Rzekoma “epidemia przemocy z użyciem broni palnej” (gun violence epidemic) stanowi jedno z największych nieporozumień, wylansowanych przez amerykańskie media w ciągu ostatnich lat. Akcent pada zazwyczaj na słowo “epidemia”, fałszywie sugerując, że każdy obywatel USA jest zagrożony i w dowolnym momencie może zginąć od kuli. (→ link) Poniżej weryfikowalne fakty, debunkujące tę narrację.

Minione dwadzieścia lat upłynęło w Ameryce pod znakiem największego trwałego spadku liczby przestępstw, jaki kiedykolwiek nastąpił na terenie rozwiniętego kraju za życia jednego pokolenia (→ link), przy równoczesnym najszybszym wzroście wskaźnika posiadania broni w historii. (→ link)

Przestępczość w USA jest personalnie i geograficznie hiperskoncentrowana: dotyczy bardzo wąskiej grupy osób, zasiedlających ściśle określone dzielnice wewnątrz miast, a w obrębie tych dzielnic – ściśle określone rewiry. Szacunkowo w ujęciu makro do 99 proc. zabójstw kumuluje się na 5 proc. ulic. (→ link)

Przestępczość w USA jest również hiperskoncentrowana w sensie rasowo-etnicznym. Ze statystyk federalnych wynika, że w skali całego kraju 64 proc. morderstw i 70 proc. napaści rozbójniczych popełniają czarnoskórzy sprawcy. (→ link) Dziennikarka “Los Angeles Timesa”, Jill Leovy, dla publicznej rozgłośni radiowej NPR:

Prawda jest taka, że zabijają się czarni mężczyźni między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. (…) Wszystko, co zostaje po odjęciu tych ofiar, to statystyczny margines (…) Zabójstwa w Ameryce nie są zjawiskiem masowym ani powszechnym.

[The truth about homicide is that it is black men in their 20s, in their 30s, in their 40s. (…) Anything else… you’re dealing with the margins of the problem, statistically. (…) Homicide is not a mass syndrome in America.]

(oryginalny tytuł audycji: “Homicide Blog Shows Who Victims Really Are”)

Teoretyczne usunięcie murzyńskich bandytów z amerykańskich metropolii poskutkowałoby redukcją przestępczości do poziomu znanego z europejskich aglomeracji. (→ link) (→ link) Przykładowo: gdyby Nowy Jork zamieszkiwali wyłącznie biali rezydenci (kategoria “White” obejmuje historycznie także przybyszów z Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu) i ewentualnie Azjaci (imigranci z kontynentu azjatyckiego: Hindusi, Japończycy, Pakistańczycy, Tajwańczycy etc.), wówczas można by odchudzić szeregi NYPD o 90 proc. etatów. Ponadto odsetek morderstw zmalałby o 91 proc. (przy założeniu, że dodatkowa populacja białych i Azjatów, zastępując czarnych i Latynosów, odpowiadałaby za taką samą ilość przestępstw, co biali i Azjaci już teraz zamieszkujący miasto), odsetek napadów rabunkowych o 81 proc., a odsetek strzelanin – o 97 proc. (→ link)

Wskaźniki wykrywalności/skazywalności wśród czarnych kryminalistów są niepokojące niskie. Niedawno wyszło na jaw, że w Bostonie ponad 96 proc. osób, które kogoś postrzeliły w okresie od 01/2014 do 09/2016, nigdy nie trafiło do aresztu. (→ link) W Chicago i stołecznym Dystrykcie Kolumbii sprawy mają się bardzo podobnie: każdego roku +90 proc. strzelców, którzy zranili inną osobę, unika odsiadki i wychodzi na wolność bez postawionych zarzutów usiłowania zabójstwa czy dokonania napaści (→ link), natomiast w stolicy pięćdziesięciu najbardziej brutalnych recydywistów porusza się po mieście z bronią palną przy pełnej wiedzy organów ścigania. W roku 2015 aresztowano ich łącznie 857 razy. (→ link)

Na przekór obiegowym opiniom głównym motorem zabijania nie są wcale spory terytorialne czy wojny narkotykowe, lecz lokalno-prywatne vendetty narosłe wokół pozornie trywialnych konfliktów, w których uczestniczą członkowie rywalizujących ze sobą gangów tudzież drobni uliczni dilerzy. (→ link) (→ link) Ponownie Jill Leovy:

Najbardziej błaha sprzeczka po czarnej stronie miasta zdawała się ciążyć ku przemocy, jakby pod nieobecność prawa zniknęły alternatywne sposoby rozwiązywania sporów. Mimo iż niespłacone długi i rywalizacja o dobra materialne albo względy kobiet (to ostatnie zwłaszcza) leżały u podstaw wielu morderstw, to równie banalnymi motywami zbrodni były werbalne zniewagi, posądzenia o bycie policyjną wtyką, pijackie wybryki czy klasyka – pojawienie się na imprezie bez zaproszenia. Drobne konflikty dzieliły ludność tubylczą na zwaśnione obozy i prowokowały nieprzerwane ataki odwetowe. (…) Każda uraza skrywała niszczycielski potencjał, eksplodujący w chwili przypadkowego zetknięcia się wrogich frakcji, czy to na ulicy czy w sklepie monopolowym. Pragnienie zemsty było pierwotnym impulsem. (→ link)

Choć ciężko nazwać to dowodem naukowym, najlepsza ilustracja opisanego wyżej fenomenu pochodzi z czwartego odcinka pierwszego sezonu animowanego sitcomu “The Boondocks” autorstwa czarnoskórego rysownika Aarona McGrudera:


Na koniec rzecz najważniejsza: 

Przeważająca część odbywających się ostatnio debat wokół broni palnej całkowicie ignoruje podstawową kwestię dotyczącą przestępczości w Ameryce. Notorycznie pomijany jest fakt, że największą rolę w jej eskalacji odgrywają gangi oraz pomniejsze bandy handlujące narkotykami, popełniając w wielu miastach nawet do 75 proc. wszystkich zabójstw; reszta przypada w udziale innym notowanym kryminalistom. Zwykli obywatele, posiadający w domach broń, nie dopuszczają się napadów rabunkowych, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich żon.

[The fact is that most of the recent debate entirely missed the point about the nature of most gun violence in America. The largest share – up to three-quarters of all homicides in many cities – is driven by gangs and drug crews. Most of the remainder is also concentrated among active criminals; ordinary citizens who own guns do not commit street robberies or shoot their neighbors and wives.]

Cytat za: David Kennedy, “Another Kind of Gun Control” (→ link)