Rzekoma “epidemia przemocy z użyciem broni palnej” (gun violence epidemic) stanowi jedno z największych nieporozumień, wylansowanych przez amerykańskie media w ciągu ostatnich lat. Akcent pada zazwyczaj na słowo “epidemia”, fałszywie sugerując, że każdy obywatel jest zagrożony i w dowolnym momencie może zginąć od kuli. (→ link) (→ link) (→ link) Poniżej dobrze udokumentowane, weryfikowalne fakty. Przy każdym akapicie umieściłem jeden lub więcej odnośników do źródeł.

Minione dwadzieścia dwa lata (1993-2015) upłynęły w Ameryce pod znakiem największego trwałego spadku liczby przestępstw, jaki kiedykolwiek nastąpił w dziejach tego kraju (→ link), przy równoczesnym najszybszym i historycznie bezprecedensowym wzroście wskaźnika posiadania broni palnej w rękach prywatnych. (→ link)

Przestępczość w USA jest personalnie i geograficznie hiperskoncentrowana: dotyczy bardzo wąskiej grupy osób, zasiedlających ściśle określone dzielnice wewnątrz miast, a w obrębie tych dzielnic – ściśle określone rewiry. Szacunkowo w ujęciu makro do 99 proc. morderstw kumuluje się na 5 proc. ulic. (→ link)

Przestępczość jest również hiperskoncentrowana w sensie rasowo-etnicznym. Ze statystyk federalnych wynika, że w skali całego kraju ~65 proc. premedytowanych zabójstw i 70 proc. napadów rabunkowych popełniają czarnoskórzy sprawcy. (→ link) Dziennikarka “Los Angeles Timesa”, Jill Leovy, dla publicznej rozgłośni radiowej NPR:

Prawda jest taka, że zabijają się czarni mężczyźni między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. (…) Wszystko, co zostaje po odjęciu tych ofiar, to statystyczny margines (…) Zabójstwa w Ameryce nie są zjawiskiem masowym.

[The truth about homicide is that it is black men in their 20s, in their 30s, in their 40s. (…) Anything else… you’re dealing with the margins of the problem, statistically. (…) Homicide is not a mass syndrome in America.]

(oryginalny tytuł audycji: “Homicide Blog Shows Who Victims Really Are”)

Teoretyczne usunięcie czarnoskórych bandytów z amerykańskich metropolii poskutkowałoby redukcją przestępczości do poziomu znanego z europejskich aglomeracji. (→ link) (→ link) Przykładowo: gdyby Nowy Jork zamieszkiwali wyłącznie biali rezydenci (kategoria “White” obejmuje także przybyszów z Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu) i ewentualnie Azjaci (imigranci z kontynentu azjatyckiego: Japończycy, Hindusi, Pakistańczycy, Tajwańczycy etc.), wówczas można by odchudzić szeregi NYPD o 90 proc. etatów. Ponadto odsetek morderstw zmalałby o 91 proc. (przy założeniu, że dodatkowa populacja białych i Azjatów, zastępując Murzynów i Latynosów, odpowiadałaby za taką samą ilość przestępstw, co biali i Azjaci już teraz zamieszkujący miasto), odsetek rozbojów o 81 proc., a odsetek strzelanin – o 97 proc. (→ link)

Wskaźniki wykrywalności/skazywalności wśród czarnych kryminalistów są niepokojące niskie. Niedawno wyszło na jaw, że w Bostonie ponad 96 proc. osób, które kogoś postrzeliły w okresie od 01/2014 do 09/2016, nigdy nie trafiło do aresztu. (→ link) W Chicago i stołecznym Dystrykcie Kolumbii sprawy mają się bardzo podobnie: każdego roku +90 proc. strzelców, którzy zranili inną osobę, unika odsiadki i wychodzi na wolność bez postawionych zarzutów usiłowania zabójstwa czy dokonania napaści (→ link), natomiast w stolicy pięćdziesięciu najbardziej brutalnych recydywistów porusza się po mieście z bronią palną przy pełnej wiedzy organów ścigania. W roku 2015 aresztowano ich łącznie 857 razy. (→ link)

Na przekór obiegowym opiniom głównym motorem zabijania nie są wcale spory terytorialne czy wojny narkotykowe, lecz lokalno-prywatne vendetty narosłe wokół pozornie trywialnych konfliktów (niewłaściwy kolor butów, obraźliwy wpis na portalu społecznościowym, za głośna muzyka na domówce etc.), w których uczestniczą członkowie rywalizujących ze sobą gangów, drobni uliczni dilerzy tudzież samozwańczy przywódcy osiedlowych klik. (→ link) (→ link)

Najbardziej błaha sprzeczka po czarnej stronie miasta zdawała się ciążyć ku przemocy, jakby pod nieobecność prawa zniknęły alternatywne sposoby rozwiązywania sporów. Mimo iż niespłacone długi i rywalizacja o dobra materialne albo względy kobiet (to ostatnie zwłaszcza) leżały u podstaw wielu morderstw, to równie banalnymi motywami zbrodni były werbalne zniewagi, posądzenia o bycie policyjną wtyką, pijackie wybryki czy klasyka – pojawienie się na imprezie bez zaproszenia. Drobne konflikty dzieliły ludność tubylczą na zwaśnione obozy i prowokowały nieprzerwane ataki odwetowe. (…) Każda uraza skrywała niszczycielski potencjał, eksplodujący w chwili przypadkowego zetknięcia się wrogich frakcji, czy to na ulicy czy w sklepie monopolowym. Pragnienie zemsty było pierwotnym impulsem.

Cytat za: Jill Leovy, “Ghettoside: A True Story of Murder in America” (→ link)

Ciężko nazwać to dowodem naukowym, ale najlepsza ilustracja opisanego wyżej zachowania pochodzi z czwartego odcinka pierwszego sezonu animowanego sitcomu “The Boondocks” autorstwa czarnoskórego rysownika Aarona McGrudera:


Kończąc: 

Większość odbywających się ostatnio w Ameryce debat całkowicie ignoruje sedno problemu przemocy z użyciem broni palnej. Gangi oraz pomniejsze bandy handlujące narkotykami popełniają w wielu miastach do 75 proc. wszystkich zabójstw, a przeważająca część z reszty przypada w udziale innym notowanym kryminalistom. Zwykli obywatele, posiadający w domach broń, nie dopuszczają się napadów rabunkowych, nie ostrzeliwują własnych dzielnic ani nie zabijają swoich żon.

Cytat za: David Kennedy, “Another Kind of Gun Control” (→ link)