioro dzieci), a zranić dziewiętnaście. Szaleniec długo wybierał punkt na mapie – pierwotnie chciał uderzyć na poczcie, potem w supermarkecie. Koniec końców, wybrał McDonalda, gdzie nie napotkał żadnego oporu ze strony bezbronnych klientów. Formalnie i w teorii w 1984 roku na terenie hrabstwa San Diego można było nosić broń ukrytą po otrzymaniu zezwolenia, realnie – otrzymanie takiego zezwolenia graniczyło z cudem (hrabstwo San Diego to jurysdykcja typu no-issue).

* * *

Rynek miejski, Jerozolima, Izrael, rok 1984
O istnieniu tego zamachu w rocznikach statystycznych przypomniał Amerykanom izraelski policjant i kryminolog Abraham Tennenbaum na łamach “Baltimore Sun” (artykuł z 26 października 1991 roku) w kontekście masakry w teksańskim Killeen. Oto trzech uzbrojonych w karabiny maszynowe i granaty terrorystów otworzyło ogień do zgromadzonych na placu w Jerozolimie przechodniów. Zdołali śmiertelnie postrzelić tylko jedną osobę. Zanim się rozkręcili, padli od kul cywilów pod bronią. Jeden z ocalałych terrorystów wspominał później, że jego ekipa nie miała pojęcia, iż Izraelczycy mogą publicznie nosić ukrytą broń. (Neutralizing the shooter after the first round of shooting could save a lot of innocent lives. A similar case happened a couple of years ago in Jerusalem. Three terrorists carrying automatic weapons and grenades attacked civilians crowded at the city’s densest junction. Only one person was killed, though many were injured. The small number of victims was explained by the quick response of civilians who used their personal handguns against the attackers.)

EDIT: “New York Times” pisał w 1984 roku o jednym zabitym terroryście: Israeli storekeepers and pedestrians pulled pistols, chased one of the terrorists and fatally wounded him. (link)

* * *

Blacksburg, Wirginia, rok 2007
W kwietniu 2007 roku Cho Seung-huim, wyposażony w Walthera P22 oraz Glocka 19, zastrzelił 32 osoby na terenie Politechniki i Uniwersytetu Stanowego Wirginii. Media ochrzciły tę egzekucję mianem “masakry w Virginia Tech”.

Niecały rok wcześniej Todd Gilbert, członek stanowej legislatury, przedłożył w parlamencie projekt ustawy, zabraniający publicznym uczelniom zakazywania studentom wnoszenia na teren uniwersyteckiego kampusu broni palnej. Władze VT głośno oprotestowały inicjatywę, która wkrótce potem przepadła w głosowaniu. Profesor Larry Hincker z ulgą przyjął kasację uchwały, twierdząc, że

Społeczność akademicka docenia zdecydowane działania władz uczelni. Pomogą one przebywającym na terenie uniwersytetu rodzicom, studentom i pracownikom czuć się bezpiecznie.

[The university community is appreciative of the General Assembly’s actions because this will help parents, students, faculty and visitors feel safe on our campus.]

Cho Seung-huim nie szukał nikogo konkretnego – po prostu wędrował korytarzami i strzelał. Prócz studentów, wśród ofiar znaleźli się także wykładowcy. Jak relacjonowały media, “wyjątkowym poświęceniem” wykazał się pochodzący z Rumunii profesor Liviu Librescu, który własnym ciałem zablokował wejście do auli wykładowej, aby studenci mogli uciec przez okna. Napastnik strzelił w końcu do niego przez zamknięte drzwi. Wyczyn profesora upamiętniły wszystkie światowe serwisy informacyjne i agencje prasowe. Niestety na terenie Uniwersytetu obowiązywał całkowity zakaz posiadania, noszenia i przechowywania broni palnej zarówno przez studentów, gości z zewnątrz, jak i pracowników uczelni, dlatego profesor z Rumunii jedyne, co mógł zrobić, to w akcie desperacji blokować drzwi; użycie broni w celu zabicia psychopaty nie wchodziło w rachubę. 

* * *

Miami, Floryda, rok 1982
Na godzinę przed incydentem Carl Robert Brown, żołnierz amerykańskiej marynarki wojennej zwolniony ze służby z honorami, w cywilu nauczyciel historii, odwiedził 10-letniego syna i spytał, czy nie zechciałby on dołączyć do tatusia, który tamtego dnia zamierzał zabić wielu ludzi, a przejażdżkę po mieście zakończyć wizytą w pobliskim ogólniaku Hialeah Junior. Nie wiadomo, jakiej odpowiedzi udzielił na to pytanie dzieciak, niemniej w swoją ostatnią podróż Brown udał się samotnie.

Około godziny jedenastej czasu lokalnego podjechał na rowerze pod sklep spawalniczy Boba Moore’a ze zwieszonym z pleców na pasku Mossbergiem 500. Niemal natychmiast po wejściu do środka zaczął strzelać, wykrzykując do masakrowanych klientów, że odeśle ich wszystkich do Niemiec. W sumie zabił osiem osób, zranił zaś trzy, które jakimś cudem zdołały wybiec ze sklepu na ulicę i przeżyć. Nikt nie stawiał oporu, nikt nie odpowiedział ogniem. Brown spokojnie przeładował strzelbę, wyszedł z budynku, wsiadł na rower i popedałował w stronę ogólniaka, gdzie planował dokończyć dzieła zniszczenia. Świadkowie wspominali, że jak na kogoś, kto przed chwilą dokonał masowego mordu, wyglądał na wyluzowanego.

Na nieszczęście dla Browna o egzekucji usłyszał Mark Kram, pracownik pobliskiego sklepu z narzędziami. Nie zastanawiał się długo: chwycił rewolwer, wskoczył do auta i ruszył w pogoń za mordercą. Po drodze zdążył jeszcze zgarnąć z ulicy kumpla, Ernesta Hammetta. Obydwaj dopadli Browna sześć przecznic dalej, niedaleko portu lotniczego Miami. Zgodnie z tym, co później zeznał Kram, najpierw oddał strzał ostrzegawczy w kierunku zabójcy – tyle że zamiast ostrzec, kula trafiła go w plecy. Rozjuszony wojak nawrócił rowerem i wymierzył strzelbę w swoich prześladowców, lecz oni byli szybsi: wbiegli na niego, wpychając z całych sił na betonowy słup. Brown zwalił się z roweru i po chwili umarł. W kieszeniach miał pozostawione dwadzieścia nabojów.

* * *

Kenilworth, przedmieścia Kapsztadu, RPA, rok 1993
Do kościoła pod wezwaniem Św. Jakuba wpadło czterech żołnierzy z militarnego skrzydła Kongresu Panafrykańskiego, zaopatrzonych w broń maszynową (karabiny R4 używane przez siły zbrojne RPA) i granaty M26. Ich celem była eksterminacja jak największej liczby zgromadzonych w środku wiernych, a znajdowało się tam wtedy prawie tysiąc czterystu ludzi. Żeby dopełnić dzieła zniszczenia, zamierzali obrzucić gmach kościoła koktajlami Mołotowa i spalić budynek na popiół. Ostatecznie zabili 11 osób, ranili 58, po czym… uciekli w popłochu. 

Powodem nagłego odwrotu zamachowców był cywil, Charl van Wyk, który wyjął rewolwer i ranił jednego z napastników. Wystarczyło kilka nieszczególnie precyzyjnych salw z drugiej strony barykady, żeby odwrócić wszystko o 180 stopni i pokrzyżować plany morderców. Jeden strzał jest czasami tym, co robi różnicę między życiem a śmiercią. Ale ktoś musi mieć broń, żeby ten strzał oddać.

Skromny misjonarz napisał książkę upamiętniającą tamte wydarzenia – “Shooting Back”; nieco wcześniej w 2004 roku założył organizację działającą na rzecz upowszechnienia broni palnej wśród cywilów w RPA (Gun Owners of South Africa/GOSA):

 

WND: The Saint James Church Massacre

* * *

National Shooting Club w Santa Clara, Kalifornia, rok 1999
Zegary wskazywały dwunastą w południe, gdy ubrany na czarno Richard Gable Stevens, lat 21, po raz pierwszy przekroczył próg strzelnicy w Santa Clara. Kilkanaście minut spędził rozglądając się za bronią, którą mógłby wypożyczyć. Jego uwagę przykuł jeden konkretny egzemplarz – Colt Sporter kaliber 9 mm z 32-nabojowym magazynkiem. Obejrzawszy karabin, oddał go obsłudze, po czym wyszedł bez słowa.

Wrócił jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, gdy ostatni pracownicy zamykali już strzelnicę i przylegający do niej sklep. Wypożyczył Colta Sportera, kupił dwa pudełka amunicji i poinformowany przez personel, że do zamknięcia pozostało niewiele ponad pół godziny, udał się na stanowisko strzeleckie. Oprócz niego wewnątrz znajdowały się trzy osoby: kasjerka, sprzątacz oraz młody instruktor z ukrytym w kaburze pod koszulą Glockiem (dziewięć nabojów grzybkujących w magazynku i jeden w komorze, co jak się później okazało, miało kluczowe znaczenie dla przebiegu wypadków). 

“Ręce do góry albo wam łby upierdolę!” – krzyknął Stevens do pracowników stojących przy kasie. Potem spytał, czy są uzbrojeni. Zaprzeczyli. Stevens wpadł w furię. Gdy skończył dziurawić sufit, podniósł słuchawkę telefonu i zadzwonił do matki. Powiedział, że ją kocha, co zabrzmiało jak pożegnanie. Rozłączył się i ruchem broni wskazał na drzwi wyjściowe na parking przed budynkiem. Szedł tyłem w taki sposób, żeby przez cały czas mieć na celowniku trójkę zakładników. Mężczyzna z Glockiem ustawił się na przedzie.

Skręcili za róg. W tym momencie Stevens ujawnił swoje zamiary, oznajmiając bez emocji, że wszystkich zabije. Kiedy na sekundę obejrzał się za siebie, instruktor błyskawicznie sięgnął po pistolet i wygarnął do niego dwukrotnie, trafiając w ramię i klatkę piersiową. Niedoszły morderca runął na glebę i w takiej pozycji doczekał do przyjazdu policji. 

Stevens planował kontynuować zabijanie w innym miejscu. W należącym do niego samochodzie zaparkowanym nieopodal strzelnicy policja znalazła szczegółowy grafik dnia. Po wrzuceniu ciał pracowników do kontenera na śmieci, jego następnym celem miał być klub nocny The Usual, gdzie swego czasu pracował jako wykidajło.

Relacja z wydarzeń w formie wspomnień nieustraszonego cywila do poczytania tu

* * *

Salt Lake City, Utah, rok 2012
News, który oczywiście nie przebił się do ogólnokrajowych mediów; puścili go tylko w regionalnych. Krótko: jakiś wariat wszedł do spożywczaka, kupił nóż i dosłownie po chwili zaczął atakować przypadkowych klientów, dźgając ich bez opamiętania. Dwie osoby zostały ciężko ranne – jedna w klatkę piersiową, druga w głowę. Zanim psychol dopadł do kolejnej, atak powstrzymał anonimowy cywil. Wyciągnął broń i wymierzył w furiata, ostrzegając, że jeśli nie odłoży noża, zabije go. Gość posłuchał. W tym momencie pozostali klienci dopadli do niego i obezwładnili
.

* * *

Szkoła The Mercaz HaRav, Jerozolima, Izrael, rok 2008
Alaa Abu Dhein, Palestyńczyk, lat 26, działał sam. Wszedł do budynku szkoły niosąc pudło, w którym ukrył samoczynną wersją AK-47 i zapas magazynków. Szacuje się, że w ciągu 20 minut wystrzelił 500-600 nabojów, zabijając 8 osób i raniąc 11. Zginął od kul Yitzchaka Dadona, cywila, studenta, który wybiegł z uczelni, wspiął się na dach sąsiedniego budynku i dwoma precyzyjnymi strzałami ze swojego prywatnego karabinu zdjął napastnika:

Wyłonił się z biblioteki, siekając na wszystkie strony z automatu. Gdy zbliżył się do wyjścia, strzeliłem mu dwa razy w głowę. [He came out of the library spraying automatic fire… the terrorist came to the entrance and I shot him twice in the head.]

* * *

Uniwersytet Teksański, Austin, rok 1966
Latem roku 1966 w krótkim odstępie czasu odnotowano na terenie USA wybuchy przemocy, które na zawsze zapisały się w zbiorowej świadomości Amerykanów. Najpierw Richard Speck zasztyletował osiem studentek pielęgniarstwa w internacie w południowej części Chicago, a dwa tygodnie później Charles Whitman wspiął się na wieżę zegarową Uniwersytetu Teksańskiego w Austin i odstrzelił czternaście osób za pomocą powtarzalnego Remingtona 700 z zamontowanym celownikiem optycznym (wcześniej w domu zadźgał jeszcze matkę i żonę). Zginął od kuli policjanta, Houstona McCoya.

O czym się często zapomina, snując narrację o tej konkretnej masakrze, to fakt, że oprócz gliniarzy, którzy wbiegli na dwudzieste ósme piętro wieży uniwersyteckiej, wśród interweniujących był także cywil, Allen Crum. Za młodu służył w armii, w siłach powietrznych, jako operator karabinu maszynowego, przy czym w życiu nie wystrzelił ani jednego naboju. W dniu jatki Crum był czterdziestoletnim pracownikiem pobliskiej księgarni należącej do UT Austin, wyglądał jak dorabiający do emerytury ochroniarz supermarketu – nadwaga, łysina, twarz niepodobna do nikogo. Ostatecznie jednak to on tamtego feralnego popołudnia pomagał policji oczyszczać chodnik ze spanikowanych przechodniów, to on uratował życie młodego chłopca, wreszcie – to on chwycił za karabin i ruszył razem z funkcjonariuszami na szczyt wieży ubić Whitmana (w latach 60. XX wieku teksańska policja nie dysponowała regularnymi oddziałami SWAT). Na miejscu oddał strzał, który odwrócił uwagę zamachowca (inna wersja mówi, że broń mu niechcący wypaliła), dzięki czemu pozostali mężczyźni dopadli go i zabili. Co warte podkreślenia, Crum nie był jedynym członkiem społeczności aktywnie partycypującym w neutralizacji zagrożenia.

Ramiro Martinez, jeden z trójki gliniarzy brawurowo szturmujących wieżę, podziękował później ludności cywilnej za wsparcie ogniowe. W swojej biografii pisał o ogromnym szacunku, jakim darzy przechodniów, którzy sięgnęli wtedy po broń i prując ołowiem w kierunku mordercy maksymalnie utrudnili mu celowanie: Miasto Austin i cały stan stan Teksas powinni być im dozgonnie wdzięczni, bo tamtego dnia uratowali wiele żyć (cytowany urywek pochodzi z książki Chrisa McNaba “Deadly Force: Firearms and American Law Enforcement”).

Wydawana na Uniwersytecie Teksańskim gazeta studencka “The Daily Texan” w czterdziestą rocznicę wydarzeń z Austin opublikowała artykuł ze wspomnieniami uczestników strzelaniny (niestety, nie mogę zlokalizować źródła). Jedną z moich ulubionych historii była opowieść o profesorze, który bez przerwy grzał w stronę Whitmana z okna swojego gabinetu, podczas gdy inni pracownicy uczelni ładowali mu amunicję do karabinu. W zegarze na szczycie wieży było tyle dziur po kulach, że musieli później wymienić całą konstrukcję. Whitman większość swoich ofiar trafił w pierwszych kilku minutach od rozpoczęcia masakry, kiedy nikt w okolicy nie miał jeszcze bladego pojęcia, co się dzieje. Gdy do akcji włączyli się uzbrojeni cywile, zasypując czubek wieży gradem pocisków ze swoich prywatnych karabinów, licznik zgonów wyhamował.

* * *

Restauracje Denny’s, Houston, Texas, rok 2013
Jak donoszą media z Houstonnapastników było w sumie sześciu, mieli broń palną. Jednym z okradanych klientów był mąż kobiety, która została później główną bohaterką dnia. W momencie gdy wychodziła z toalety, zobaczyła go na ziemi, otoczonego przez złodziei. Bez namysłu sięgnęła do torebki po pistolet i oddała kilka strzałów w ich kierunku. Nie wiadomo, ile dokładnie wystrzeliła nabojów, nie wiadomo, czy celowała tak żeby zabić i chybiła czy specjalnie mierzyła obok, w każdym razie przestępcy zwiali z restauracji z ukradzionymi fantami. Nikt nie został ranny; policja znalazła parę dziur po kulach w zaparkowanych na zewnątrz autach. Świadkowie podkreślali, że kobieta uratowała swojemu mężowi życie tą interwencją.

Mimo iż sprawa z Houston nie podpada pod klasyczną sytuację z katalogu “mass shooting”, to ładnie pokazuje, jakim niebezpiecznym absurdem jest arbitralne ograniczanie pojemności magazynków. Gdyby do opisanej wyżej sytuacji doszło w Nowym Jorku, kobieta stanęłaby naprzeciwko sześciu mężczyzn, mając pod ręką pistolet z raptem siedmioma nabojami (takie limity nakłada pakiet regulacyjny znany jako NY SAFE Act, jest to akronim od The New York Secure Ammunition and Firearms Enforcement Act). I nawet gdyby rabusie przestrzegali prawa co do joty i nie przynieśli ze sobą dodatkowych magazynków, dysponowaliby przewagą ognia 42 do 7.

* * *

Washington Navy Yard, Waszyngton DC, rok 2013
Drugi kompleks wojskowy na tej liście. Jakiś czas temu dyrektor FBI, James Comey, ujawnił szczegóły, rzucające więcej światła na przebieg wydarzeń w budynku dawnej stoczni marynarki wojennej.

Aaron Alexis bardzo dobrze znał rozkład pomieszczeń w gmachu 197, a co najważniejsze, potrafił przewidzieć, ilu strażników pod bronią może spotkać na swojej drodze. Jak się później okazało, napotkał tylko jednego, ale o tym za chwilę. Wrześniowa masakra nie była zatem jego pierwszą wizytą w centrum administracyjnym marynarki. Wcześniej wykonywał tam prace dla jednego z podwykonawców, zajmując się konserwacją wewnętrznej sieci komputerowej bazy, miał więc sporo czasu na rekonesans i zaplanowanie ataku (Before Monday, Alexis had been working on a server refresh project in Building 197, and that would require movement and access throughout the building).

Na teren placówki wjechał prywatnym samochodem po uprzednim okazaniu przepustki. Na ramieniu dźwigał torbę sportową, w której ukrył rozłożoną na części strzelbę ze spiłowaną kolbą (Remington 870). W łazience poskładał broń i bez zbędnej zwłoki rozpoczął strzelaninę. Walił na oślep w tym sensie, że nie interesowała go żadna konkretna grupa osób. Comey powiedział, że Alexis po prostu “wędrował korytarzami, polując na ludzi” (He was wandering the halls and hunting people to shoot).

Konfrontacja w Navy Yard bezlitośnie obnażyła jałowość niektórych propozycji wysuwanych przez kierownictwo NRA, zwłaszcza tych dotyczących rozstawiania wszędzie uzbrojonej i umundurowanej ochrony. W pewnym momencie zamachowiec natknął się bowiem na ochroniarza, Richarda Ridgella, 52 lata (z czego osiemnaście spędził w mundurze policji stanowej Maryland). Ridgell jako jeden z niewielu pracowników Navy Yard miał pozwolenie na noszenie broni w obrębie gmachu, o czym Alexis doskonale wiedział. Zabiwszy strażnika, zabrał mu Berettę razem z zapasową amunicją i gdy wystrzelił ostatni nabój z Remingtona, kontynuował “polowanie” przy użyciu zdobycznego pistoletu. 

Media donosiły również, że bardzo szybko pojawił się oddział SWAT w pełnej gotowości bojowej, ale nie interweniował, bo dostał rozkaz wycofania się z miejsca zdarzenia:

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli powiem, iż mogliśmy uratować parę osób więcej, gdyby zezwolono nam na interwencję. [I don’t think it’s a far stretch to say that some lives may have been saved if we were allowed to intervene.]

Nie obyło się też bez tradycyjnych przekrętów. Zanim go edytowano, oryginalny akapit z reportażu “Daily Mail Online” pojawił się w wielu relacjach medialnych i kopiowany był przez blogerów. Niedługo potem został jednak zredagowany i w konsekwencji z finalnego tekstu wyleciały wszystkie nacechowane pozytywnie fragmenty o broni palnej:

statement of a concealed carry permit holder

Na zakończenie krótki wywiad z ojcem jednego z żołnierzy, który w dniu strzelaniny przebywał w Navy Yard:

Mój syn był wczoraj w koszarach na terenie stoczni. Żołnierze mieli przy sobie broń, ale bez amunicji. “Byliśmy szkoleni na wypadek takich sytuacji” – mówili. “Gdybyśmy mieli naładowaną broń, wyczyścilibyśmy ten budynek. Do tego czasu zginęły tylko trzy osoby. Mogliśmy uratować resztę.”

[My son was at Marine Barracks – at the Navy Yard yesterday – and they had weapons with them, but they didn’t have ammunition. And they said, ‘We were trained, and if we had the ammunition, we could’ve cleared that building.’ Only three people had been shot at that time, and they could’ve stopped the rest of it.]

Podsumujmy: żołnierze gotowi do interwencji po usłyszeniu pierwszych strzałów – rozbrojeni, cywile/pracownicy gotowi do odstrzelenia zabójcy – rozbrojeni, oddział SWAT przyjeżdża, po czym dostaje polecenie wycofania się. Ale wiadomo – broń to zło.

  • AKTUALIZACJA 21/09/2015

Kilka przykładów cywilnych interwencji z ostatnich dwóch lat, dzięki którym udało się zdusić w zarodku potencjalnie zabójczy atak w przestrzeni publicznej:

Darby, Pensylwania, 2014
Było.

Chicago, Illinois, 2015
Brawurowy kierowca Ubera wyciąga broń i sześciokrotnie otwiera ogień w stronę mężczyzny, ostrzeliwującego przechodniów idących chodnikiem. Zero ofiar po stronie cywilów, napastnik zostaje poważnie ranny, jedna z kul grzęźnie w dolnych partiach jego pleców. 

Chicago, Illinois, 2014
Żołnierz na przepustce powala dwoma strzałami z pistoletu wściekłego typa atakującego ludzi wychodzących z imprezy. Jedna kobieta zostaje niegroźnie ranna.

Rockdale, Georgia, 2015
Wariat wpada do monopolowego i zabija właściciela oraz jednego z klientów. Inny klient sięga po broń i odpowiada ogniem, zmuszając strzelca do ucieczki. Po obejrzeniu nagrania z kamery policja nie ma wątpliwości, że uzbrojony cywil zapobiegł większej masakrze. Na konferencji prasowej szeryf hrabstwa, Eric Levett, mówi:

Uważam, że gdyby pan Scott nie wyjął broni i nie strzelił do podejrzanego, mielibyśmy więcej ofiar. Napastnik nie troszczył się zbytnio o to, do kogo celuje tak długo, dopóki ktoś nie wycelował w jego kierunku. W mojej opinii pan Scott uratował innych ludzi przebywających akurat w tym sklepie.

[I believe that if Mr. Scott did not return fire at the suspect then more of those customers would have hit by a gun. It didn’t appear that he cared who he shot or where he was shooting until someone was shooting back at him. So in my opinion he saved other lives in that store.]

Filadelfia, Pensylwania, 2015
Awantura w salonie fryzjerskim, rozlegają się odgłosy wystrzałów. Jeden z przechodniów reaguje i wchodzi do środka z prywatną bronią w pogotowiu. Przewidując rozwój wypadków, strzela furiatowi prosto w klatkę piersiową, po czym zgłasza się na komisariat. Zdaniem kapitana policji, Franka Llewellyna, swoją zdecydowaną postawą mężczyzna udaremnił masowy mord:

Osoba, która ruszyła z pomocą, nosiła broń legalnie, zareagowała na zagrożenie i, jak sądzę, uratowała wielu ludzi.

[The person who responded was a legal gun permit carrier. He responded and I guess he saved a lot of people in there.]

New Holland, Południowa Karolina, 2015
Dwóch strażaków posiadających zezwolenie na noszenie broni w ukryciu neutralizuje aktywnego strzelca na parkingu przed budynkiem straży pożarnej.

Boiling Springs, Karolina Południowa, 2012
Było.

  • AKTUALIZACJA 09/02/2016

Agenci federalni aresztowali 21-letniego mieszkańca Michigan, Khalila Abu-Rayyana, który deklarował w mediach społecznościowych poparcie dla Państwa Islamskiego i w hołdzie dla nich planował dokonać masowego morderstwa w jednym z kościołów w Detroit. Oto jak ów zwolennik czarnej flagi racjonalizował wybór akurat tego konkretnego obiektu (cytat za aktem oskarżenia [link]):

Jest to miejsce ogólnodostępne, uczęszcza tam wielu ludzi i nikt nie może wnosić do środka broni palnej. Nagłośniliby to na cały kraj. Wszyscy by się dowiedzieli.

[It’s easy, and a lot of people go there. Plus people are not allowed to carry guns in church. Plus it would make the news. Everybody would’ve heard.]

  • AKTUALIZACJA 25/03/2016

Shlomo Aharonisky

Lista zwieńczonych fiaskiem ataków terrorystycznych powstrzymanych przez uzbrojonych izraelskich cywilów w 2002 roku (na podstawie felietonu Johna Lotta dla “USA Today”):

Efrat, Dystrykt Judeii i Samarii, 2002
Podczas robienia zakupów w supermarkecie kobieta spostrzega zamachowca usiłującego zdetonować pas szahida. Wyciąga broń i zabija go dwoma strzałami w głowę z bliskiej odległości (“The Jerusalem Post”, artykuł z 2002 roku – “Alert Customer Shoots Terrorist in Efrat Supermarket”).

Tel Awiw, 2002
Prywatny ochroniarz ratuje dwieście osób, likwidując kierowcę samochodu wypełnionego materiałami wybuchowymi, który próbował wjechać do klubu nocnego (patrz “New York Post”, artykuł “Israeli Hero Kills Bomber”).

Lott wspomina jeszcze o dwóch innych zajściach, co do których nie udało mi się zlokalizować oryginalnych źródeł: 1) sklepikarz eliminuje terrorystę, dźwigającego granaty oraz karabin maszynowy, i 2) anonimowy mężczyzna zabija Palestyńczyka, strzelającego do ludzi na wieczornej potańcówce.

__________________

[1] Do tych wyjątków zaliczają się na przykład: rozstrzelanie członków Gwardii Narodowej w barze śniadaniowym w Carson City (Nevada, 2011), usiłowanie zabójstwa kongresmenki Gabrielle Giffords na wiecu politycznym w Tuscon (Arizona, 2011) czy seria ataków dokonanych przez kierowcę Ubera w hrabstwie Kalamazoo (Michigan, 2016).

[2] Standardowa definicja masowego mordu w miejscu publicznym, wypracowana przez FBI w latach 70. XX wieku, zobacz → link (Generally, mass murder was described as a number of murders [four or more] occurring during the same incident, with no distinctive time period between the murders. These events typically involved a single location, where the killer murdered a number of victims in an ongoing incident). W innym dokumencie FBI wyraźnie precyzuje, jakie incydenty wyklucza z grona publicznych strzelanin: (…) shootings that resulted from gang or drug violence – pervasive, long-tracked, criminal acts that could also affect the public – were not included.

[3] Jak nietrudno zgadnąć, pracownicy naukowi zlokalizowanej przy Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa w Baltimore Szkoły Zdrowia Publicznego Bloomberga (instytucja ta regularnie wypuszcza sfuszerowane artykuły, które nie dotrwałyby do etapu recenzji w żadnym z czołowych wydawnictw o profilu ekonomicznym i/lub kryminologicznym) nie zgadzają się z tym twierdzeniem. Ich zdaniem, do blisko 90 proc. masakr dochodzi w strefach, gdzie noszenie broni palnej jest jak najbardziej dozwolone. Skąd bierze się ta rażąca dywergencja?

Po pierwsze, raport przygotowany przez JHSPH nawiązuje obszernie do zawartości chronologicznie wcześniejszej publikacji sporządzonej przez inną organizację Bloomberga – Everytown for Gun Safety. Broszura EGS została poddana skrupulatnej krytyce (case by case link) przez Johna Lotta. Jej autorzy do puli masowych strzelanin w miejscach publicznych zaliczyli mordy dokonywane na członkach rodziny w prywatnych domach. Jakim cudem teren prywatny staje się nagle przestrzenią publiczną – tego analitycy opłacani przez nowojorskiego burmistrza-miliardera nie raczyli wyjaśnić.

Po drugie, za strefy, do których można wnosić broń, twórcy propagandówki z ESG uznali budynki wyposażone w uzbrojoną ochronę. Problem w tym, że ochroniarze zazwyczaj szybko giną, ponieważ przyciągają uwagę zabójców swoim mundurem (masakra w bazie Navy Yard), z kolei sami zamachowcy robią często rekonesans przed atakiem i doskonale wiedzą, gdzie mogą napotkać opór ze strony np. ciecia-gliniarza dorabiającego do emerytury (masakra w gejowskim klubie w Orlando). Obecność ochrony jest oczywiście lepsza niż jej deficyt, ale nigdy nie stworzy ona przewagi, jaką daje anonimowość cywilnego posiadacza broni.

Trzecia kwestia: według Bloomberga, miasta typu Boston czy San Francisco nie są gun-free zones, bo w teorii lokalne władze wydają pozwolenia na noszenie ukrytej broni w ich granicach. Praktyka przeczy jednak założeniom teoretycznym. Liczba licencjonowanych właścicieli broni krótkiej w obrębie SF wynosi mniej niż dziesięć osób (są to głównie celebryci i przyjaciele szeryfa), natomiast Boston realnie jest jak hawajskie Honolulu – jurysdykcja no-issue. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwalifikuje tych metropolii do grona przyjaznych idei publicznego noszenia broni.

Wreszcie po czwarte, Lott posługuje się precyzyjną definicją masowej strzelaniny wypracowaną w latach 70. XX wieku przez FBI, która wyklucza wojny gangów oraz wszelkie ataki odwetowe z przejeżdżających samochodów (drive-by-shootings). Tymczasem zespół EGS posiłkuje się własną definicją, zmontowaną ad hoc wyłącznie po to, by dmuchać balon incydentów. Czym innym jest zorganizowana przestepczość narkotykowa tudzież konflikty uliczne w dzieleniach o złej reputacji z udziałem rywalizujących ze sobą gangów, a czym innym zaplanowany z wielomiesięcznym wyprzedzeniem wybuch przemocy, popełniony z intencją zamordowania jak największej liczby przypadkowych osób w szkole, kościele czy w centrum handlowym (sprawcami ponad 90 proc. “strzelanin” w USA są czarni i Latynosi – w dużej mierze członkowie gangów i/lub młodociani przestępcy). Krótko rzecz ujmując, w statystykach ESG nastąpiło wymieszanie dwóch kompletnie nieprzystających do siebie subkategorii, co świadczy o zamiarze manipulowania wynikami. Remedium na przemoc, będącą pokłosiem drug war czy murzyńskiej gettokultury, jest systemowo inne niż zapobieganie atakom na tzw. łatwe cele, o których wspominał sekretarz generalny Interpolu, Ronald K. Noble.