Przemoc w Ameryce – podsumowanie

Usuń ze statystyk czarną klasę niższą i raptem amerykańskie
wskaźniki zabójstw zrównają się z europejskimi. (…) Problemem
Ameryki nie jest przemoc ani nawet morderstwa. Tym, co różni
nas od Europy, są społeczne patologie śródmiejskich gett.

– Peter Baldwin (s. 87)

Historia przemocy w Ameryce w przytłaczającej większości
przypadków jest historią przestępstw popełnianych
przez czarnych na innych czarnych.

– Sam Harris (link)

Prawda jest taka, że zabijają się czarni mężczyźni między
dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. (…) Wszystko, co
zostaje po odjęciu tych ofiar, to statystyczny margines (…)
Zabójstwa w Ameryce nie mają charakteru masowego.

– Jill Leovy (link)

Morderstwa w USA można rozpatrywać na trzy sposoby:

  • można uznać Amerykę za typowy przykład kraju europejskiego i argumentować, że wskaźniki zabójstw są tam zbyt wysokie (kompletnie błędna perspektywa);
  • można uznać Amerykę za kraj z pogranicza trzeciego świata, w którym żywioł afrykański zderza się z żywiołem latynoskim, i twierdzić, że wskaźniki zabójstw są tam zaskakująco niskie (lepsza perspektywa, ale ciągle niepełna);
  • można uznać, że Ameryka składa się w ~65% z Europy (i Azji), w ~15% Afryki i w ~20% z ludności latynoskiej, i na tej podstawie twierdzić, że wskaźniki zabójstw są tam idealnie wręcz wyważone (zdecydowanie najbardziej uczciwe podejście).

Zaczynimy jednak od początku: ostatnie ponad dwie dekady (1993-2015) upłynęły w Stanach Zjednoczonych pod znakiem największego trwałego spadku przestępstw z użyciem broni palnej, jaki nastąpił w powojennych w dziejach tego kraju (→ link), przy równoczesnym najszybszym (i historycznie bezprecedensowym) wzroście wskaźnika posiadania tejże broni w rękach prywatnych. (→ link)

Rozmaite międzynarodowe sondaże wiktymizacyjne (jedyne miarodajne źródła porównawcze przestępczości między krajami, bazujące na ustandaryzowanej metodyce oraz identycznych definicjach czynów kryminalnych) niezmiennie wykazują, że w zestawieniu z innymi nacjami (w tym z państwami rozwiniętymi z elitarnej grupy OECD) Stany Zjednoczone odznaczają się przeciętnym (→ link / link) albo wręcz niewielkim (→ link / link) nasileniem interpersonalnej przemocy. Co się zaś tyczy czysto subiektywnego odczuwania strachu, to w latach 2004-2005 (ostatnie opublikowane rezultaty) odsetek Amerykanów, obawiających się włamania do domu, wyniósł 16 proc. Był to drugi najlepszy (najniższy) wynik na świecie (korzystniej wypadła tylko Dania). Amerykanie znaleźli się także na dnie rankingu uwzględniającego średnią liczbę osób bojących się chodzić nocą po ulicach (19 proc.). Wskaźnik ten okazał się być niższy jedynie w krajach skandynawskich. (→ link)

Przestępczość w USA jest statyczna (nie przelewa się do sąsiednich dzielnic) i geograficznie hiperskoncentrowana → link / link / link (silniej niż w pozostałych regionach świata → link). Około 99 proc. wszystkich morderstw kumuluje się przy 5 proc. ulic (→ link).

Przestępczość jest również hiperskoncentrowana w sensie dystrybucji rasowo-etnicznej. Ze skorygowanych statystyk federalnych można wyczytać, że w ujęciu ogólnokrajowym przeszło 60 proc. umyślnych zabójstw i 70 proc. rozbojów popełniają czarnoskórzy sprawcy. (→ link)

Teoretyczne usunięcie czarnoskórych bandytów z amerykańskich metropolii poskutkowałoby redukcją przestępczości do poziomu znanego z europejskich aglomeracji. (→ link) (→ link) Przykładowo: gdyby ulice Nowego Jorku zamieszkiwali tylko biali rezydenci (kategoria “White” obejmuje także przybyszów z Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu) i ewentualnie Azjaci (imigranci z kontynentu azjatyckiego: Japończycy, Hindusi, Pakistańczycy, Tajwańczycy etc.), wówczas odsetek kolejno: zabójstw, napaści rozbójniczych i strzelanin (nawet przy założeniu, że oto dodatkowa populacja zastępująca Murzynów/Latynosów odpowiadałaby za identyczną liczbę przestępstw, co biali i Azjaci aktualnie zamieszkujący miasto) zmalałby odpowiednio o 91, 81 i 97 proc. (→ link)

Większość odbywających się ostatnio w Ameryce debat całkowicie ignoruje sedno problemu przestępczości z użyciem broni palnej. Gangi oraz pomniejsze bandyckie grupy handlujące narkotykami popełniają w wielu miastach do 75 proc. wszystkich zabójstw, a przeważająca część z reszty przypada w udziale innym notowanym kryminalistom. Zwykli obywatele, posiadający w domach broń, nie dopuszczają się napadów rabunkowych, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich żon. (→ link)