Dwie rzeczy mogą być jednocześnie prawdziwe. Dobrym przykładem takiego paradoksu są złudzenia optyczne. Przyglądając się niektórym schematom (np. słynnej wazie Rubina), ludzki mózg przełącza się pomiędzy dwiema równoważnymi interpretacjami postrzeganego wycinka rzeczywistości, tworząc jej równoprawne modele: obraz wazy i obraz twarzy. Podobnie jest z bronią palną: rację mają zarówno ci, którzy twierdzą, że broń w USA nie stanowi problemu, jak i ci, którzy argumentują w odwrotną stronę, przywołując na dowód coroczne szacunki dot. paru tysięcy ofiar zabójstw i kilkudziesięciu tysięcy rannych w wyniku postrzału. Statystyki te, choć niewątpliwie zgodne ze stanem faktycznym i przez to dla wielu krytyków skandalicznie zawyżone, nie oddają jednak w pełni zniuansowania amerykańskiej przestępczości. W dalszej części wpisu postaram się wyjaśnić, czemu to właśnie owe niuanse/detale powinny odgrywać pierwszoplanową rolę w dyskusji.

Zaczynając od podstaw: minione dwadzieścia dwa lata (1993-2015) upłynęły w Ameryce pod znakiem największego spadku liczby przestępstw, jaki kiedykolwiek nastąpił w dziejach tego kraju (→ link), przy równolegle najszybszym i historycznie bezprecedensowym wzroście wskaźnika posiadania broni palnej w rękach prywatnych. (→ link)

Międzynarodowe sondaże wiktymizacyjne niezmiennie wykazują, że w zestawieniu z innymi nacjami (w tym z państwami rozwiniętymi z grupy OECD) Stany Zjednoczone odznaczają się przeciętnym (→ link) albo niewielkim (→ link) nasileniem interpersonalnej przemocy.

Przestępczość w USA jest statyczna (szczelnie zamknięta w określonych dzielnicach → link / link / link) i geograficznie hiperskoncentrowana (silniej niż w innych rejonach świata → link). Około 99 proc. wszystkich morderstw kumuluje się przy 5 proc. ulic (→ link).

Przestępczość jest również hiperskoncentrowana w sensie dystrybucji rasowo-etnicznej. Ze skorygowanych statystyk federalnych można wyczytać, że w ujęciu ogólnokrajowym przeszło 60 proc. umyślnych zabójstw i 70 proc. rozbojów popełniają czarnoskórzy sprawcy. (→ link)

Teoretyczne usunięcie czarnoskórych bandytów z amerykańskich metropolii poskutkowałoby redukcją przestępczości do poziomu znanego z europejskich aglomeracji. (→ link) (→ link) Przykładowo: gdyby ulice Nowego Jorku zamieszkiwali tylko biali rezydenci (kategoria “White” obejmuje także przybyszów z Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu) i ewentualnie Azjaci (imigranci z kontynentu azjatyckiego: Japończycy, Hindusi, Pakistańczycy, Tajwańczycy etc.), wówczas można by spokojnie odchudzić szeregi NYPD o 90 proc. etatów, a odsetek kolejno: morderstw, rozbojów i strzelanin (nawet przy założeniu, że dodatkowa populacja zastępująca Murzynów i Latynosów odpowiadałaby za taką samą liczbę przestępstw, co biali i Azjaci już teraz zamieszkujący miasto) zmalałby odpowiednio o 91, 81 i 97 proc. (→ link)

Na przekór obiegowym opiniom głównym motorem zabijania nie są wcale spory terytorialne czy wojny narkotykowe, lecz lokalno-prywatne vendetty narosłe wokół z pozoru prozaicznych konfliktów (niewłaściwy kolor butów, obraźliwy wpis na portalu społecznościowym, za głośna muzyka na domówce etc.), w których uczestniczą członkowie rywalizujących ze sobą gangów, drobni uliczni dilerzy tudzież samozwańczy przywódcy osiedlowych klik. (→ link) (→ link)

Najbardziej trywialna sprzeczka po czarnej stronie miasta zdawała się ciążyć ku przemocy, jakby pod nieobecność prawa zniknęły alternatywne sposoby rozwiązywania sporów. Mimo iż niespłacone długi i rywalizacja o dobra materialne albo względy u kobiet (to ostatnie zwłaszcza) leżały u podstaw wielu morderstw, to równie banalnymi motywami zbrodni były werbalne zniewagi, posądzenia o bycie policyjną wtyką, pijackie wybryki czy klasyka – pojawienie się na imprezie bez zaproszenia. Drobne antagonizmy dzieliły ludność tubylczą na zwaśnione obozy, wyzwalając nieprzerwane ataki odwetowe. (…) Każda uraza skrywała niszczycielski potencjał, eksplodujący w momencie przypadkowego zetknięcia się wrogich frakcji, czy to na ulicy czy w sklepie monopolowym. Pragnienie pomszczenia krzywd było pierwotnym impulsem.

Cytat za: Jill Leovy, “Ghettoside: A True Story of Murder in America” (→ link)

Ciężko nazwać to dowodem naukowym, ale najlepsza ilustracja opisanego wyżej zachowania pochodzi z czwartego odcinka pierwszego sezonu animowanego sitcomu “The Boondocks” autorstwa czarnoskórego rysownika Aarona McGrudera:


Kończąc: 

Większość odbywających się ostatnio w Ameryce debat całkowicie ignoruje sedno problemu przestępczości z użyciem broni palnej. Gangi oraz pomniejsze bandyckie grupy handlujące narkotykami popełniają w wielu miastach do 75 proc. wszystkich zabójstw, a przeważająca część z reszty przypada w udziale innym notowanym kryminalistom. Zwykli obywatele, posiadający w domach broń, nie dopuszczają się napadów rabunkowych, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich żon.

Cytat za: David Kennedy, “Another Kind of Gun Control” (→ link)

Generalnie amerykański eksperyment ładnie pokazuje, że jeśli wprowadzi się broń palną do subpopulacji, w której znaczący odsetek osób cechuje się deficytem umiejętności oceny oraz przewidywania konsekwencji swojego postępowania, gdzie dominują prymitywne standardy plemienno-tubylczej sprawiedliwości, gdzie pierwsza lepsza uszczypliwość postrzegana jest w kategoriach ujmy na honorze albo zamachu na uliczną reputację odbiorcy takiej inwektywy i gdzie do preferowanych metod łagodzenia wewnątrzgrupowych zatargów należy brutalna siła fizyczna, wówczas nieuchronnie dojdzie do eskalacji agresji.

Odsłanianie skali murzyńskiej przemocy pozwala także zrozumieć, dlaczego powszechność broni nie powinna być traktowana jako zmienna tłumacząca przestępczość w USA, w sensie – jej relatywnie większe natężenie w stosunku do homogenicznych rasowo, biało-azjatyckich krajów. (→ link) Ciągłe porównywanie pięćdziesięciu stanów do Norwegii, Japonii, Kanady czy Polski jest niesłychanym intelektualnym nadużyciem. Rasowa dystrybucja przestępczości w Ameryce po prostu wyklucza takie zestawienia.