Ilość energii niezbędna do obalenia jakiejś bzdury jest o rząd
wielkości większa niż potrzebna do jej wytworzenia.

– Alberto Brandolini

W moim prywatnym rankingu rodzimych dostarczycieli rozrywki polski “Newsweek” zajmuje miejsce szczególne. Opublikowany na ich łamach w 2011 roku wywiad z antyterrorystą Dziewulskim (link) do dzisiaj pozostaje niepobitą manifestacją radosnej głupoty serwowanej ze śmiertelną powagą. Przy czym o ile kuriozalne anegdoty z życia dawnego milicjanta (link) ograniczały się do wałkowania pojedynczej hipotezy, której wiarygodność można było podważyć minimalnym nakładem wysiłku (link), o tyle tekst Piotra Milewskiego aspiruje do rangi historycznego fresku, gdzie odległa przeszłość (wypędzenie Brytyjczyków z kontynentu) splata się z bliską teraźniejszością (egzekucja studentów na oregońskim kampusie sprzed paru tygodni) w ostrej krytyce amerykańskiej gun culture. Są to jednak wyłącznie pozory erudycji, imitujące rzetelny warsztat dziennikarski. Tak naprawdę bowiem felieton Milewskiego (link) sprowadza się do recyklingu przeżutych frazesów skopiowanych z mediów o potężnym ideologicznym skrzywieniu (link), co już samo w sobie powinno wywołać miganie diody ostrzegawczej u każdego krytycznego odbiorcy.

Celem zachowania porządku w punktowaniu faktograficznych ekscesów zawartych w artykule mój komentarz utrzymany będzie w konwencji cytat-odpowiedź (cytaty wytłuszczonym fontem na czarnym tle).

 “W krainie masakr.”.

Ponieważ tendencyjna i nieznośnie hiperboliczna narracja autora kompletnie zaciemnia rzeczywistą skalę zjawiska, wykoślawiając w dodatku postrzeganie ryzyka, postanowiłem stworzyć kontekst statystyczny dla owych “masakr”. 

W roku 2012 (pod względem natężenia masowej przemocy było to najgorsze dwanaście miesięcy od przeszło dekady) w tzw. publicznych strzelaninach w USA zginęło, w zależności od preferowanego źródła, maksymalnie 81 albo 91 osób, czyli ułamek procenta wszystkich ofiar zabójstw (link). Dla porównania: w tym samym roku około dwustu Amerykanów zmarło na skutek uderzenia samochodem w przechodzącego przez drogę jelenia (link). W świetle przedstawionego bilansu jest zastanawiające, czemu dziennikarz “Newsweeka” nazwał Amerykę “krainą masakr”, a nie “krainą zabójczych jeleni”.

W anglosaskim świecie prawniczym często powtarza się, że hard cases make bad law. Ta maksyma wyraża mądrość, którą można przełożyć następująco: nie powinno się tworzyć ogólnych reguł prawa na podstawie ekstremalnie rzadkich i drastycznych przypadków. Czarnoskórzy mężczyźni oraz czarnoskóre kobiety, których tożsamość zidentyfikowano, odpowiadają rocznie za ~64 proc. morderstw (link), wskazywani są także jako sprawcy większości przestępstw międzyrasowych bez ofiar śmiertelnych (link). Jeżeli prezydencki tweet ma być czymś więcej niż obłudnym, populistycznym grepsem, to właśnie starania ukierunkowane na redukcję wskaźników przemocy w murzyńskich dzielnicach powinny stać się priorytetem w szeregach waszyngtońsko-nowojorskich elit.

Jest też inny aspekt tej całej reżyserowanej histerii. Ciągłe, uporczywe i obsesyjne wręcz wałkowanie tematu “strzelanin” ma odwrócić uwagę opinii publicznej od faktu, że przez ostatnie dwadzieścia lat Ameryka doświadczyła największego trwałego spadku liczby przestępstw, jaki kiedykolwiek nastąpił na terenie rozwiniętego kraju za życia jednego pokolenia, przy równoczesnym najszybszym wzroście wskaźnika posiadania broni palnej w historii.

 “W USA do masakr z użyciem broni palnej dochodzi tak często,.że doniesienia.
.o nich.stały się koszmarną rutyną.”.

To akurat prawda. Przy czym do masakr nie dochodzi wcale częściej niż w czasach, kiedy Milewski nosił irokeza i słuchał Sex Pistols w ogólniaku. Biegnąca przez ponad cztery dekady linia regresji jest płaska.

 “Chris Harper Mercer zastrzelił na kampusie college’u Umpqua w Roseburgu.
.w Oregonie 10 osób (…)”.

Albo korespondent zagraniczny Radia Zet walnął tu byka, albo wliczył zamachowca do puli ofiar. Chris Harper Mercer po krótkiej wymianie ognia z policją strzelił samobója.

 “Druga poprawka odzwierciedla realia XVIII wieku, gdy szczytem techniki.
.były muszkiet oraz konny powóz.”.

Obiecuję sobie, że w takich momentach jak ten będę bardziej rzeczowy, a mniej zgryźliwy, ale czasami po prostu ręce opadają. Powyższa wypowiedź jest piramidalnym absurdem.

Zacznijmy od podstaw: w oryginalnym zapisie widnieje słowo “arms”, nie “muskets”. Poza tym muszkiety nie były szczytem ówczesnej techniki zbrojeniowej. Szybkostrzelne, wielolufowe karabiny zdolne pomieścić “dużo nabojów” istniały na długo przed powstaniem konstytucyjnej klauzuli, ba, na długo przed narodzinami jej czołowego redaktora, Jamesa Madisona. Dobrym przykładem jest kartaczownica Puckle’a, która położyła podwaliny pod późniejsze karabiny maszynowe. W opisie patentu czytam (link): “broń (…) wystrzeliwuje tak wiele kul i tak prędko może być ładowana, że praktycznie uniemożliwia zdobycie jakiegokolwiek statku w drodze abordażu”. A przecież były jeszcze: karabin skałkowy Josepha Beltona, potrafiący wypluć dwadzieścia pocisków w pięć sekund, karabiny Fergusona, miotające sześć nabojów na minutę, oraz inne pokrewne konstrukcje, zwiastujące nieuchronny postęp na odcinku rozwoju broni palnej.

Trzy: nawet jeśli łaskawie uznać, że Druga Poprawka rzeczywiście odzwierciedla realia XVIII wieku, kiedy apogeum myśli technicznej były rzekomo muszkiety, to konsekwentnie trzeba by też przyznać, że Pierwsza Poprawka odzwierciedla realia, w których szczytem medialnej komunikacji były obwieszczenia na rynku miejskim, bazgroły na pergaminie i ewentualnie prasa papierowa powielana na pruskim tyglu drukarskim. Krótko mówiąc, w rozumieniu Milewskiego wolność słowa gwarantowana przez Kartę Praw z 1791 roku nie obejmuje już np. Internetu i mediów społecznościowych.

 “Treść przepisu to gramatyczny dziwoląg: “Dobrze zorganizowana.
.milicja będąca niezbędną dla bezpieczeństwa wolnego państwa, prawo.
.obywateli do posiadania i noszenia broni nie mogą być naruszone.”.

Może dla korespondenta “Newsweeka” to jest gramatyczny dziwoląg, bo z pewnością nie dla ekspertów od języka angielskiego.

Poproszony o wydanie fachowej ekspertyzy w kwestii gramatyki Drugiej Poprawki, Roy Copperud, autor “American Heritage Dictionary”, oświadczył, że pod względem składniowym jej treść jest bez skazy, jasna i zrozumiała, i że potrzeba sporo złej woli, by odczytywać ją na opak (link). Celem udowodnienia klarowności zapisu zaproponowano mu przeprowadzenie analizy innego zdania, identycznego konstrukcyjnie: “Dobrze wyedukowany elektorat, będący niezbędnym dla bezpieczeństwa wolnego państwa, prawo ludzi do posiadania i czytania książek nie mogą być naruszone.”

Odczytując to zdanie z taką samą ignorancją, Milewski musiałby się zgodzić, że prawo do posiadania i czytania książek mają tylko absolwenci wyższych uczelni oraz ci, którzy legitymują się papierem ukończenia studiów. I naturalnie ogranicza się ono do technik introligatorskich dostępnych w XVIII wieku.

 “Na podstawie tego zdania trudno orzec, czy przywilej zbrojenia się.
.wynika z potrzeby tworzenia milicji, czy też jest od niej niezależny.”.

Znowu: trudno orzec Milewskiemu. Pionierzy w zakresie nauk prawnych nie mieli takich dylematów. Najwcześniejsza udokumentowana wzmianka na piśmie dotycząca znaczenia rzeczonego paragrafu pochodzi z 1803 roku i jest autorstwa St. George’a Tuckera. Ten znamienity sędzia z Wirginii, redaktor pierwszego amerykańskiego wydania “Komentarzy do praw Anglii” Sir Williama Blackstone’a i znany obrońca suwerenności stanów oraz “teorii umowy”, zgodnie z którą Konstytucja USA winna być traktowana jako umowa między stanami, odnotował co następuje (link):

Klauzula ta może być rozpatrywana jako prawdziwa gwarancja wolności. Prawo do obrony własnej jest pierwszym prawem natury. W przypadku większości rządów jak najściślejsze jego krępowanie było przedmiotem rozmyślań władców. Gdziekolwiek na świecie utrzymywana jest w pogotowiu stała armia, a posiadanie i noszenie broni przez ludzi zakazywane jest pod byle pretekstem, tam wolność – o ile nie została już całkowicie unicestwiona – znajduje się na krawędzi zgładzenia.

Materiał dowodowy przesądzający o tym, że Druga Poprawka odnosi się explicite do poszczególnych ludzi, a nie państwowych formacji zbrojonych (jak chcieliby to widzieć XX-wieczni post-Rooseveltowscy ideolodzy progresywizmu), jest przygniatający. Nie będę się w tej chwili rozwodził nad każdym pojedynczym zachowanym dokumentem urzędowym czy urywkiem prywatnej korespondencji, jedynie zasygnalizuję dwie sprawy, często w ferworze dyskusji puszczane w niepamięć: 1. treść nawiązująca do milicji to nic innego jak inspiracja zaczerpnięta bezpośrednio od Szwajcarów (link) i 2. akapit o broni, utrwalony na Karcie Praw, ma swoje warianty w lokalnym ustawodawstwie na szczeblu stanowym; kilka z jego ekwiwalentnych form powstawało równolegle z Konstytucją, a deklaracja stanu Vermont wręcz przed jej ratyfikacją (link). Nie wiem, jakiej ekwilibrystyki potrzeba, żeby interpretować wszystkie te paragrafy inaczej niż jako prawo cywilów do posiadania i noszenia broni.

 “Dzięki nieskrępowanemu dostępowi do broni Amerykanie wytępili.
.rdzennych mieszkańców kontynentu.”.

Milewski odleciał tutaj daleko w przestworza historii alternatywnej, brzydko sugerując swoim czytelnikom, że powszechny dostęp do broni równa się ludobójstwu. Przebijam jego kawałek fantastyki czymś o wiele bardziej realistycznym: dzięki brutalnej reglamentacji broni niemieccy narodowi socjaliści wymordowali miliony Słowian i Żydów. Poniższa deklaracja nigdy nie straci na aktualności (link):

Najgłupszym błędem, jaki moglibyśmy popełnić, byłoby zezwolenie podległym nam rasom na posiadanie broni. Historia pokazuje, że wszyscy zdobywcy, którzy pozwolili podbitym ludom nosić broń, przygotowali tym samym grunt pod swój własny upadek. (…) Zatem nie zezwalajmy tubylcom na formowanie jakichkolwiek oddziałów milicji.

The point is: plemiona indiańskie były rozbrajane przez rządy – stanowe i federalny. Kalifornia jest świetnym przykładem, jak te czynności przebiegały w praktyce (link).

 “W 1939 roku Sąd Najwyższy orzekł, że kwestia broni jest jednak.
.związana z zakładaniem organizacji paramilitarnych, a zatem można.
.ograniczać prawo posiadania tych śmiercionośnych narzędzi,.
.które są bezużyteczne na polu bitwy.”.

Stawiam skrzynkę amunicji przeciwko orzechom, że 99 proc. adresatów wesołej twórczości Piotra Milewskiego po przeczytaniu tego fragmentu nie byłaby w stanie powiedzieć, o czym on tak naprawdę pisze. Śpieszę więc z wyjaśnieniem.

Decyzja Sądu Najwyższego z 15 maja 1939 roku, wydana z pogwałceniem wszystkich możliwych procedur, z punktu widzenia amerykańskiej Konstytucji była (i ciągle jest) nielegalna. O historii wyroku i okolicznościach, które doprowadziły do jego zatwierdzenia, możecie przeczytać tutaj. Krótko: Roosevelt potrzebował apelacji do SCOTUS-a i precedensu głoszącego, że kontrola broni przewidziana przez legislatorów w NFA (link) nie narusza Drugiej Poprawki. W końcowej fazie procesu wyszykowana przez prezydenta koalicja miała ułatwione zadanie: obrona nie istniała, nikt nie pofatygował się nawet na salę rozpraw, żeby przedstawić tak oczywiste dowody jak choćby fakt, iż krótkolufowe strzelby, będące osią całego sporu, były używane przez Amerykanów w okopach wojny secesyjnej. Jakkolwiek tej sprawy nie ugryźć, inaczej niż farsą nie da się nazwać wyroku, który wtedy zapadł.

 “Sytuacja zmieniła się w 2001 roku. Władze stołecznego Dystryktu Kolumbii.
.wprowadziły drastyczne ograniczenia drugiej poprawki, m.in. nakazując.
.posiadaczom broni krótkiej, by przechowywali pistolety i rewolwery.
.nienabite oraz rozmontowane.”.

Żadna sytuacja nie zmieniła się cudownie w 2001 roku. Dystrykt Kolumbii uchwalił własne wewnętrzne regulacje zabraniające sprzedaży broni krótkiej na terenie miasta stołecznego w roku 1976, czyli na długo przed datą, którą Milewski uznał sobie frywolnie za “przełom”. Kolejne restrykcje polegały już tylko na nakładaniu nowych ograniczeń na tych właścicieli broni, którzy zdążyli zarejestrować posiadane egzemplarze pistoletów i rewolwerów przed wejściem w życie zakazu.

 “Ponadto państwo musiałoby odkupić broń, która Amerykanie.
.zarejestrowali – 270 milionów sztuk (…)”.

Poza kilkoma enklawami ideologicznej nienawiści do broni palnej, Amerykanie nie muszą rejestrować swojego prywatnego uzbrojenia. Wyartykułuję to wielkimi literami: W AMERYCE NIE MA PRZYMUSU REJESTROWANIA BRONI. To raz. Dwa: 270 milionów to były szacunki aktualne 10-15 lat temu. Obecnie liczba ta wynosi w przybliżeniu 360 milionów (link).

 “Doszłoby zapewne do rozlewu krwi.”.

Zgadzam się. Pragnę zwrócić uwagę, że po ostatnim incydencie w Oregonie amerykańska lewica domagała się wpisania Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego na listę organizacji terrorystycznych, a co za tym idzie, uznania wszystkich członków NRA za potencjalnych zamachowców, zagrażających bezpieczeństwu publicznemu. Konkretnie postulat ten wysunęła Linda Stasi (nazwisko adekwatne do treści uprawianego dziennikarstwa) na łamach nowojorskiego “NY Daily News” (link), natomiast stojący na czele “Bandy Brady’ego” (The Brady Campaign) Dan Gross zarzekał się, iż z terrorystami negocjować nie będzie (link).

Nie po raz pierwszy liberalny mainstream “przyprawia gębę” arcyłotrów swoim adwersarzom po prawej stronie politycznego spektrum. Po egzekucji dzieciaków w Newtown wrażliwy społecznik Donald Kaul zasugerował:

  • anulowanie Drugiej Poprawki do Konstytucji;
  • uznanie członkostwa w NRA za nielegalne;
  • ZABIJANIE wszystkich, którzy nie zechcą oddać broni (If some people refused to give up their guns, that “prying the guns from their cold, dead hands” thing works for me);
  • przywiązanie liderów Partii Republikańskiej do zderzaka pickupa i ciąganie ich po płycie parkingu, aż nie zrozumieją, że kontrola broni palnej to wspaniała idea;
  • jeżeli zaproponowane metody nie przyniosą pożądanego skutku, należy zastosować wobec opornych radykalniejsze formy “perswazji”;

Tradycyjnie zrobiłem zrzutę ekranową felietonu (link) na wypadek, gdyby oryginalne źródło wygasło albo redakcja portalu usunęła tekst. 

 “Sam rzadko noszę rewolwer i niepokoi mnie wyuzdane epatowanie.
.spluwą” – zeznawał w izbie niższej prezydent NRA, Karl Frederick..
.– “Jestem za wprowadzeniem pozwoleń na posiadanie broni.”.

Doprawdy wspaniale Milewski dopasowuje kolorowe puzzle swoich ideolo sympatii do pożądanej wizji świata. Podczas wzmiankowanego przesłuchania Frederick wygłosił prywatną opinię, która kompletnie rozjeżdżała się z zapatrywaniem ścisłego kierownictwa NRA. Wystarczy przekartkować archiwalne numery miesięcznika “American Rifleman” z tamtego okresu, żeby zweryfikować na źródłach, jaka była optyka organizacji (link):

Niezmiennie sprzeciwiamy się jakiemukolwiek prawu, które wymagałoby od cywilów posiadania zezwolenia na kupno broni palnej i przechowywanie jej w domu czy w miejscu pracy. [We are unalterably opposed to any law requiring a man to obtain a permit in order to purchase a gun or to keep it in his home or place of business.]

.“Rosnąca polaryzacja sceny politycznej osłabiła wpływy NRA.”.

Życzyłbym wszystkim pozarządowym ruchom takiego “osłabienia wpływów”. NRA ma dzisiaj więcej zarejestrowanych członków niż kiedykolwiek wcześniej, przeznacza na lobbing więcej funduszy niż kiedykolwiek wcześniej, przyzwolenie dla zakazu sprzedaży broni krótkiej utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie (link), wreszcie – broń palna cieszy się największym poparciem społecznym, odkąd instytucje sondażowe zaczęły wypytywać swoich respondentów o kwestie bezpieczeństwa (link).

 “Broń posiada przecież 80 proc. mieszkańców Południa i 60 proc..
.Środkowego Zachodu, a większość z nich łatwo nastraszyć agitacją, że drobne.
.restrykcje są pierwszym krokiem na drodze do całkowitego zakazu.”.

Bo są. Autor felietonu pisze o tym w taki sposób, jakby perspektywa totalnego rozbrojenia leżała gdzieś na styku teorii spiskowych i rojeń niewykształconych paranoików. Tymczasem już choćby powojenna historia Kalifornii (link) czy dzieje XX-wiecznej Anglii (link 1 / link 2) dostarczają całej masy dowodów potwierdzających słuszność obaw żywionych przez społeczność “rednecków” z Południa USA. W Szkocji sytuacja zrobiła się do tego stopnia tragiczna, że od czerwca 2016 roku nielegalne jest kupowanie wiatrówek bez zgody policji.

Dziesięć lat temu dwulatek zginął w wyniku postrzału z wiatrówki na śruciny (Google: “Andrew Morton shot dead by an airgun”). Rodzina zamordowanego dziecka lobbowała w szkockim parlamencie za reglamentacją i dopięła swego. Ustawa o nazwie “The Air Weapons and Licensing Bill” przeszła przez tryby machiny legislacyjnej, uzyskawszy finalnie sankcję w postaci znakomitej większością głosów (92 deputowanych było za, 17 przeciw). Na mocy nowego prawa każdy Szkot, który zechce kupić sobie wiatrówkę, będzie musiał: a) przejść weryfikację niekaralności; b) podać policji przyczynę, dla której potrzebuje broni. Lewa strona nie kryła satysfakcji z przyjęcia ustawy, choć przy każdej okazji wytykano jej zbyt mały radykalizm. Po stronie prawej obiekcje dotyczyły wyłącznie ustaleń formalnych (konserwatyści chcieli uchwalenia osobnego dokumentu regulującego procedury licencjonowania).

Matka Zabitego Dziecka powiedziała po głosowaniu (link): 

Jesteśmy niezmiernie zachwyceni, że ten dzień w końcu nadszedł. Nigdy nie sądziliśmy, że to się stanie. Jest to krok we właściwym kierunku. Zdaję sobie sprawę, że głosowanie nie oznacza bezwzględnego zakazu, lecz na to także przyjdzie pora. Bardzo bym chciała doczekać chwili, kiedy cała broń zostanie zakazana, aczkolwiek wiem, że farmerzy i firmy zwalczające szkodniki używają jej w pracy.

[We are totally delighted that this day has finally come. We never thought it would come. It is a step in the right direction. I know it isn’t an outright ban, but it is the next best thing to it. I would love to see the guns getting banned altogether, but I know that farmers and pest control need it for work.]

Figurą retoryczną, która w języku angielskim idealnie oddaje logikę działania środowisk programowo przeciwnych broni, jest “slippery slope” (argument równi pochyłej, efekt domina), czyli metodyczne nowelizowanie przepisów w kierunku bezwzględnego zakazu posiadania wszystkich rodzajów oręża za wyjątkiem prehistorycznych pistoletów skałkowych (oczywiście tylko po uprzednim wylegitymowaniu się ważną licencją kolekcjonera antyków).

  • AKTUALIZACJA 14/12/2015

Znamienny jest sprzeciw, jaki wyraził Steven Breyer, sędzia Sądu Najwyższego, komentując przełomowy werdykt w sprawie Dystrykt Kolumbia v. Heller (s. 114):

Musimy zdecydować, czy stołeczne prawo zakazujące posiadania broni krótkiej do ochrony miru domowego narusza Drugą Poprawkę. (…) W mojej opinii, nie narusza.

A tutaj dla odmiany próbka hoplofobicznej publicystyki. “New Republic” otwartym tekstem (link): Zakazać wszelkiej broni. Pozbyć się jej z domów i z ulic. Na tyle, na ile to możliwe, rozbroić także policję.

 “Ci zwykli Amerykanie stanowią lobby antyprohibicyjne o wiele.
.potężniejsze niż wszelkie zorganizowane grupy nacisku.”.

Z tym nie będę polemizował. Dziennikarz “Newsweeka” zaskakująco trafnie zidentyfikował moce sprawcze kryjące się za sukcesem Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego (zobacz ten wpis).

 “W 1994 prezydent Bill Clinton przeforsował ustawę o zakazie.
.sprzedaży karabinów automatycznych typu wojskowego (…)”.

Karabiny “automatyczne” (maszynowe, samoczynne) objęte są prohibicją od roku 1986 (link), więc Clinton w żadnym razie nie mógł uchwalić zakazu ich sprzedaży. Tym, co udało się wówczas Demokratom przepchnąć w Kongresie, była ustawa zabraniająca produkcji oraz posiadania tzw. “broni szturmowej”, tj. szybkostrzelnych, samopowtarzalnych karabinów wyposażonych w urządzenia zasilające w amunicję o dużej pojemności (magazynki, taśmy, bębny) i dodatkowo ruchome kolby, tłumiki płomieni oraz ekstra rękojeści stabilizujące chwyt. Uchwalenie ABW poprzedzone było kampanią propagandową demonizującą ten konkretny typ cywilnego uzbrojenia. Termin “assault rifle”, względnie “assault weapon” na określenie “czarnych karabinów” strzelających ogniem pojedynczym jest stosunkowo nowy; nie istniał on w słownikach Amerykanów przed rokiem 1989, to wyłącznie produkt socjotechniki hoplofobów (zobacz: Bruce H. Kobayashi i Joseph E. Olson, “In Re 101 California Street” [link]).

.“Wariat z karabinem maszynowym.”.

Na tę chwilę nie kojarzę ani jednego. Był, co prawda, Gian Luigi Ferri, który w 1993 roku wszedł do biurowca przy 101 California Street w San Francisco i zamordował osiem osób, strzelając z dwóch pistoletów TEC-9 ze zmodyfikowanym językiem spustowym (link). Świadkowie zeznawali potem, że słyszeli odgłos karabinu maszynowego, nie była to jednak broń maszynowa fabrycznie przystosowana do prowadzenia ognia ciągłego. 

 “[Pozwolenia na noszenie pistoletu lub rewolweru w miejscach publicznych].
.wydawane są według widzimisię lokalnych szeryfów.”.

Nie są. Amerykańscy szeryfowie nie dysponują władzą odrzucania aplikacji wedle uznania. Taka samowolka dotyczy raptem kilku jurysdykcji w USA (tzw. may-issue states). 

 “Według Law Center to Prevent Gun Violence magazynki o dużej.
.pojemności kupuje ponad połowa sprawców masakr.”.

Publicysta “Newsweeka” znowu reprodukuje bzdury bez choćby śladowej refleksji własnej. Geniusze z LCPGV nie rozumieją albo, co bardziej prawdopodobne, nie chcą zrozumieć, że jak zabójca nie będzie mógł wyczarować bębna na sto sztuk, to kupi dziesięć magazynków mieszczących po dziesięć nabojów i wsadzi je sobie w równym rządku do kieszonek kamizelki (albo do plecaka jak zrobił zamachowiec z Virginia Tech). Wymiana magazynka to dla średnio wykwalifikowanego strzelca wysiłek trwający maksymalnie cztery sekundy. W całej amerykańskiej historii odnotowano zaledwie dwa zdarzenia, gdy cywile zdołali obezwładnić napastnika w momencie przeładowywania przez niego samopowtarzalnej broni. Chodzi o interwencję pasażerów w pociągu podmiejskiej kolei Long Island Railroad w Nowym Jorku (1993), czyli w bardzo ciasnej i nietypowej lokalizacji, oraz bohaterski zryw grupki widzów na wiecu politycznym kongresmenki Gabrielle Giffords w Tuscon (2011). Oczywiście to są tylko anegdoty, odosobnione akty heroizmu. Ważniejszy jest kompleksowy obraz, jaki wyłania się z dowodów empirycznych.

Gary Kleck wziął pod lupę (link) 88 incydentów z lat 1994-2013, które zarejestrowano na terenie USA i w których zginęło więcej niż sześć osób (wybrał akurat “sześć”, bo tyle kul wchodzi w bęben tradycyjnego rewolweru). Założył również – roboczo i nierealistycznie – że postulowany zakaz posiadania magazynków, zdefiniowanych jako mieszczące więcej niż dziesięć nabojów, wyeliminuje te przedmioty z obiegu cywilnego. Okazało się, że nawet przy tak zawężonym ujęciu “masowej strzelaniny” magazynki o dużej pojemności wykorzystano w 21 z 88 zamachów, co oznacza, iż w 76 proc. przypadków mordercy użyli “standardowego rozmiaru”, akceptowalnego przez środowiska hoplofobiczne.

Kleck przeanalizował dalej owe 21 ataków pod kątem wymienialności “dużych” magazynków na zapasową broń, względnie na zapasowe magazynki. Zgodnie z przewidywaniami, za każdym razem zamachowcy mieli przy sobie albo wiele egzemplarzy broni, albo wiele urządzeń zasilających w amunicję (ukrytych w plecaku, torbie sportowej tudzież specjalnie zaprojektowanej kurtce). W podsumowaniu kryminolog z Florydy napisał, że brak dostępu do pudełek ze sprężyną mieszczących więcej niż dziesięć nabojów może być łatwo zrekompensowany dodatkową bronią albo dodatkową amunicją. 

Ostatnim czynnikiem poddanym ewaluacji była szybkostrzelność masowych morderców, tj. liczba strzałów, jaką oddawali średnio w ciągu minuty. W większości sytuacji była ona tak wolna – podkreśla Kleck – że konieczność częstszej wymiany broni czy magazynków nie miałaby żadnego relewantnego wpływu na końcowy bilans ofiar.

 “Czy przypadkiem badań psychiatrycznych nie powinni przechodzić.
.kandydaci do władz NRA?”.

Rozumiem sarkastyczno-prześmiewczy ton, ale wizyty u psychiatry nie odsiewają morderców i z całą pewnością nie stanowią zapory dla morderców masowych. Przed wygłoszeniem kolejnej porcji niesprawdzonych tez autor powinien zapoznać się z literaturą przedmiotu, która wyczerpująco omawia ten temat (link).

 “Połowa broni zmienia właścicieli w wyniki sprzedaży prywatnych, przy których.
.sprzedający nie musi weryfikować karalności i zdrowia psychicznego nabywcy.”.

Milewski powiela tu wielokrotnie zdebunkowane kłamstwo. I nie żadna połowa, a co najwyżej czterdzieści procent.

Według prorządowych mediów (link), taki właśnie odsetek sfinalizowanych transakcji kupna-sprzedaży broni palnej odbywa się na zewnątrz NICS (ogólnokrajowy system sprawdzania niekaralności – National Instant Criminal Background Check System), czyli bez kontroli ze strony lokalnych organów ścigania i FBI. Sęk w tym, że podawana do wierzenia liczba wyssana jest z palca, a raczej z liczącej dwie dekady mikro-ankiety przeprowadzonej telefonicznie na grupie 251 osób. Co więcej, pytanie dotyczyło aktów nabycia broni, z których trzy-czwarte odbyło się przed wejściem w życie Ustawy Brady’ego (lata 1991-1994), a zatem z oczywistych względów nie mogły one przejść przez sito NICS, bo ten system nie funkcjonował jeszcze wtedy nawet w formie analogowej. Już sam fakt, że “The Washington Post” uznał tę wypowiedź Obamy za w dużej mierze kłamliwą, przyznając mu łaskawie trzy ikony Pinokia zamiast czterech (link), nie najlepiej świadczy o wiarygodności mediów głównego nurtu, które bezkrytycznie absorbują wszystko, co podrzucą im propagandziści lobby rozbrojeniowego. 

 “Adam Lankford, profesor kryminologii na Uniwersytecie Alabamy, opracował.
.model statystyczny wskazujący, iż najważniejszy czynnik decydujący o liczbie.
.masowych zabójstw w kraju to liczba broni przypadająca na mieszkańca.”.

Jest rzeczą boleśnie oczywistą, że Milewski nie czytał artykułu, na który się powołuje.

Po pierwsze, mimo wielu próśb, Lankford ciągle uparcie odmawia udostępnienia surowego materiału; co gorsza, nie potrafi wyjaśnić, z jakich źródeł korzystał przy kompletowaniu informacji o strzelaninach dla nieanglojęzycznych nacji. Deficyt odnośników bibliograficznych natychmiast zwrócił uwagę innych badaczy. Przeszukiwanie roczników statystycznych 171 krajów, w tym takich egzotyków jak Wyspy Salomona, Honduras, Kazachstan czy Boliwia, w wielu przypadkach wymaga nawiązania bezpośredniego kontaktu z miejscowymi urzędami, które zajmują się gromadzeniem danych o poszczególnych incydentach – i to przynajmniej od roku 1966 roku (tę datę wybrał sobie profesor z Alabamy za punkt startowy).

Kleck skwitował milczenie autora krótko:

Elaborat Lankforda to nic innego jak fuszerka w naukowym przebraniu. Coś takiego nigdy nie powinno ukazać się na łamach żadnego szanowanego wydawnictwa. [The Lankford study is nothing more than junk science disguised as research, and never should have been published in a responsible scholarly journal.]

Dalej: Lankford podaje wyniki swoich pomiarów w wartościach bezwzględnych zamiast w relatywnych, tj. skorygowanych o wielkość populacji poszczególnych krajów, a gdy już skaluje, to używa nietypowego mnożnika w postaci liczby “aktywnych strzelców”, dzięki czemu otrzymuje na wyjściu rezultaty wspierające pożądaną tezę o pięciokrotnie wyższym wskaźniku “mass shootings” w USA niż w UE. Tymczasem po zastosowaniu alternatywnego przelicznika w formie ofiar śmiertelnych i/lub liczby masakr per capita, po uwzględnieniu w kalkulacjach szerszego spektrum państw, również tych nienależących do struktur Unii, po uwzględnieniu ataków terrorystycznych i wzięciu poprawki na różnice w ludności, Ameryka generuje współczynnik publicznych “strzelanin” bardzo zbliżony do europejskiego (link).

Lankford dopuszcza się także innej subtelnej manipulacji, mianowicie wypreparowuje jedną podkategorię zjawisk z całego zbioru masowych morderstw. Żeby jego wywód zatracił swój ordynarnie polityczny wydźwięk i dał jakikolwiek obiektywny obraz natężenia aktów masowej przemocy, trzeba by przeanalizować częstotliwość występowania wszystkich przejawów tej zbrodniczej działalności, a nie tylko incydentów, w których użyto karabinu, strzelby albo pistoletu. Stygmatyzowanie broni jako jedynego narzędzia, przy pomocy którego można uśmiercić dużą liczbę cywilów, jest mało profesjonalne i trąci błędem niepełnego dowodu. Nawet po zawężeniu obszaru poszukiwań wyłącznie do Stanów Zjednoczonych, broń palna nie wyróżnia się jakoś specjalnie na tle innych rekwizytów wykorzystywanych sporadycznie do dokonywania wielokrotnych mordów (zobacz Grant Duwe dla magazynu “Slate” [link]):

W całym XX wieku współczynnik zabitych z broni palnej w Ameryce to 4.92 ofiary na jeden incydent; wskaźnik dla noży, tępych przedmiotów oraz gołych rąk wyniósł prawie tyle samo – 4.52. Pożary spowodowane podpaleniem zabiły 6.82 osoby, materiały wybuchowe – 20.82. Spośród 25 najbardziej spektakularnych masowych mordów, do jakich doszło na terenie USA w XX wieku, 52 proc. zostało sfinalizowanych za pomocą broni palnej.

[According to data compiled by Grant Duwe of the Minnesota Department of Corrections, guns killed an average of 4.92 victims per mass murder in the United States during the 20th century, just edging out knives, blunt objects, and bare hands, which killed 4.52 people per incident. Fire killed 6.82 people per mass murder, while explosives far outpaced the other options at 20.82. Of the 25 deadliest mass murders in the 20th century, only 52 percent involved guns.]

 “(…) przeczyć niezbitym dowodom na zależność między.
.ilością broni w rękach obywateli i liczbą morderstw.”.

“Niezbita zależność” zachodzi, lecz w odwrotnym kierunku → link.