U podłoża większości aktów przemocy nie leżą wcale problemy
ekonomiczne czy potrzeba zdobycia pieniędzy. Motywami
są złość, awantury i długotrwałe spory między ludźmi.

– Barry Latzer (link)

Według mnie, Bill O’Reilly jest zbyt łagodny
[w krytykowaniu czarnej patologii].

– Don Lemon, CNN (link)

David M. Kennedy, profesor kryminologii z nowojorskiej Wyższej Szkoły Prawa Karnego im. Johna Jaya, odpowiada na pytanie, czy jest możliwa redukcja przestępczości w murzyńskich dzielnicach Ameryki metodą stopniowej poprawy warunków socjoekonomicznych:

The President Speaker Series – David M. Kennedy (28/03/2014)

Pytanie: Wielu ludzi jest zdania, że przestępczość powinno się zwalczać u samych jej źródeł, niwelując rozwarstwienia społeczne, podnosząc jakość kształcenia młodzieży i tym podobne. Jak to stanowisko współgra z twoim podejściem do zagadnienia?

Odpowiedź: Z racji wychowania i osobistych predyspozycji, jak również z powodu specyfiki wykonywanego zawodu sam byłem onegdaj zwolennikiem takiego myślenia. Światopogląd ten został jednak brutalnie zweryfikowany w połowie lat 80. zeszłego wieku po wizycie w dzielnicy Watts na południu Los Angeles i pięciominutowym spacerze po lokalnym rynku narkotyków. W sytuacji kiedy gangi ostrzeliwują okoliczne budynki, gdy na każdym rogu ulicy toczą się walki o dominacje i gdy czarnoskóre staruszki muszą dosłownie barykadować się we własnych domach z obawy przed grasującymi na zewnątrz młodocianymi oprychami – forsowanie pomysłu, że w takiej sytuacji można podnosić poziom nauczania, sprowadzać inwestorów czy zachęcać ludzi do kupowania nieruchomości albo renowacji już istniejącej zabudowy… Mówimy tutaj o realiach, w których dzieciaki przestają chodzić na lekcje, bo droga wiodąca do ich szkoły przecina terytorium gangu. Zatem czysta idea, że oto można naprawić wszystko u podstaw, poprzez polepszenie warunków socjoekonomicznych, jest w istocie kuriozalna. W takim środowisku nic nie da się zrobić. Doświadczenie to postawiło na głowie całe moje dotychczasowe zapatrywania. Dopóki dzielnice te nie zaznają ukojenia, rozumianego jako brak przestępczości, nigdy nie będzie można otwierać tam szkół, wspierać polityki prorodzinnej czy odbudowywać ekonomii. Nie nakłonisz właściciela supermarketu, aby przeniósł swój sklep do miejsca, gdzie ludzie boją się wyjść z domu na zakupy.

Kennedy sygnalizuje tu udział sprzężenia zwrotnego – aberracyjnie wysoka przestępczość prowadzi do pogarszania się warunków bytowych ludności. Jego inicjatywy prewencyjne i długoletnie obserwacje sugerują, że spora większość napaści / morderstw jest skutkiem okoliczności, na które można wpłynąć bez potrzeby dokonywania kosztownych reform strukturalnych. Wystarczy jedynie dotrzeć do względnie niewielkiej subpopulacji najbardziej zhardziałych i aktywnych kryminalistów, którzy nakręcają spiralę śródmiejskiej przemocy. Stąd proste wnioskowanie, że korzystne zmiany w sferze gospodarczo-socjalnej są ubocznym produktem malejących chronologicznie wcześniej wskaźników przestępczości, nie zaś wymogiem koniecznym do zainicjowania ich spadku.

Analityk harvardzkiej Szkoły Administracji Publicznej im. Johna F. Kennedy’ego, Thomas Abt, w wywiadzie dla “The Harvard Gazette” (link):

Argumentacja, że w celu zredukowania przestępczości w amerykańskich miastach trzeba w pierwszej kolejności rozwiązać problem biedy, nie jest wspierana przez materiał dowodowy. W rzeczywistości konkluzje w odwrotnym kierunku wydają się bardziej przekonujące. Coraz lepiej rozumiemy, że ekspozycja na przemoc stanowi jeden z podstawowych mechanizmów, utrzymujących ludzi w błędnym kole ubóstwa. Przemoc wpływa na każdy aspekt ich życia – edukację, zdrowie, zatrudnienie, wszystkie te rzeczy na raz.

Obszary zamieszkane przez czarnych w USA nie popadają w ruinę dlatego, że panuje w nich bieda – murzyńskie miasta bankrutują i pogrążają się w ubóstwie, bo ucieka stamtąd kapitał i ewakuuje się baza podatkowa (zjawisko white flight na przykładzie choćby powojennej historii Detroit). W konsekwencji nikt nie chce tych rejonów odwiedzać, nikt nie chce się tam osiedlać, otwierać sklepów, warsztatów, parków, kin czy restauracji. Wszystko w obawie przed atakiem tubylca uzbrojonego w maczetę albo Glocka. Kryminolog Barry Latzer w monografii The Rise and Fall of Violent Crime in America wymienia przestępczość (w tym zwłaszcza rozboje) jako główny czynnik izolujący Murzynów od reszty społeczeństwa, utrwalający rasowe stereotypy oraz napędzający oddolnie procesy formowania się gett w obrębie amerykańskich metropolii. Ponieważ w USA jest to temat tabu, o którym publicznie nie wolno dyskutować [1], autor miał problemy z domknięciem książkowego kontraktu (więcej tu w przypisie nr 8).

Naturalnie ofiarami murzyńskiej przemocy padają nie tylko biali czy Azjaci, ale także ci czarni mieszkańcy, którzy mają coś wartościowego do zaoferowania swojej sąsiedzkiej wspólnocie i na skutek szalejącego bandytyzmu zmuszeni są do migracji. Na str. 49 specjalnego wydania chicagowskiego miesięcznika “Ebony” z sierpnia 1979 roku wielkimi literami wybito nagłówek “ZNISZCZENIA W MIASTACH”, pod spodem zaś umieszczono anegdotkę z życia:

Na rogu South Side w Chicago kobieta ucięła sobie pogawędkę z pewnym kioskarzem o swej przyjaciółce. “Nie mogę jej winić. Włamali jej się do domu, ukradli dwa auta z podjazdu, więc wyniosła się na przedmieścia”. Tematem ich rozmowy była czarna przestępczość oraz to, w jaki sposób przyczynia się ona do odpływu klasy średniej z czarnych dzielnic. Równie dobrze owa kobieta mogłaby jednak rozprawiać o tym, jak lokalna przestępczość wymusza na murzyńskich właścicielach zamykanie firm, albo o tym, jak fabryki są przenoszone z dala od miasta, a nawet o tym, jak biedota musi ryglować drzwi w obawie przed kradzieżą. (…)

Innym dość często pojawiającym się nieporozumieniem jest fałszywe przekonanie, że zbrojne bandy w gettach zwalczają się nawzajem z pobudek finansowych (narkotyki, pieniądze):

The President Speaker Series – David M. Kennedy (28/03/2014)

Na przekór obiegowym opiniom nadrzędnym motorem zabijania są prywatne vendetty narosłe wokół z pozoru prozaicznych konfliktów (niewłaściwy kolor obuwia, uszczypliwy komentarz na Facebooku, zbyt głośna muzyka na domówce, zalotne spojrzenie na czyjąś dziewczynę etc.), w których uczestniczą członkowie skłóconych gangów, drobni uliczni dilerzy lub samozwańczy przywódcy osiedlowych klik. Te prymitywne standardy plemienno-honorowej sprawiedliwości dobrze uchwycili dziennikarka śledcza, Jill Leovy, w bestsellerze “Ghettoside: A True Story of Murder in America” [2], twórcy reportażu o murzyńskiej getto-patologii w mieście Wilmington, oraz czarnoskóry rysownik, Aaron McGruder, w animowanym sitcomie The Boondocks:

Najbardziej trywialna sprzeczka po czarnej stronie miasta zdawała się ciążyć ku przemocy, jakby pod nieobecność prawa zniknęły alternatywne sposoby rozwiązywania sporów. Mimo że nieuregulowane długi i rywalizacja o dobra materialne albo względy kobiet (to ostatnie zwłaszcza) były zaczynem wielu zabójstw, do równie banalnych motywów zbrodni należały werbalne zniewagi, posądzenia o bycie policyjną wtyką, pijackie awantury czy klasyka – pojawienie się na imprezie bez zaproszenia. Drobne antagonizmy dzieliły ludność tubylczą na zwaśnione obozy, wyzwalając nieprzerwane ataki odwetowe. (…) Każda uraza skrywała niszczycielski potencjał, eksplodujący w momencie przypadkowego zetknięcia się wrogich frakcji, czy to na rogu ulicy czy w sklepie monopolowym. Pragnienie pomszczenia krzywd było pierwotnym impulsem. (link)

Pyskówki w mediach społecznościowych między nastolatkami często bywają rozwiązywane za pomocą broni palnej. Celem ataku odwetowego może stać się każdy z powodu rzucenia pozornie błahej obelgi pod adresem czyjejś dziewczyny albo prześmiewczej uwagi na temat cudzego obuwia. Jedna strzelanina prowadzi do kolejnej i tak bez końca. “Nie da się o tym nie myśleć przed wyjściem z domu. Czy ktoś mnie dzisiaj postrzeli? Czy zostanę napadnięty i obrabowany?” – pyta 17-letni chłopak, który w śródmiejskich porachunkach stracił brata i najlepszego przyjaciela. (…) Z obawy przed zemstą nikt nie chce rozmawiać z policją nawet o ulicznych strzelaninach dziejących się w środku dnia. Haniebna kultura milczenia blokuje śledztwa, zaniża statystyki wykrywalności i obraca część dzielnic w strefy bezprawia. (link)

“Granddad’s Fight” (sezon 1, odcinek 4)

  • AKTUALIZACJA 16/10/2019

Przestępczość wśród bogatych czarnych i białej biedoty różni się drastycznie.

  • Biali mieszkańcy Chicago z biednych domów i ubogich dzielnic mają zauważalnie niższe wskaźniki zabójstw niż bogaci czarni z dobrze sytuowany rodzin (tabela, artykuł).
  • W makroskali młodzi czarnoskórzy mężczyźni wychowywani przez czarnych milionerów, należących do 1 procenta najzamożniejszych ludzi Ameryki, trafiają do więzień tak samo często jak biali dorastający w środowisku robotniczym i/lub standardach klasy niższej, tj. w gospodarstwach domowych, których roczny dochód waha się w granicach $36 tysięcy (za NYT: Black men raised in the top 1 percent – by millionaires – were as likely to be incarcerated as white men raised in households earning about $36,000). W cytowanym artykule pada inny jeszcze (eufemistyczny) komentarz: “Czarni chłopcy mają problemy z porzuceniem stereotypu murzyńskiego kryminalisty, nawet jeżeli mieszkają w dostatnich warunkach w bogatej dzielnicy” (Simply because you’re in an area that is more affluent, it’s still hard for black boys to present themselves as independent from the stereotype of black criminality.)
  • Za “The Washington Post” – Poor white kids are less likely to go to prison than rich black kids (biedne białe dzieci rzadziej lądują za kratkami niż ich bogatsi czarni rówieśnicy):

(oryginalne diagramy pochodzą z tekstu Zawy et al. “Race, Wealth and Incarceration”, 2016)

______________________

[1] Forsowana przez środowiska opiniotwórcze (media, uniwersytety, kino), politycznie poprawna wersja wydarzeń, brzmi w skrócie tak: instytucjonalny rasizm wytworzył czarne getta, które po desegregacji były nadal reanimowane przez system (np. przez celowe niedofinansowanie szkół) i prywatnych deweloperów oraz ich popleczników, którzy za pomocą lobbingu lub kruczków prawnych na różne sposoby blokowali możliwość przesiedlania się czarnych do białych enklaw z obawy przed spadkiem wartości nieruchomości. W skutek tych działań w murzyńskich dzielnicach nastąpiło sprzężenie zwrotne: więcej patroli → więcej aresztowań → więcej dzieci bez ojców → więcej przestępstw → więcej patroli i błędne koło patologii się zamyka. Jak widać, z tego wariantu historii usunięto zupełnie przemoc czarnoskórych jako ważny (być może nawet kluczowy) czynnik determinujący zachowanie białych.

[2] Uprzedzając: Jill Leovy nie przełamuje w tej książce żadnego tabu, przeciwnie – wyznaje te same bezpieczne “prawdy wiary”, które stanowią sedno światopoglądu wszystkich największych producentów narracji w Ameryce: za murzyńskie morderstwa winę ponoszą rzecz jasna “białe diabły” i stworzone przez nich “dyskryminujące, opresyjne prawa”. Oto jak autorka racjonalizuje sobie zabijanie, gwałty, rozboje oraz przemoc międzyrasową w wykonaniu czarnych: Być może nie wszystkim wydaje się oczywiste, że bezkarność białych krzywdzących czarnych przyczynia się do wzrostu liczby morderstw wśród czarnych. Jednak gdy ludzie zostają pozbawieni ochrony prawnej i znajdują się w trudnej sytuacji życiowej, prawdopodobieństwo, że zwrócą się przeciwko sobie, rośnie, a nie maleje. (link).